Zaczęli. Na stadiony różnych, różnorakich lig wkraczają politycy od prawicy do lewicy. Znak to, że idą majowe wybory do Europarlamentu. Idą więc politycy pewnym kampanijnym i zamaszystym krokiem.

To dlatego, żeby pokazać, iż z arenami sportowymi są obznajomieni, że mecze nie są im obce, choć większość z nich wpadła tu z przymusu, bo ktoś tam podpowiedział, że dobrze kibicom się pokazać. Ot choćby ostatnio na jeden z meczów III ligi piłkarskiej wpadł wysoko postawiony, w lokalnej hierarchii, polityk.

Ale na kibicach nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, bo przecież kibic głupi nie jest i swoje wie, a także i widzi. A widzi, że polityka na wcześniejszych meczach nikt tu nie widział. I nawet podarowany miejscowej drużynie sprzęt sportowy nie zrobił na nich wrażenia. Polityk zaś wytrzymał na stadionie tylko jedną połowę meczu. Na drugiej już nie był i idę o zakład, że nie wie jakim wynikiem spotkanie się zakończyło. To i tak nie najgorzej. Kilka lat temu byłem świadkiem jak jeden z byłych już polityków, który był nawet senatorem RP, zawitał na zawody sportowe dzieci. Co gorsza wręczał nawet nagrody i 10-latkom dostał się komplet gustownych kieliszków.

Pewnie ktoś wcześniej politykowi kieliszki podarował, a ten nieopatrznie zabrał je na turniej dzieci. Cóż, kieliszki zapewne dostały się tatusiom pociech. Działacze klubowi, nawet ci z klasy B, przez palce powinni patrzeć na to co politycy obiecują w trakcie kampanii wyborczej. Nie łudźcie się, z reguły na obietnicach się kończy…

Brać, wybierać, decydować i niczego nie żałować – mawiał kanonier Franciszek Dolas w jednej ze scen komedii „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”. Zbigniew Zakrzewski, prezes Jutrzenki Warta, też wybiera, ale jakoś nie decyduje.

Sternik czwartoligowej drużyny „Juve” postanowił podziękować za prowadzenie drużyny Bartoszowi Grabowskiemu. I prawdę mówiąc dobrze zrobił, bo drużyna grała niczym kapela podwórkowa. Szkoda jedynie, że tak późno. I tu się zaczęło.

Sternik wziął się za szukanie trenera. Może Andrzej Kretek, albo nie Zdzisław Sławuta? Może jednak Dariusz Bratkowski? W końcu stanęło na Łukaszu Masłowskim, Były piłkarz Widzewa i ŁKS namyśla się jednak i czeka na to co powie Marcin Matysiak, który miałby mu pomaga. Nie dał więc konkretnej odpowiedzi.Drużyna zaś bez trenera.

Działacze Jutrzenki przyzwyczaili swoich fanów, że w podejmowaniu decyzji szybcy nie są, ba nawet tchórzliwi. Jesienią zeszłego roku, mimo że sprzedali bilety na mecz z ŁKS Łódź, rozmyślili się i spotkania nie zorganizowali. Podobno dlatego, że bali się kibiców łódzkiej drużyny. Ciekawe więc czego teraz prezes się boi? Bać to się powinien reakcji burmistrza i radnych, którzy nie skąpią na klub pieniędzy, a Jutrzence coraz to bliżej do klasy okręgowej. Co będzie, jak radni uderzą pięścią w stół i powiedzą, że jakie wyniki taka dotacja. I co wtedy?

Od nienawiści do miłości i na odwrót – jest linia tak cienka, że prawie niewidoczna. Przekonaliśmy się o tym w IV lidze łódzkiej. Niecały rok temu, kiedy okazało się, że w IV lidze łódzkiej będzie grał ŁKS Łódź, blady strach padł na większość klubów – od Paradyża, po Mierzyn, czy Wartę. Bano się nie tyle dzielnych futbolistów trenera Wojciecha Robaszka, co przyjazdu fanów „rodowitych”. Zamknięto więc przed nimi na kłódkę obiekty w Warcie i Paradyżu, a mecze oddano walkowerem, pozbawiający tym samym kibiców w małych miejscowościach okazji zobaczenia w akcji spadkobierców dwukrotnych mistrzów Polski. Bo czy ktoś chce czy nie ŁKS, ten grający w IV lidze, tak właśnie traktować trzeba. Po początkowym strachu nadeszło ocieplenie i choćby w Moszczenicy czy Przedborzu zdecydowano się przyjąć łódzkich kibiców. Ci stadionów, o dziwo, nie zdemolowali! Zaś przy okazji parę groszy do klubowej kasy wpadło, natomiast o odwiedzinach łodzian długo się jeszcze będzie mówiło, nie tylko przy piwie.
Pozytywną stronę tych odwiedzin dojrzano w Zduńskiej Woli, gdzie w najbliższą sobotę zawitają „Rodowici”. Tam szykują się do sportowego święta. 1.000 ludzi na trybunach murowane. Bilety po 10 złotych. Po odliczeniu kosztów związanych z organizacją spotkania, kasa Pogoni wzbogaci się zapewne o kilka tysięcy. W przypadku klubu czwartoligowego, na czego którego stoi „zakręcony” na punkcie Pogoni Jarosław Szewczyk, zaś dzielnie wspomaga go dyrektor klubu Krzysztof Kochelak,to dużo. Jest jeszcze jeden aspekt, w Zduńskiej Woli pokazują, że jak się chce, to można. Oby tylko wszystko poszło jak trzeba. Piłkarska IV liga, i nie tylko, trzyma kciuki. Powodzenia!

