Nie powstaną w Łodzi Ogrody Karskiego, a przynajmniej nie przed 2020 r. – news przemknął niemal niezauważony, przykryty prezentacją nowego wiceprezydenta Łodzi. „Szok i niedowierzanie”, bo przecież projekt wygrał głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego, wokół którego prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) wykreowała aurę instytucji nietykalnej, niepodważalnej, świętej, bo „to głos łodzian”. A tu teraz taka rysa na świętości…

Otóż działka, na której Ogrody Karskiego miały powstać, od blisko czterech lat jest obiecana PKP, jednak na etapie składania wniosku nikt z magistratu o tym nie wspomniał. W Ogrodach Karskiego powstać miało wielofunkcyjne boisko, „rozległy i nowoczesny plac zabaw”, nowe nasadzenia, ścieżki rowerowe, nawet „miejska plaża – niecka z wodą dla ochłody” oraz „dzika łąka pełna kwiatów, ogólnodostępny ogródek ziołowy, miejsca do urządzania pikników – połacie krótko przyciętej trawy, na której można się wylegiwać”, a byłoby gdzie, bo chodzi przecież o 30 tys. metrów kwadratowych…

Ale zgodnie z porozumieniem kolejarze na części niedoszłych ogrodów, składować będą ziemię z drążenia tunelu średnicowego pod Łodzią i przystanku „Manufaktura”, wytną także wszystkie drzewa. Jeszcze przed spotkaniem pomysłodawców idei ogrodów z prezydent Zdanowską dało się z przekazów w mediach wysnuć narrację, że to „źli urzędnicy”, a prezydent o niczym nie wie i na pewno pomoże”. Ale spotkanie nic nie zmieniło, poza tym, że jest jasność w temacie: ten projekt w ogóle nie powinien trafić pod głosowanie, co przyznała sama prezydent Łodzi, i zostaje wycofany z BO.

W tej sytuacji przypomina mi się kilka arcyciekawych zdań a propos partycypacji społecznej i nietykalności BO: „(…) jeżeli dajemy możliwość decydowania łodzianom o określonych sprawach, to dajmy szansę by ich decyzje w takim zakresie w jakim to oni sobie wymarzyli były realizowane, a nie w takim jak chce urząd czy urzędnik”. Kto to powiedział? Ano prezydent Zdanowska w Radiu Łódź, przy okazji pamiętnej dyskusji o 16 drzewkach w donicach za jedyne 155 tys. zł, też kupionych w ramach BO. Na pytanie czy przewiduje możliwość interwencji, przy kontrowersyjnych projektach, uprzejmie odpowiedziała, że „budżet obywatelski traci wtedy sens”. Nie skomentuję, bo rzeczywistość komentuje się w tej sytuacji sama.

28 lutego 2015 r. Tego dnia miałem zobaczyć, jak na supernowoczesny Dworzec Łódź Fabryczna podjeżdża w deszczu konfetti supernowoczesny pociąg Pendolino. Zapraszał osobiście przewodniczący Rady Miejskiej Tomasz Kacprzak, równo dwa lata temu. A dziś ani dworca, ani Pendolino. A jeśli jest deszcz, to zwykły.

Otóż, że się dworzec opóźni było jasne już w połowie 2012 r., pisaliśmy w Dzienniku Łódzkim o podziemnym jeziorze, dziś nazywanym soczewką, z którą nie wiadomo co zrobić. Ale wtedy prezydent Hanna Zdanowska zapewniała, że nie będzie opóźnień. Równo dwa lata temu radni PO m.in. Tomasz Kacprzak i Mateusz Walasek zaproponowali apel do ministra transportu (zresztą ich kolegi, Sławomira Nowaka) i spółki InterCity, by do Łodzi przyjeżdżało Pendolino. Argumenty były takie, że trasa Łódź – Warszawa jest najrentowniejsza w kraju, a poza tym: zanim Pendolino ruszy, będzie po remoncie linii Łódź – Warszawa, co znaczy, że to idealna dla tego pociągu linia, no i będzie supernowoczesny dworzec. Gdy pozwoliłem sobie napisać, że z tym Pendolino zapewne będzie kłopot, z remontem linii również, a z dworcem to już pewne, naciąłem się na ripostę przewodniczącego Kacprzaka: „Będzie dworzec i przyjedzie Pendolino, już teraz zapraszam pana redaktora”.

