Cezary Grabarczyk mistrzem artystycznej wycinanki politycznej. Łódzką listę PO do Sejmu w każdym calu ułożył pod siebie w taki sposób, by kolejni na liście odbierali sobie głosy nawzajem. No i z pomocą zarządu regionu pozbył się Iwony Śledzińskiej – Katarasińskiej. Jest tylko jedno ale…

Posłanka Śledzińska – Katarasińska nigdy do żadnej „spółdzielni” w PO nie należała. Nie musiała, ufał jej Donald Tusk. Była w ścisłej, kilkuosobowej grupie założycielskiej PO, obok Mirosława Drzewieckiego czy Grzegorza Schetyny, bo tylko oni Tuskowi zostali po wyjściu z Unii Wolności. Tusk wyjechał do Brukseli, Śledzińskiej – Katarasińskiej można się było pozbyć, być może za cichą akceptacją premier Ewy Kopacz. „Grabarczyk upokorzył Śledzińską – Katarasińską” proponując miejsca 4-6 – napisano w portalu 300polityka.pl.

Ale ad rem: Cezary Grabarczyk jest liderem listy PO. Tuż za nim są posłanki Małgorzata Niemczyk, Elżbieta Królikowska – Kińska, radny Paweł Bliźniuk, szef kampanii regionalnej PO Łukasz Kucharski, następnie radni Karolina Kępka i Bartosz Domaszewicz. To jest majstersztyk politycznej wycinanki na kilku piętrach. Pierwsza rzecz: mocny w Łodzi Paweł Bliźniuk, szef największego koła PO, czyli Koła Aktywności, miał być najdalej trzeci, a walczył o nr 2 właśnie w związku z tym, że reprezentuje tak szerokie środowisko. Manewr, który mu dwójkę odebrał polega na tym, że posłanka Niemczyk też jest z KA, zasada reprezentacji środowiska została więc utrzymana, a drugi argument to fakt, że posłanką i „musi mieć wysokie miejsce”. Bliźniuk na dwójce mógłby parę głosów Grabarczykowi zabrać, szczególnie z poparciem Hanny Zdanowskiej, z czwartego już nie bardzo. Posłanka Niemczyk wedle wszelkich wyborczych zasad zbierze jako pierwsza głosy kobiet. Ale żeby nie zbliżyła się zbyt wynikiem do jedynki, jej wynik ma zneutralizować następna po niej kobieta na liście, posłanka Królikowska – Kińska. Kolejna sekwencja czterech nazwisk obok siebie też jest mistrzowska: Bliźniuk, Kucharski, Kępka, Domaszewicz. Cała ta czwórka od początku miała być sygnałem, że oto łódzka PO się odmładza. I cała ta czwórka młodych obok siebie nawzajem sobie będzie odbierać poparcie, bezwolnie osłaniając wynik lidera. Domaszewicz chciał ostatnie miejsce na liście? No to dostał je bliski znajomy Grabarczyka, Ali Koussan.

Kolejny efekt to wewnętrzne waśnie na liście. Tzw. Młodzi Demokraci, już się dystansują od Kępki, widać, że w kampanii będą pracować na Domaszewicza. Podobnie będzie w Kole Aktywności: postawią na swego lidera z numerem 4, dla koleżanki z nr 2 mogą być kołem bierności.

Ale tak ułożony koncept trzeba było jeszcze przepchnąć. W jaki sposób? Otóż Cezary Grabarczyk na szczeblu powiatowym przekonał kolegów z PO, by na zarząd regionu nie posyłać projektu listy, tylko same nazwiska zgłoszonych. Koncepcja listy ujawniona została już na zarządzie regionu, wygrała głosowanie 7:6. Pomógł niezastąpiony w takich sytuacjach Andrzej Biernat.