Kibicuję WKS Wieluń! Dlaczego? Ano dlatego, że w drużynie trenera Szymona Lacha prawie sami swoi, no prawie, bo w 21 osobowej kadrze drużyny występującej w III lidze łódzko-mazowieckiej aż 18 zawodników, to piłkarze którzy grali wcześniej w zespole juniorskim.

Nie ma drugiej takiej trzecioligowej drużyny w naszym regionie, po prostu nie ma! Czy taka polityka kadrowa przyniesie efekt w postaci utrzymania w III lidze, to już inna sprawa. Na razie jednak wielunianie wygrywają na innym polu – na mecze przychodzi więcej kibiców, bo przecież rodzice, dziadkowie, sąsiedzi czy sympatie chcą zobaczyć w akcji samych swoich.

Żeby już sami swoi byli kompletni nie sposób pominąć trenera Szymona Lacha i Andrzeja Wójcickiego, kierownika drużyny i rzecznika prasowego klubu. Pierwszy karierę trenerską związał od początku z WKS, od drużyn młodzieżowych po seniorów. Kierownik drużyny kontynuuje z kolei dzieło swego ojca Stanisława, który przez ponad 15 lat „kierownikował” wielunianom. Teraz jest na emeryturze. Dla pana Andrzeja bycie kierownikiem to także nie nowość. Wcześniej pełnił tą funkcję w zespołach juniorów. I jeszcze dodajmy, że syn pana Andrzeja – Kamil grał w WKS Wieluń. Obecnie broni barw Gal Gazu Galewice, bo tam ma pracę. I jak tu nie darzyć sympatią WKS, no jak?

Minęły czasy, kiedy prezes klubu sportowego to był KTOŚ! Dziś, prezesami klubów, zwłaszcza tych mających drużyny w III czy IV lidze piłkarskiej, są szaleńcy, ale pozytywni. Bo jak inaczej nazwać choćby Andrzeja Millera, który niedawno sternikiem Warty Sieradz został.

Facet spokojny, zrównoważony, ustatkowany, ale… zakochany w piłce nożnej. I tu pies pogrzebany, bo przecież mógłby sobie spokojnie jeździć swoim pięknym czarnym terenowym autem na mecze piłkarskie w całej Polsce i nie tylko. Ale gdzie tam, poniosło go i został prezesem Warty. Tyle tylko, że przejął klub po poprzednim sterniku z bagażem, jak się na początku wydawało, 100 tysięcy złotych długu.

Z tych 100 tysięcy zrobiło się, bez mała, drugie tyle. I co? Facet, wraz z kilkoma podobnie myślącymi zapaleńcami, co to do nowego zarządu weszli, odwiedza różnego rodzaju urzędy, firmy. Negocjuje spłaty długów, układa się z wierzycielami. Jednym słowem koniec spokojnego życia.

Nie raz i nie dwa słyszał zapewne „po co ci to Andrzej, po jaką ch… rę”. Sam też, początkowy zapał stracił, ale nie do końca. Jeszcze trochę zapału iskrzy w nim. I przed takim Andrzejem Millerem i jemu podobnymi Janem Gurazdą z Omegi Kleszczów, Zdzisławem Bartolem z MKS Kutno, Bartoszem Szymickim z WKS Wieluń, Michałem Goździkiem z Lechii Tomaszów, Dariuszem Lisem z Sokoła Aleksandrów, Janem Nykielem z Zawiszy Rzgów czy choćby Pawłem Pichitem z Radomska czapką do ziemi, po polsku.

Bez nich piłka na poziomie lokalnym padłaby dawno na p… sk”. To właśnie tacy zapaleńcy zmagają się z problemami o jakich nie śni się sternikom Legii Warszawa, Lecha Poznań, Wisły Kraków czy nawet Widzewa.