Nie jestem zawodowym gęgaczem, genetycznym pesymistą, nie cieszę się, że dworzec jeszcze nie powstał, choć zamiast się przybliżać, wciąż się oddala, bo znów trwają negocjacje a propos zmiany terminu oddania. Ale mam alergię na tę prymitywną socjotechnikę, która stosowana jest szczególnie często w Łodzi: budujemy, nic się nie opóźni, a kto tak gada, ten nie kocha Łodzi. I te kciuki w górze, które zamiast symbolu zmian, stają się symbolem opóźnień.

Jest koniec lutego 2015 r. Wykonawca dworca, po przedłużeniu terminu oddania na koniec września 2015, negocjuje kolejny termin, tym razem do końca roku. Zamiast pierwszego pociągu z nowego dworca, to nowy dworzec odjeżdża znów w czasie. Pendolino, owszem, jeździ. Tylko nie do Łodzi. A remont linii Łódź – Warszawa wciąż trwa.

Pod koniec miesiąca okaże się, czy budżet województwa łódzkiego, któremu się przecież nie przelewa, dołoży 1 mln zł na budowę stadionu Orła Łódź. Takie stanowisko do projektu budżetu zgłosił opozycyjny klub PiS, a to cholernie chytra zagrywka, która podtruwa atmosferę w koalicji PO-PSL.

Zręczność tej zagrywki wynika m.in. z tego, że nie wiadomo, czy PiS-owi chodzi o ten milion na stadion, czy też o podrzucenie trutki najpierw do klubu PO, a potem niech się rozchodzi na całą koalicję… Jest tak dlatego, że najlepsza rodzima tradycja politycznego sporu nakazuje Platformie nigdy nie popierać tego, co zgłasza PiS i na odwrót. To dlatego w sprawie stadionu nakłada się na siebie kilka arcyciekawych kontekstów: po pierwsze nowym członkiem zarządu województwa jest Joanna Skrzydlewska, po drugie jest ona honorowym prezesem Orła i ukochaną córką Witolda Skrzydlewskiego, prezesa Orła w sensie „niehonorowym”, po trzecie Joanna Skrzydlewska należy do PO.

I co robi Skrzydlewska? Na komisji głosuje za wnioskiem PiS, czyli milionem złotych dla „swojego” klubu, podczas gdy inna, jedyna poza nią obecna na komisji radna PO jest przeciw, a radni koalicyjnego PSL wstrzymują się od głosu. Skrzydlewskiej się nie dziwię: zawsze była niepokorna, szczególnie wtedy gdy partia próbuje coś nakazać, a jeśli ulegnie jakiejś presji, to prędzej chyba ze strony kibiców Orła, niż kogoś w PO.

Dlaczego PO ma kłopot z tym milionem? Nie tylko dlatego, że to wniosek PiS, ale także dlatego, że skądś ten milion trzeba zabrać, żeby dostał Orzeł, a także dlatego, że sensu tego wydatku nie widzi koalicjant z PSL. I ten wniosek PiS o milion napsuł już sporo krwi w PO. Tam oficjalnie Skrzydlewskich się lubi, bo nikomu nie wypada powiedzieć inaczej…

Dlaczego? Bo Witold Skrzydlewski to człowiek wpływowy nie tylko w Łodzi, bo na Orle jest tak, jak kiedyś na Widzewie, czyli pokazuje się tam cała polityczna śmietanka Łodzi od lewa do prawa, bo kibice Orła wywierają presję… Nie lubić żużla w Łodzi, to dziś de facto nie być poprawnym politycznie, a nie lubić Skrzydlewskich, to nie lubić żużla… I koło się zamyka. A Witold Skrzydlewski w prasie już za ten milion złotych podziękował marszałkowi Witoldowi Stępniowi, oczywiście marszałkowi z PO. Ale nawet bliscy Skrzydlewskiemu mówią, że on wie, iż marszałka szlag trafił, jak się dowiedział o tym milionie. I o tym, jak w tej sprawie głosowała członkini „jego” zarządu województwa. Bo też refleksja jest taka, że to kolejny prosty sygnał, iż marszałek nad zastępcami nie panuje, a budżet układa mu nawet PiS. I że z tej sytuacji dla PO nie ma dobrego wyjścia. Bo przecież ze Skrzydlewskimi wypada żyć w zgodzie, szczególnie jak się jest w PO, a na stadion w Łodzi trzeba dać, nawet jak nie ma skąd. A czy będzie dane, zobaczymy we wtorek, na sesji budżetowej sejmiku.