Cezary Grabarczyk już nie może sobie pozwolić na silne nazwiska z tyłu, pamięta przecież, że przed czterema laty sam został upokorzony, tyle, że przez wyborców. Jego, lidera listy, pokonał nie tylko nr 3, ale i nr 5 – Krzysztof Kwiatkowski i John Godson kompromitując go w oczach Tuska i reszty „spółdzielców”. Jest tylko jedno ale… Czy tak ułożona lista pomoże PO obronić pięć mandatów, czy też pomoże tylko Cezaremu Grabarczykowi nie dać się już nikomu przeskoczyć.

Paweł Kukiz ani razu podczas kampanii wyborczej na prezydenta RP nie pojawił się w Łodzi. A teraz przyjedzie! 9 sierpnia zagra na otwarciu ćwierć stadionu miejskiego wraz z innymi gwiazdami w ramach Top Łódź Festival. Nie dość, że zarobi, to jeszcze podpromuje się przed wyborami parlamentarnymi. Za pieniądze łódzkiego podatnika.

Być może chodziło o względy artystyczne przy doborze wykonawców, być może o ich popularność, a przy okazji rządzące Łodzią PO i SLD pokażą, jak bardzo są pluralistyczne, jak bardzo tolerancyjne dla „antysystemowców”. Mnie intryguje, czy na koncercie Kukiza pojawi się Tomasz Trela, wiceprezydent odpowiedzialny m.in. za sport w mieście, bo chodzi przecież o stadion, a dokładnie jedną jego trybunę. To także szef łódzkiego SLD, a Kukiz w swej twórczości przecież swego czasu poświęcił tej formacji jeden ze swoich utworów. O ile tytuł brzmi w miarę elegancko („Virus SLD”), to już tekst jest dosyć dosadny:

„Jak ja was kurwa nienawidzę / I jak ja wami kurwa gardzę/ (…) Opasłe mordy, krzywe ryje/ (…) Jak do was bym z kałacha bił! / Jebana wasza partia mać / Co mi ojczyznę okrada” – to tylko kilka cytatów.

Pieśń co prawda dotyczy schyłkowego okresu rządu SLD, wydano ją w 2004 r., ale trudno sądzić, by autor zmienił zdanie. On po prostu teraz więcej czasu poświęca teraz Platformie: „Gardzę tą partią , a rozwinięcie skrótu PO – „Partia Oszustów” – jest jak najbardziej na miejscu” – powiada. Hanna Zdanowska, prezydent i szefowa PO w Łodzi zachwycona tymi słowami pewno by nie była, a Trela, człowiek dość prostolinijny, zapewne bladłby i czerwienił się na przemian, gdyby Kukiz ów song w Łodzi wykonał.

Paweł Kukiz jak widać swą tożsamość buduje na słowie „pogarda”, które według Słownika Języka Polskiego oznacza „stan uczuciowy będący mieszaniną braku szacunku i niechęci”, ale co istotne „poczuciu wyższości w stosunku do kogoś”. A może nie tożsamość, tylko jakiejś dziwacznej biznesowo – ideowej schizofrenii. Bo jak widać, antysystemowa pogarda nie przeszkadza mu w akceptowaniu faktu, że dostanie przelew z kasy miasta zarządzanego przez „oszustów” oraz „opasłych mord i krzywych ryjów”, a tabloidy krzyczały ostatnio, że za koncert zarabia 30 tys. zł. .

„(…) Nadejdzie kiedyś taki czas / Za wszystko kurwy zapłacicie” – to też fragment „Virusa SLD”, pewnie kasy autor na myśli nie miał, a teraz zarobi twardy pieniądz, zapłacą „kurwy” i „oszuści” w imieniu łódzkich podatników. Tym bardziej słabo to wygląda, że jego ocena obu partii dla większości jego wyznawców od rzeczywistości oderwana nie jest

O ile nominacja Cezarego Tomczyka, młodego posła PO z Sieradza na rzecznika rządu, rządowi może nie pomóc, to z pewnością rola rzecznika rządu pomoże samemu Tomczykowi. Z drugiej zaś strony, jak się poseł Tomczyk dotąd nie kojarzył z niczym, tak ryzykuje, że się może zacząć kojarzyć z najbardziej spektakularną porażką w historii PO…