Kibica, zwłaszcza piłkarskiego, trudno czasem rozgryźć. Ot, choćby w Radomsku, tamtejsi fani postanowili, że nie będą wydzierać gardeł i obwieszczać światu, że „Mechanik to jest potęga, że Mechanik najlepszy jest”. Nie będą i już, bo nie po drodze im z nazwą Mechanik. Chcą aby to był RKS. Dotychczas wprawdzie im to nie przeszkadzało, ale wczoraj to było wczoraj. Chcą RKS, wtedy może, do kibicowania powrócą.

Mniej zorientowani zadają sobie zapewne pytanie jak jest z tym Mechanikiem? Swego czasu powstał w Radomsku klub, zawiązany przez kibiców i nazwany RKS 1979, który miał drużynę seniorów w klasie A.W mieście istniał też Mechanik, pracujący z juniorami. Pewnego dnia oba kluby połączyły się, ale zamiast grać w klasie A drużyna „wskoczyła” do klasy okręgowej, czyli szczebelek wyżej. Zajęła miejsce Czarnych Radomsko. I wtedy to Zdzisław Dróżdż, ówczesny prezes klubu, obiecał fanom, że z czasem w nazwie będzie RKS. Nic jednak z tego nie wyszło, bo tak naprawdę wyjść nie mogło. Dlaczego? Bo jak tu RKS razy dwa? W Radomsku przecież wciąż istnieje RKS, wprawdzie tylko na papierze, ale istnieje. To ten RKS z czasów Tadeusza Dąbrowskiego. Kibice pamiętliwi są i któryś z nich przypomniał sobie o niespełnionej obietnicy eks prezesa. I stąd bunt! – Dziwne, że nie pamiętają, iż to Mechanik płaci za nich kary – mówi jeden z działaczy. – Do baranków bożych nie należą, co i rusz rozrabiają, choćby w poprzednim sezonie, rozgonili na cztery wiatry mecz w Kwiatkowicach. W ostatnim czasie Mechanik zapłacił za nich jakieś pięć tysięcy, a przecież miał być, jak obiecali, spokój na meczach.

– Jesteśmy kibicami RKS Radomsko i będziemy tylko kibicami tej drużyny – piszą z kolei w specjalnym oświadczeniu fani z Radomska. –  Nie może być tak, że będziemy co parę lat zmieniać klub, któremu kibicujemy. Jeżeli ktoś tego nie może zrozumieć i powtarza, choć dużo częściej pisze w internecie komentarze, że nie ma klubu RKS, oznacza to tylko jedno – nigdy nie był prawdziwym kibicem. Klubu nie ma ze względu na ludzi, którzy mieli tutaj interes by w Radomsku zarobić, nie do końca uczciwie. Kibice pozostaną na zawsze, Polski na mapie nie było 123 lata, a gdzie dziś żyje każdy z nas? Libiąż czekał na zmianę nazwy 18 lat, ale się doczekał!

Uff, sytuacja wydaje się, przynajmniej na razie, patowa. W każdym razie konflikt żadnej ze stron nie służy, a najbardziej chyba Bogu ducha winnym piłkarzom, którzy chcą przecież grać dla kibiców, a nie pustych trybun.

Na kameralnym, aczkolwiek ładnym, stadioniku Omegi Kleszczów można było sobie spokojnie odpocząć podczas meczu, bo chodziło tam niewielu kibiców. Podczas meczu słychać było pokrzykiwania i przeklinania piłkarzy. Ale to się może zmienić i to już niedługo.

Bo klub z najbogatszej gminy w Polsce puka do bram II ligi, niczym święty Mikołaj do drzwi niosąc prezenty. Po 23 kolejkach III ligi łódzko-mazowieckiej kleszczowianie mają 43 punkty, tyle samo co Legia II Warszawa. Obie drużyny straciły po 22 gole, ale Omega zdobyła 41, zaś „Wojskowi” o dwa mniej. I właśnie te drużyny zmierzą się w niedzielę w Kleszczowie. Idę o zakład, że rekord frekwencji murowany, zaś miejscowi będą wychodzić z siebie, a nawet stawać obok, żeby wziąć rewanż za jesienną porażkę z Legią 0:2.

A jeśli wygrają, to nie chciałbym być w skórze sympatycznego skądinąd prezesa Omegi Jana Gurazdy. II liga na wyciągnięcie ręki, a to nowe kłopoty oznacza dla klubu, gdzie dotychczas spokojnie cicho, rzec można jak u pana Boga za piecem…. . A to klatkę dla kibiców drużyny przyjezdnej trzeba zrobić, ale i pokołatać do wójta Kleszczowa Sławomira Chojnowskiego oraz 15 radnych o dodatkowe pieniądze, a te w Omedze, jak na trzecioligowe realia, małe już nie są, bo klub dostaje około 1,7 mln zł dotacji, z czego tylko na trzecioligową drużynę ponad 600 tys. zł. Czyżbyśmy byli więc świadkami narodzin nowej piłkarskiej potęgi? Niewykluczone.