I jest „nowy” marszałek województwa. Witold Stępień z PO. Zaskoczenie żadne, choć w urzędzie marszałkowskim czekali już na „odwilż” i marszałka z PSL. Wyszło jak wyszło, bo marszałkiem zarządza Andrzej Biernat, sekretarz generalny PO. A jemu nie chodziło o to, żeby to PO miała marszałka, tylko żeby to on miał marszałka. I ma.

Zarówno w PO, przede wszystkim w środowisku prezydent Hanny Zdanowskiej, jak w i PSL nie wszyscy są przekonani, czy aby Stępień jest właściwym kandydatem na marszałka. W obu środowiskach był opór przeciw tej kandydaturze, ale opór nieformalny. Bo nie wszyscy uważają, że ma wystarczający mandat do bycia marszałkiem, choć to tylko jeden z powodów. Niektórzy radni z PO przed jeszcze przed zgłoszeniem kandydatury teatralnie sprawdzali, czy kręgosłupy mają z gumy. Otóż cztery lata temu Witold Stępień startując na radnego sejmiku po raz pierwszy w karierze i w roli wicemarszałka, w skali okręgu zebrał 7,07 proc. poparcia (14,5 tys. głosów), lepszy wynik na listach PO miał Włodzimierz Fisiak, ale to Stępień został marszałkiem. Ile zebrał marszałek Stępień w ostatnich wyborach? Blisko 13 tys. głosów, które się przełożyło na 6,9 proc. w skali okręgu. Mimo olbrzymiej promocji przez cztery lata, bardzo intensywnej i drogiej kampanii, mimo pociągu ŁKA do Sieradza i wielu urzędowych eventów, marszałkowi poparcie nie drgnęło, a jeszcze spadło…

Można by pomyśleć, że to nic dziwnego, skoro lista PO też straciła przez te cztery lata. Można, tyle, że np. byłej już wicemarszałek Dorocie Ryl, startującej przecież z tej samej listy, w tym samym okręgu co marszałek, poparcie… wzrosło. W 2010 r. startując z drugiego miejsca poparło ją w skali okręgu 2,63 proc. wyborców. Teraz startując z gorszego, bo dopiero piątego miejsca, zyskała poparcie 3,5 proc. wyborców w okręgu. Wniosek może być taki, że gdyby Dorota Ryl była wyżej na liście, to ta lista zdobyłaby lepszy wynik. Drugi koniec tego kija jest jednak taki, że marszałek mocno się obawiał, czy go zastępczyni nie przeskoczy. I miał rację. Tyle, że w tej sytuacji wiadomo, że to nie nazwisko marszałka było magnesem dla wyborcy, a po prostu pierwsze miejsce na liście. Dlaczego to istotne? Bo to marszałek Stępień jest twarzą zmian w województwie, a jeśli PO traci poparcie zamiast raczej spodziewanego wzrostu notowań, to znaczy, że zmiany są słabo zauważalne, bądź wyborcy po prostu uważają, że ich nie ma, bądź po prostu w ogóle ich nie ma. Gdyby Andrzej Biernat, tę walkę o stanowisko marszałka z PSL przegrał, tylko potwierdziłby tę diagnozę… A to byłaby marna prognoza na przyszłoroczne wybory parlamentarne. Cóż, PSL miało papiery na marszałka, ale dało się ograć. A PO z marszałkiem wysyła prosty przekaz: „mamy marszałka, to my rządzimy dalej”.