Pomoże po pierwsze w tym, że zapewne zostanie rzecznik Tomczyk nr 1 listy PO na sieradzkiej liście do Sejmu, bo inaczej partia by się wygłupiła, gdyby ministra z kancelarii premiera postawiła na liście niżej. Rząd może zyskać na 31-letnim rzeczniku, bo PO właśnie walczy o odzyskanie pokolenia, które reprezentuje nowy rzecznik. Ale sprawa prosta nie jest, bo rzecznik to twarz rządu, a twarz, a przede wszystkim głos rządu, musi być wyrazisty. I tu jest problem, bo Cezary Tomczyk choć posłem jest już osiem lat, niczym wyrazistym się dotąd nie wyróżnił. Na znajomym naukowcu, który interesuje się polityką niechcący przeprowadziłem eksperyment, pytając z czym mu się kojarzy nazwisko nowego rzecznika rządu. I co odpowiedział? Że z Cezarym Grabarczykiem, którego był kiedyś Tomczyk asystentem i ze „spółdzielnią”, silną frakcją w PO, której liderzy, Grabarczyk właśnie oraz Andrzej Biernat, w ciągu półtora miesiąca solidarnie wylecieli z rządu w aferalnej otoczce.

To są oczywiście niuanse, dla większości wyborców niezauważalne, na odbiór rzecznika rządu wpłynąć nie muszą, przecież nie wszystkim Biernat i Grabarczyk kojarzą się źle. Dlatego paradoksalnie niekorzystnie na odbiór publiczny rzecznika może wpłynąć jego wiek, a ściślej, co mimo tego wieku dotąd zrobił. Otóż ma 31 lat, a od ośmiu lat jest posłem. To zaś znaczy, że został nim w wieku 23 lat. A skoro wcześniej asystował posłowi, to do jakiego typu konstatacji wśród młodych prowadzić może takie CV, wcale nie trudno zgadnąć. Otóż do takiej, że „nie wie co to uczciwa praca”, że „zawsze na koszt podatnika”, że „taki młody, a od zawsze przy korycie na nasz koszt” i takie komentarze już się pojawiły – w sieci i w TV. Co rzecznik powie innym, wykształconym acz bezrobotnym 30 – latkom? Że w wieku 23 lat za zasługi u posła Grabarczyka dostał biorące miejsce na liście, a wybór zagwarantował mu 12 tys. zł brutto na miesiąc? Prawdziwe, acz niezbyt dobre wizerunkowo, bo nie chodzi zazwyczaj o to, jak on w tym Sejmie i w okręgu pracuje, bo pracuje dobrze, tylko o to, że może być postrzegany, jako „od małego” żyjący na koszt podatnika.

Tak czy siak, rzecznik Tomczyk na wyrazistość może jeszcze zapracować, bo on pracowity i ambitny jest. Wziął zadanie, którego ktoś inny być może nie chciał ryzykować przed końcem kadencji, bo zapewne tak nie kalkulował. Może nie do końca, ale i od niego też zależy, czy dawanie twarzy niepopularnemu premierowi zakończy się na zachowaniu twarzy, czy też na zrobieniu sobie gęby. Gęby polityka, który jak się dotąd z niczym nie kojarzył, tak się może zacząć kojarzyć z najbardziej spektakularną porażką w historii PO. Właśnie dostał swoje 5 minut, a ściślej – jeśli wierzyć sondażom – cztery miesiące.