A lepszy od Stępnia wynik w PO miała nowa członkini zarządu Joanna Skrzydlewska. Lepsze wyniki zdobyli też zastępcy marszałka z PSL – Artur Bagieński i Dariusz Klimczak. Spośród członków nowego zarządu województwa Stępień lepszy był tylko od Pawła Bejdy z PSL, ale tylko o 451 głosów. To, co prawda, tylko liczby bezwzględne, PKW na procenty w okręgach jeszcze nie przeliczyła, ale politycy zawsze patrzą na ilość głosów, bo to karta przetargowa. Cztery lata temu wojewoda Jolanta Chełmińska pod adresem Andrzeja Biernata rzuciła uwagę, że „nie szanuje demokratycznego wyboru”, bo marszałkiem nie został Fisiak, autor najlepszego w PO wyniku, a właśnie Stępień. Mamy zatem marszałka ze spadającym poparciem, z partii, która w wyborach zajęła dopiero trzecie miejsce, choć region „nabiera prędkości” z PO za kierownicą od ośmiu lat…

Ale przecież sekretarz Biernat ograł PSL nie po to, by forować na marszałka kogoś innego niż Stępnia. Z punktu widzenia Andrzeja Biernata nie jest sztuką wywalczyć stanowisko marszałka. Sztuką jest wybrać takiego marszałka, którego się potem kontroluje. A ten warunek Witold Stępień spełnia wybornie.

Poseł Marcin Mastalerek został rzecznikiem PiS. Niby tymczasowym, ale przecież Jarosław Kaczyński zapowiedział, że będzie się domagał usunięcia z partii Adama Hofmana, który dotąd był twarzą PiS. I przeszkodą, którą Mastalerek chciał usunąć ze ścieżki przed majestatem Kaczyńskiego.

Dlatego wcale bym się nie zdziwił, gdyby Kaczyński chciał usunąć Hofmana po podszeptach Mastalerka. To poseł uchodzący za fizyczną kopię Andersa Breivika, norweskiego seryjnego mordercy, a to drugi z powodów, dla którego Mastalerek nie kocha się z Hofmanem. Nie jego to wina, ale to właśnie Hofman rozpowszechnia ten pseudonim, o czym ostatnio pisano w „Newsweeku”. Pamiętam zresztą jak sam zapytałem posła Mastalerka, gdy jeszcze nie interesowały się nim tabloidy, o ten jego breivikowski rys. Nadstawiałem już policzek, gdy Mastalerek po prostu się roześmiał mówiąc, że woli porównania z Maciejem Stuhrem, bo takie też słyszał. Ma facet dystans, ale tylko poza kamerą. Generalnie te norweskie porównania mocno go irytują. Tak mocno, że Radosław Gajda, jeszcze radny łódzkiego sejmiku i były kolega Mastalerka z klubu PiS w tymże sejmiku, musiał się rozstać z całkiem nieźle zapowiadającą karierą radnego wojewódzkiego. Po prostu nie ma go na liście PiS, co jest podobno zapłatą m.in. za powtarzanie tej norweskiej ksywki posła Mastalerka. .

W Łodzi na prawicy cenią go i nie znoszą. Cenią, bo udało mu się złożyć listy z ludzi z niemal wszystkich środowisk lokalnej prawicy, co daje szansę na nierozdrabnianie wyniku, co stało się przed czterema laty. Nie znoszą, bo to szczecinianin przywieziony w teczce via Warszawa przez Joachima Brudzińskiego, a na dodatek dyktuje im warunki. W tle jest też bolesna autorefleksja, że cały ten łódzki PiS był na tyle słaby, że trzeba było czekać na teczkę z centrali. No i upycha na listach „wyrzutków z PO i SLD”, a wcześniej podsunął prezesowi kandydatkę na prezydenta Łodzi, która jeszcze rok temu z okładem była w PO. Ta kandydatura ma swój sens, ale radykałowie PiS, głównie wśród wyborców, uważają to za zdradę.

Ten kto nie z PiS, wytyka łódzkiemu PiS jego „szczecińskość”, co też ma swój sens, „bo facet ze Szczecina decyduje, kto w Łodzi będzie radnym”. Są i zabawne historie, jak ta sprzed tygodnia, gdy w magistracie urzędniczki na konferencji opowiadały o technicznych aspektach wyborów samorządowych. Jedna pani dyrektor, gdy doszła do tematu „dopisywania do rejestru wyborców” zaczęła tak: „Na przykład, gdy ktoś mieszka w Szczecinie, a chce głosować w Łodzi…”. Prezydencki rzecznik tylko pochylił głowę dusząc lekko ironiczny uśmiech, ale urzędnik stojący za nim wyraźnie na moment pobladł… W Łodzi trzeba uważać nawet na najprostsze skojarzenia natury geograficznej.

A poseł Mastalerek karierę w PiS robi zawrotną. Niech nikt nie da się zwieść jego młodym wiekiem, zaledwie 30 lat. Wygryzł już Antoniego Macierewicza z Piotrkowa Trybunalskiego, na posła Dariusza Seligę, który chciał kandydować na prezydenta Skierniewic wystarczyło zdjęcie z prezydentem Bronisławem Komorowskim, by musiał zapomnieć o wyborach. Że to absurdalne, kafkowskie? Bez znaczenia, skoro skuteczne. Poseł Mastalerek to przecież dziecko centrali PiS, ma genach to, czego niektórzy uczą się latami, czyli doktorat z politycznego brutalizmu o specjalizacji „wycinanka”.

Ryszard Kalisz stwierdził kiedyś, że politologia Uniwersytetu Szczecińskiego to szkoła kształcąca politycznych cyników. Myślał o Joachimie Brudzińskim i Grzegorzu Napieralskim. Kto wie, czy poseł Mastalerek za jakiś czas nie zostanie ochrzczony najwybitniejszym absolwentem tej szkoły. Zresztą poseł ten jest przecież produkcji „brudzińskiej”.

Prezydent Hanna Zdanowska (PO, ale jak się dowiemy dalej, „nie jest politykiem”), po pięciu miesiącach przerwy pojawiła się przed obliczem Rady Miejskiej. To zdecydowanie wydarzenie polityczne Łodzi drugiego półrocza i przyćmić je mogą tylko wybory samorządowe.

Prezydent Zdanowska, podobnie jak podczas ostatniej swej wizyty w miejscu akcji, czyli sali obrad Rady Miejskiej, wygłosiła przemówienie. Mniejsza o to w jakim temacie, bo jest wspólny mianownik obu wystąpień: „nie jestem politykiem”. Poniżej kilka cytatów z obu wystąpień, sami zgadnijcie, które fragmenty prezydent, która „nie jest politykiem”, wygłosiła bliżej wyborów. Konkurs jest dziecinnie prosty, dlatego nagrodą będzie wyłącznie własna satysfakcja, bądź jej brak.

„Szanowni Państwo Radni, po waszej stronie od dawna jest już tylko polityka, kampania wyborcza i słowa pełne nienawiści do naszego miasta”

„Szanowni Państwo. Przyszłam dziś tutaj, aby jeszcze raz przeprosić wszystkich łodzian za problemy (…).”

„(…) Wasza ocena mojej pracy już mnie nie interesuje. Dla mnie liczy się tylko opinia łodzian. (…) Dziękuję za uwagę”

„(…) To jest mój (…) plan, mam nadzieję, że się państwu radnym spodoba. (…) chciałabym wam wszystkim życzyć więcej miłości do naszego miasta, więcej wiary w łodzian i więcej radości z tego, jak Łodź się zmienia ”.

Nie liczcie na mój komentarz. Rzeczywistość niekiedy komentuje się po prostu sama.

Joanna Kopcińska, kandydatka PiS na prezydenta Łodzi,  przedstawiła swój komitet honorowy. U jednych skład budził emocje, u innych za grosz. Potem przedstawiła „suplement”, dwa kolejne nazwiska i… Miał być chyba strzał na wiwat, a był strzał we własne kolano.

Przedstawieni z opóźnieniem to znany komentator sportowy Krzysztof Miklas oraz Mieczysław Nowicki. Drugi z nich to stary mistrz kolarstwa. Był czas, że nie schodził z podium mistrzostw świata i olimpiad, wybitny sportowiec. Ale stary mistrz przegrał ze swą sportową legendą jako urzędnik, i niewielu już się chyba w Łodzi kojarzy z medalami. Był ministrem sportu, potem dyrektorem wydziału sportu za prezydentury Jerzego Kropiwnickiego. I twarzą kompromitującej porażki Łodzi w staraniach o Euro 2012. PZPN odrzucił łódzką aplikację w przedbiegach określając ją „wnioskiem o organizację dożynek”. Miasto chwaliło się  w nim m.in. pacyfikacją juwenaliów w 2004 r. Gdyby nawet Łódź starała się wówczas o mistrzostwa świata oddziałów prewencji w pałowaniu, też by przegrała. Zginęły wówczas dwie osoby, choć nie od pał, a od kul. 