Załóżmy, że łódzkie PiS rzeczywiście nie jest przeciw inwestycji Airbus Helicopters w Łodzi, a ma za złe tylko propagandę o „tysiącach miejsc pracy”…

Rozumiem motywy kampanii Andrzeja Dudy, gdy nawet łódzcy politycy PiS postponowali przejścia śmigłowca Caracal do fazy testów, a także bardzo prawdopodobny wybór tej oferty przez MON. Taka była potrzeba polityczna kampanii ogólnopolskiej: umacnianie Mielca i Świdnika w województwach gdzie wygrywa PiS, i młotkowanie Łodzi, gdzie wygrywa PO. Tyle, że teraz mamy już mamy kampanię parlamentarną. I z tej perspektywy kompletnie nie pojmuję, awantury jaką zgotował PiS w sejmiku a propos zwykłego stanowiska popierającego tę inwestycję. Paradoks polega na tym, że stanowisko takie jest bez znaczenia, natomiast znaczenia nadał mu właśnie opór PiS. Bo w PiS niektórzy wprost martwili się o przyszłość pracowników Mielca i Świdnika, choć są radnymi ŁÓDZKIEGO sejmiku. Podkreślam: ŁÓDZKIEGO. Być może za nic mają zatem pracowników Wojskowych Zakładów nr 1 w Łodzi, o których oparty będzie kontrakt Z Airbus Helicopters.

Poparcie nic nie znaczącego stanowiska nic by radnych PiS nie kosztowało, bo temat wart byłby trzech zdań, chwilę potem by zdechł, a możeby plus przed wyborami dostali. Niepoparcie buduje narrację, że „są przeciw”, nawet jeśli nie są. I to w stuacji, gdy Łódzkie tego kontraktu potrzebuje. Gratuluję strategii, idealna na start z pierwszych miejsc do Sejmu. Ale nie z Łodzi, tylko z Podkarpacia i Lubelszczyzny.

Dostaję maile i smsy z pytaniem: „jak oceniasz dymisję Grabarczyka?”. Odpowiadam za każdym razem tak samo: zasłużona, spóźniona i w stylu Cezarego Grabarczyka. Czyli bez stylu, choć z symbolicznym strzałem we własną skroń.

Dlaczego? „Moja rezygnacja leży w interesie Państwa i wymiaru sprawiedliwości. Nie może być wątpliwości co do osoby pełniącej funkcję (…)” – czytamy m.in. w oświadczeniu byłego ministra sprawiedliwości, a rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska chyba z pięć razy podkreśliła, że „co do osoby ministra nie może być cienia podejrzeń”.

Cóż, o tym, że co do osoby ministra nie może być cienia podejrzeń pisało i mówiło wielu, bo to oczywistość. Tyle, że ta oczywistość na ministrze Grabarczyku wrażenia kompletnie nie robiła. Zdanie które znalazło się w jego oświadczeniu, to które mówi, iż „nie może być wątpliwości co do osoby ministra” brzmi tym bardziej niewiarygodnie, gdy przypomnimy, że minister złożył dymisję dopiero po tym, gdy telewizja TVN24 ujawniła, że policyjny kontrwywiad ma nagranie jego rozmowy z szefem Wydziału Postępowań Administracyjnych Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Biuro Spraw Wewnętrznych podsłuchiwało oficera, bo podejrzewało, że może brać łapówki, a to ten oficer, który prowadził procedurę przyznawania pozwolenia na broń Cezaremu Grabarczykowi. Według wstępnych ustaleń prokuratury Grabarczyk w 2012 r. jako wicemarszałek Sejmu otrzymał takie pozwolenie bez zdawania egzaminu praktycznego, a według innych źródeł zdał go, tyle, że przed egzaminem teoretycznym, czyli w odwrotnej kolejności niż mówią przepisy.

Co nagrał policyjny kontrwywiad? Rozmowę wicemarszałka z oficerem, podobno o przyszłej robocie tegoż oficera w państwowej spółce, jednak tę informację ma zdementować prokuratura. Druga sprawa to fakt, że w postępowaniu dotyczącym pozwolenia wicemarszałka Sejmu, była już decyzja o przeszukaniu jego biura i postawieniu mu zarzutów. Tyle, że było to we wrześniu 2014 r., chwilę przed tym jak Grabarczyk wszedł do rządu… A gdy został ministrem, prokuratorowi odebrano sprawę.