Do autorstwa tego światłego wniosku nie poczuwał się początkowo nikt. Widniał pod nim podpis prezydenta Kropiwnickiego, ale tłumaczono, że „każdy z wydziałów miał swoją część do wypełnienia”. Dyrektor Nowicki bronił jednak tej „aplikacji” z największym uporem. Mówił wówczas publicznie (i dosyć buńczucznie), że ten, kto ów wniosek oceniał, powinien mieć kaca, że go odrzucił, tak był świetny. To była bardzo prymitywna socjotechnika. Nikt wówczas tych słów nie przyjął poważnie, większość miała kaca z tego powodu, że je usłyszała. A dwa tygodnie później stary mistrz podał się do dymisji, tłumacząc, że to jednak „on koordynował”.
 
W PiS chyba o tym wiedzą, ale albo się nie przejmują, albo myślą, że nikt tego nie pamięta. Zapewne, jeśli już pamiętają, to może fakt, że wydział sportu nadzorowała wówczas… wiceprezydent Hanna Zdanowska, której oficjalnie podlegał dyrektor Nowicki. Tyle tylko,  że nawet ludzie prezydenta mówili wówczas, że Zdanowska nie ma nic do gadania. Jej fotel był po prostu częścią ceny za współudział we władzy. Staremu mistrzowi kariera sportowa wyszła jak mało komu, polityczna jest za to dowodem tego, że serce i talent do walki nie zawsze przekłada się na błyskotliwość w polityce.

Chciała Joanna Kopcińska honorowego komitetu, to go ma. Ale mnie się honorowość tego komitetu przez pryzmat jednego nazwiska, kojarzy z jego honorową porażką. Śmiała się wtedy z Łodzi cała Polska… Jeśli to nazwisko ma być sygnałem, że czasy tego typu „promocji” miasta powrócą, gdy Kopcińska wygra wybory, to jestem pod wrażeniem tej zadziwiającej strategii.

Mam świadków na to, iż jeszcze przed rozstrzygnięciem konkursu mówiłem, że to Michał Marzec będzie prezesem Portu Lotniczego im. W. Reymonta w Łodzi. Nie to, że dostałem jakiś „cynk”. Po prostu przy tym rozstrzygnięciu innej logiki być nie mogło…

Przecież Marzec był dyrektorem operacyjnym łódzkiego portu, gdy „niespodziewanie” ówczesny minister infrastruktury Cezary Grabarczyk (PO) zabrał go na Okęcie i na p.o. dyrektora Polskich Portów Lotniczych. Był początek 2008 r., a o dyrektorze Marcu usłyszałem wtedy arcyciekawą anegdotkę: prezydent Jerzy Kropiwnicki z Lublinka zawsze chciał zrobić „normalne” lotnisko, takie na którym lądowałyby nie tylko awionetki, czy LOT, ale i jakiś międzynarodowy przewoźnik pasażerski. Zapytał prezesa Marca, czego mu trzeba, by tak się stało. Padła odpowiedź: „hmmm… to skomplikowane, panie prezydencie”. I tak skończyła się jego przygoda ze stanowiskiem prezesa zarządu. Został dyrektorem operacyjnym, choć z pensją prezesa. Kropiwnicki chciał po prostu kogoś, kto chociaż spróbuje… Był rok 2003.

Przed ośmioma miesiącami dyrektora Marca zwolniła z PPL wicepremier Elżbieta Bieńkowska, a jej rzecznik coś bąkał o „potrzebie zwiększenia skuteczności zarządzania przedsiębiorstwem”. Teraz Michał Marzec wszedł po raz drugi do tej samej rzeki, i powtarzam, nie mogło być innej logiki. Większościowy właściciel lotniska to prezydent Łodzi, prezydent Łodzi to Hanna Zdanowska. A Hanna Zdanowska to Hanna Zdanowska. Do ludzi Cezarego Grabarczyka i Radosława Stępnia (bo mówiono, że to de facto Stępień był „oficerem prowadzącym” Marca z Łodzi do Warszawy) ma sporą słabość.

Ale jest w tym także jakaś polityczna perwersja. Sama prezydent tłumacząc się z grubych milionów przekazywanych przez budżet miasta na pokrycie strat portu, niedawno przecież powiedziała, że „lotnisko jest źle rozplanowane”. Kto jest temu winien? Ano… Michał Marzec, prezes w latach 1994-2003, potem dyrektor operacyjny lotniska, który konsultował projekt terminalu nr 3. Tego samego terminalu, który dziś nosi przydomki „niepotrzebny”, „przeskalowany”, „pusty”… I tego, za który być może trzeba będzie zwrócić 55 mln zł dotacji.

Cóż, „nowy” prezes będzie się musiał zmierzyć z własną legendą na Lublinku, zaprzeczyć tezie prezydent Zdanowskiej o „złym rozplanowaniu lotniska”, pokazać Kropiwnickiemu, że może nie jest to tak „skomplikowane”, skoro lądowały tu po nim nie tylko awionetki. Budżet miasta już na tej nominacji zaoszczędził 30 tys. rocznie, bo „nowemu” prezesowi nie trzeba opłacać najmu mieszkania. To łodzianin.

I jeszcze jedno. Opozycja, radni SLD, domagali się ostatnio, by nowy prezes opłacany był „od efektów swojej pracy”, ale możemy być pewni, że prezes Marzec by na to nie poszedł. Zbyt dobrze zna branżę, by nie wiedzieć, że efekty równie dobrze mogą być, jak i może ich nie być.

Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz poparł prezydent Hannę Zdanowską (PO) w zmaganiach o fotel prezydenta Łodzi. Łódzką PO bardzo to emocjonuje, choć ten sam Dutkiewicz niedawno popierał w Łodzi Włodzimierza Fisiaka, byłego marszałka wyrzuconego z PO, a wrocławian wysyłał do Łodzi, „jak im się we Wrocławiu nie podoba”. I w końcu sam tu przyjechał…

To prezydent bezpartyjny, Wrocławiem rządzi od 12 lat. Traf chce, że parę lat temu odbyłem sobie z prezydentem Dutkiewiczem ciekawą pogawędkę. Przyjechał do Łodzi poprzeć Włodzimierza Fisiaka w wyborach do Senatu. Tak, tak, tego Fisiaka który był marszałkiem województwa i usunięto go wówczas z PO. Z tej samej PO, której kandydatką jest znów prezydent Zdanowska. Dutkiewicz sporo wtedy psów wieszał na partiach politycznych, choć trzeba mu przyznać, że bardzo subtelnie. „Poparłem Włodzimierza Fisiaka, bo obserwowałem go już wcześniej i z tego wyboru jestem zadowolony”. Dziś wyrzucony z PO Fisiak startuje z list PiS, Dutkiewicz wspiera Zdanowską z PO. Co się przez ten czas zmieniło?

Ano powstał Komitet Wyborczy Wyborców Platforma Rafała Dutkiewicza. Czyli Dutkiewicz idzie do wyborów razem z PO, a poparcie dla prezydent Zdanowskiej może być po prostu częścią pakietu. Utworzenie wspólnych list z PO nie wszystkim z otoczenia Dutkiewicza się spodobało. Część ludzi z Obywatelskiego Dolnego Śląska, czyli stowarzyszenia, którym kieruje Dutkiewicz, idzie do wyborów z innych list, bo „nie chcą być klientami partii politycznych”, a Dutkiewicz fotografuje się dziś ze znanym nie tylko z salonów Jackiem Protasiewiczem, byłym eurodeputowanym PO. Gwoli ścisłości: Włodzimierz Fisiak senatorem nie został. Wcześniej popierani przez prezydenta Wrocławia kandydaci na prezydentów: Jacek Piechota (Szczecin – SLD) i Ryszard Terlecki (Kraków – PiS) też nie wygrali. Coś mi mówi, że prezydent Zdanowska też nie musi na tym poparciu zyskać…

We Wrocławiu prasa też zdążyła już prezydentowi Dutkiewiczowi wytknąć niekonsekwencję. „ Jak się komuś nie podoba, może się przeprowadzić do Łodzi…”. Pamiętacie? Tak wypalił Dutkiewicz w wywiadzie radiowym na pytanie czy 2-3 mln zł, które zamierza przeznaczyć na budżet obywatelski to nie za mało, skoro Łódź wydaje 20 mln zł. I sam w końcu przyjechał do Łodzi…