I to dopiero po ujawnieniu takich informacji dymisję złożył minister sprawiedliwości.

Tło tej sprawy żenuje, pokazuje całe to elitarne cwaniactwo, załatwiactwo i kompletny brak wyobraźni osób na odpowiedzialnych stanowiskach. Bo kto będąc prawnikiem i posłem, a na dodatek wicemarszałkiem Sejmu pozwala, żeby mu puszczono część egzaminu, albo nawet pozwolono zdawać od końca, skoro to niezgodne z prawem? Ktoś, kto chyba wylogował się z rzeczywistości albo zatracił w arogancji, albo tym pistoletem sam chciał symbolicznie strzelić we własną skroń. Jeśli Cezary Grabarczyk na coś takiego poszedł, to znaczy, że stracił instynkt samozachowawczy. A jeśli mimo tego uznał, że może być ministrem sprawiedliwości, to znaczy, że w jego myśleniu o własnych kwalifikacjach moralnych istnieje jakaś głęboka sprzeczność.

Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) powiada poważnie, że a propos decyzji o budowie (lub nie) wielkiej betonowej estakady, która ludziom niemal wejdzie w okna, każdy łodzianin ma jeden głos. Perfidna jest tak pojmowana matematyka demokracji.

Estakada nad skrzyżowaniem Marszałków pojawiła się póki co tylko na wizualizacjach, ale szokuje w prawdziwej rzeczywistości. Sprawa ma kilka bardzo ciekawych płaszczyzn, głównie związanych z technologią sprawowania władzy, a dobrze było to widać na pierwszym spotkaniu konsultacyjnym. Fundament działania prezydent Łodzi jest chwalebny, ale dwuznaczny: chce zapytać łodzian co oni o tym sądzą i na tej podstawie podjąć decyzję czy budować, czy odpuścić. Piękne, bo to przecież vox populi, ale i jakże przerażające, bo de facto prezydent zrzuca w tej arcykontrwersyjnej sprawie decyzję na łodzian. Powiada: podejmę decyzję po konsultacjach z wami, co daje niesamowicie proste alibi do podjęcia niepopularnej decyzji.

Idźmy dalej: każdy w tej sprawie ma jeden głos, a prezydent mówi, że ona też. To w tej matematyce jest najbardziej dramatyczne i perfidne: głos kogoś, kto wyjrzy przez okno na wysokości mknących i smrodzących na estakadzie samochodów jest na równi z głosem osób, które będą tą estakadą jechać, a mieszkają z dala od skrzyżowania Marszałków, w innych dzielnicach Łodzi. Chyba proste, że tych, którym ta estakada w Łodzi przeszkadzać nie będzie, jest więcej o tych, dla których stanie się jedynym widokiem z okna. Odszkodowania, proponowane zamiany mieszkań, tej optyki raczej nie zmienią.

Jedna z kobiet, która na konsultacje przyszła mówiła tak: mam dwójkę małych dzieci, mąż pracuje w Warszawie, bo w Łodzi pracy nie dostał. Mieszkamy na pierwszym piętrze z przyszłym widokiem na samochody w mieszkaniu, które kupiliśmy 10 lat temu na kredyt, który jeszcze spłacamy. To była świadoma decyzja, także dlatego, że po drugiej stronie mamy szpital dziecięcy. I co pani na to ? – pada pytanie do prezydent Łodzi.
– Będzie możliwość zamiany mieszkania… – powtarza pani prezydent.
– Ale my nie chcemy żadnego innego, to jest nasze miejsce, świadomie wybrane miejsce… – mówi kobieta.

Dramat, i takich dramatów jest więcej. Tyle, że ci ludzie są w mniejszości, a ich głos waży tyle samo.Te widzewskie konsultacje były najważniejsze, kolejne już tak burzliwe nie będą. Ale tam na Widzewie ludzie mówili nie tylko emocjami, ale i ciekawymi obserwacjami. Siedzący obok mnie człowiek powiedział, że on te konsultacje widzi jako „wielki pic”, a rozumuje w ten sposób dlatego, że on zauważył, iż urzędnicy nie starali się mu przedstawić projektu do skonsultowania, tylko – jak powiedział – „wyraźnie optowali za budową… To po co te konsultacje, skoro prezydent chce budować, a jak chce budować, to po co się pyta?”

Na tę logikę pojmowania sprawy wpływ ma – co tu kryć – także oryginalna narracja urzędników i samej prezydent Zdanowskiej, którzy co krok podkreślają, że „te konsultacje są prawdziwe”. Wielu przyjęło to tak, jakby wszystkie poprzednie konsultacje były fałszywką. Oby dla prezydent Łodzi głos konserwatora zabytków, który wydał opinię negatywną w sprawie estakady, nie był tylko głosem pojedynczego łodzianina, który pojawił się w ogniu dyskusji na konsultacjach społecznych.

Spółdzielnia się wykoleiła” – skomentował jeden z dziennikarzy portalu 300polityka zdjęcie tramwaju, którym jechali ministrowie Andrzej Biernat i Cezary Grabarczyk. Zabytkowy, przedwojenny Sanok wiózł głowę państwa, prezydenta Bronisława Komorowskiego do Lutomierska. I wypadł z szyn…

Incydent sam prezydent skomentował żartobliwie, sytuację próbowano obracać w żart, bo też raczej zamach ani prowokacja to nie była. Ale utkwiła mi mocno w pamięci mina Andrzeja Biernata z jaką opuszczał tramwaj i przeszedł obok kamery. Nie wyglądał na kogoś skorego do żartów…

Być może dlatego, że do zabytkowego tramwaju ministrowie wraz z prezydentem wsiedli prosto z wiecu w Konstantynowie Łódzkim. Konstantynów to modelowe miasto Platformy Obywatelskiej, elity PO rządziły nim jeszcze przed powstaniem tej partii i rządzą do dziś. Wizyta w tym mieście miała kilka celów, zapewne także i pokazanie prezydentowi, jak bardzo jest pod Łodzią lubiany, za co pewnie prezydent byłby wdzięczny lokalnym notablom. A Konstantynów, zwany też w politycznych kręgach „Kanzasem”, to przecież miasto jak na swą wielkość pełne notabli PO, kiedyś żartowano nawet, że to nie Konstantynów Łódzki, a Wojewódzki.

To miasto marszałka województwa Witolda Stępnia i byłego marszałka Włodzimierza Fisiaka (był tam burmistrzem, swego czasu także ważną figurą w PO). To miasto Andrzeja Biernata, ministra sportu, wodza PO w regionie łódzkim, p.o. sekretarza generalnego Platformy, w końcu szefa wspomnianej na początku Spółdzielni. To w końcu miasto w którym mieszka senator PO Maciej Grubski, który się – o dziwo nie pokazał się z prezydentem – a wreszcie miasto Łukasza Kucharskiego. To niby „tylko” dyrektor łódzkiego WORD, ale przede wszystkim szef kampanii Bronisława Komorowskiego w województwie Łódzkim. Biernatowi, Stępniowi, Kucharskiemu czy Grubskiemu musiało być strasznie głupio, gdy prezydent Komorowski w tym wzorcowym mieście PO usłyszał skandowania „wejdź na krzesło”, a jeszcze wcześniej „gdzie jest szogun”. Panprezydenccy oponenci byli tak słyszalni z tymi „krzesłami”, że się do tych skandowań odnieść musiał sam prezydent… Pod nosem VIP-om Platformy takie hasła i to jeszcze w towarzystwie prezydenta? Spółdzielnia, czyli silnorękie lobby w PO, chyba rzeczywiście się wykoleiła.