Na koniec jeszcze jedna refleksja: Tomasz Kacprzak, radny PO, zwrócił był uwagę, że Hannę Zdanowską popiera prezydent Wrocławia, który jest nim od 2002 r. Czyli jest świetny. A Joannę Kopcińską (PiS) popiera były prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki, którego odwołało 110 tys. łodzian. Cóż… prezydent Dutkiewicz w końcu zmienił zdanie na temat budżetu obywatelskiego Wrocławia i dał nań 20 mln zł. Tak jak w Łodzi prezydent Zdanowska przed rokiem. W „Gazecie Wrocławskiej” tę informację ozdabia piękne zdjęcie Dutkiewicza jadącego rikszą z… Kropiwnickim. Wcześniej razem lecieli balonem. Obaj panowie naprawdę się lubią.

Myślałem, że nikt nie przebije topornego, wyborczego marketingu prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej (PO), która otwierała z pompą miejski przystanek i rozkład jazdy. Prezydent wysoko ustawiła poprzeczkę, ale przeskoczył ją właśnie kolega z partii Witold Stępień, marszałek województwa łódzkiego.

Marszałek Stępień w weekend posadził las na „okrągłą”, 95 rocznicę powołania województwa łódzkiego. Sam w sobie gest sadzenia lasu ma wymiar pozytywny, przecież kto inny, jak nie marszałek ma wiedzieć, że Łódzkie to najmniej zalesione województwo. Ale „przypadkiem” las zasadzony został rzecz jasna w okręgu wyborczym marszałka, a drzewa rosnąć będą w sąsiedztwie granitowej płyty z informacją, że posadzono go „z inicjatywy marszałka województwa łódzkiego Witolda Stępnia”. Przyznam, że i tak mi ulżyło, że na tablicy tuż po nazwisku marszałka zabrakło informacji, że jest z PO i otwiera sieradzką listę tej partii do sejmiku województwa.

Dlaczego marszałek nie odczekał z tym pomnikiem dla siebie samego jeszcze pięć lat, do setnej rocznicy? To proste, marszałkiem może już wtedy nie być, poza tym wybory trzeba wygrać teraz, w 95 rocznicę województwa, bo kto wie, co się zdarzy w setną… A co ten czy inny marszałek zasadzi w setną rocznicę? Być może nic, bo rok 2019 nie będzie rokiem wyborów samorządowych. Poza tym województwo powołano decyzją Sejmu 2 sierpnia 1919 r., dlaczego zatem lasu nie posadzono w sierpniu? Bo to nie czas kampanii wyborczej, a sezon ogórkowy w mediach…

Zresztą tego weekendu na nieskazitelnym wizerunku marszałka Stępnia pojawiła się rysa, dosyć bolesna. Oto wymieniana czasem w mediach jako kandydatka na marszałka, była eurodeputowana, a teraz kandydatka PO na radną sejmiku, czyli Joanna Skrzydlewska, na swym profilu FB zamieściła zdjęcie z raportu Organizacji Gospodarczej Współpracy i Rozwoju (OECD). Wynika z niego, że jeśli idzie o warunki życia, Łódzkie zajmuje ostanie miejsce spośród wszystkich polskich województw. Jestem pod wrażeniem, bo to właśnie Skrzydlewska, należąca przecież do PO, tym wpisem wystąpiła przeciw oficjalnej propagandzie swej własnej partii, że żyjemy w jakiejś „krainie szczęśliwości”. Dopisek autorki, że „nie wygląda to najlepiej” ukarano jednak srogo: tylko 11 „lajków”.

Kiedyś podobny wpis nie pożyłby długo na FB. Telefon od „przyjaciela” z Urzędu Marszałkowskiego, i wpis znika – tak już bywało. Tylko kto się ośmieli zadzwonić do Skrzydlewskiej, skoro nie wiadomo, czy aby to ona nie będzie szefem tego urzędu?
Tak czy siak wpis Skrzydlewskiej można by interpretować za rzucenie rękawicy oficjalnej propagandzie jej własnej partii, a nawet refleksję, że to województwo ma większe problemy, niż niedobór zalesienia w kampanii wyborczej.