A krzyczała łódzka ekipa KORWiN. Na gościnnych występach w Kanzasie. Wiedzieli gdzie przyjechać, by Platformę ukłuło. A wystąpili w towarzystwie „Ruchu Narodowego Konstantynów Łódzki” – według tego, co napisano na transparencie. Słowo daję, my tu w Łodzi myśleliśmy dotąd, że w Konstantynowie można należeć tylko do PO.

Łódzkie PiS szczerze oburzone faktem, że wyjazd prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej na „wiec poparcia” prezydenta Bronisława Komorowskiego był „wyjazdem służbowym”, de facto więc sponsorowanym przez łodzian. Doprawdy i ja jestem oburzony, bez ironii. Ale nie tylko Zdanowska na takie wiece za pieniądze łodzian jeździła…

W krytykowaniu Zdanowskiej i tła jej wyjazdu 14 lutego do Katowic, gdzie podpisała jako prezydent Łodzi deklarację poparcia prezydenta Bronisława Komorowskiego, przoduje radny Bartłomiej Dyba-Bojarski. Czuć, że człowiek szczerze jest oburzony, w odpowiedzi na interpelację przedstawiono mu mniej więcej taką oto logikę: spotkanie z prezydentem RP było spotkaniem oficjalnym, a jako, że prezydent Zdanowską wybrano głosami większości łodzian, jedzie na takie służbowym samochodem jako prezydent Łodzi, bo reprezentuje ją na zewnątrz, a koszty pokrywa Urząd Miasta. Czyli łodzianie, ale tego już w odpowiedzi nie przeczytamy.

Oburzony radny na TT daje upust emocjom: „Sponsorowanie kampanii ze środków samorządowych, bo wygrałam wybory jest OK?” albo „Dziś w pochodzie sponsorów PO do mieszkańców Gdańska dołączają Łodzianie”, bo już wcześniej wyszło na jaw, że prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, też popierał Komorowskiego na koszt gdańszczan…

Nie dawał mi spokoju ten Gdańsk, aż mózg swędział… I przypomniałem sobie: Hala Olivia, słoneczna sierpniowa sobota, a w telewizorze Jerzy Kropiwnicki, prezydent Łodzi niemal krzyczy: – Jeżeli mogę mieć jakikolwiek zarzut do tego rządu i PiS, to taki, że za mało chwalił się sukcesami gospodarczymi, cieszę się też, że kończy się czas kapusiów jako autorytetów moralnych.

To zdanie, i nie tylko to, prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki wypowiedział na konwencji PiS inaugurującej kampanię parlamentarną w 2007 r. Pojechał tam jako prezydent Łodzi, za pieniądze łodzian. Pamiętam zażenowanie prezydenckiego otoczenia, a konkretnie Wojciecha Łaszkiewicza i Kajusa Augustyniaka w reakcji na pytanie, kto tę partyjną eskapadę opłacił. Zażenowanie, bo „przecież prezydenta Łodzi zaprosił urzędujący premier”. PREMIER, a tu jakiś leszcz o koszty pyta. Ale potwierdzono, że prezydent pojechał na koszt UMŁ.

W tekście, który wtedy napisałem (28.08.2007) znalazła się także odpowiedź na pytanie, co w ogóle prezydent Łodzi robił na partyjnym wiecu PiS: „(…) to jedyny polityk, który startując z list partii braci Kaczyńskich zdobył władzę w wielkim mieście. Według Łaszkiewicza, zaproszenie do Gdańska premier przysłał Jerzemu Kropiwnickiemu ponad dwa tygodnie temu. Prezydent Łodzi nie wahał się, by potwierdzić przybycie, bo „tak jak premier jest człowiekiem zasad”.

Mnie jako obywatela zawsze szlag trafia, gdy za partyjne imprezy płaci ciężko harujący podatnik. Nawet jeśli miałoby chodzić o 5 zł, bo prezydenci zazwyczaj biedakami nie są, a ich partie na kontach mają grube miliony. Ale widzi pan, panie radny Dyba-Bojarski, jakie zasady miał „człowiek zasad”, prezydent Łodzi, który został nim z poręki pańskiej partii, czyli PiS. Pana wtedy w PiS być może nie było, a w odpowiedzi na interpelację tego nie napisano: Zdanowska była wtedy wiceprezydentem Łodzi, zastępcą Kropiwnickiego. Może stąd wie skąd czerpać wzorce. I zasady.

PS. http://lodz.naszemiasto.pl/archiwum/jerzy-kropiwnicki-na-konwencji-pis-w-gdansku-prezydent,1515060,art,t,id,tm.html

Poważny problem w Łowiczu ma poseł Cezary Olejniczak z SLD. Otóż w mieście tym jest trójka radnych, którzy pracują w instytucjach podległych burmistrzowi, a jako radni tegoż burmistrza powinni kontrolować. I pyta poseł wojewodę, czy to nie jest konflikt interesów. Niechby jeszcze poseł o to samo zapytał w Łodzi, gdzie jego przyjaciele z SLD jako radni też pracują w miejskich spółkach…

Daremne to pismo do wojewody, bo wiadomo, co odpowie: nie ma bezpośredniej podległości burmistrzowi, nie ma konfliktu interesów. Jest tylko smrodek, że żyje tylko z publicznych posad, a jego kontrola względem burmistrza czy prezydenta jest czysto iluzoryczna. Radny dostając robotę w miejskiej spółce to przecież nigdy nie jest dzieło przypadku, tylko precyzyjnej politycznej kalkulacji i logistyki, ale tego wojewoda zapewne nie napisze. Jak wyczytałem w artykule poświęconym wyczynowi posła Olejniczaka, „ nie kryje on, że będzie chciał zainteresować innych posłów SLD wprowadzeniem zmian w prawie, które uniemożliwią łączenie funkcji radnego z pracą w jednostce podległej danej gminie”. Już to widzę…

Tym bardziej, że mógł poseł Olejniczak zapytać hurtem także o swoich kolegów, radnych SLD z Łodzi. Przewodniczący klubu SLD Sylwester Pawłowski zarabia jako doradca zarządu miejskiej spółki Expo-Łódź. Jego zastępczyni, radna Małgorzata Moskwa-Wodnicka, jeszcze niedawno pracowała w poleskiej delegaturze Urzędu Miasta Łodzi, teraz jest dyrektorem w MPO. Mógłby pan zapytać o nich wojewodę panie pośle, a podpowiem o kogo jeszcze z PO, które jest w koalicji z pańskim SLD: Jan Mędrzak (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne), Paweł Bliźniuk (Łódzka Spółka Infrastrukturalna), Rafał Reszpondek (Grupowa Oczyszczalnia Ścieków), Adam Wieczorek (Miejska Arena Kultury i Sportu), a w podlegającym miastu Wojewódzkim Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego pracuje radna Małgorzata Bartosiak.

Wszyscy zarabiają z dwóch publicznych źródeł finansowania: z budżetu, który sami uchwalają i ze spółek, na których budżety wpływ mają jako radni. A powiedział ktoś, że nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem

Nie powstaną w Łodzi Ogrody Karskiego, a przynajmniej nie przed 2020 r. – news przemknął niemal niezauważony, przykryty prezentacją nowego wiceprezydenta Łodzi. „Szok i niedowierzanie”, bo przecież projekt wygrał głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego, wokół którego prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) wykreowała aurę instytucji nietykalnej, niepodważalnej, świętej, bo „to głos łodzian”. A tu teraz taka rysa na świętości…

Otóż działka, na której Ogrody Karskiego miały powstać, od blisko czterech lat jest obiecana PKP, jednak na etapie składania wniosku nikt z magistratu o tym nie wspomniał. W Ogrodach Karskiego powstać miało wielofunkcyjne boisko, „rozległy i nowoczesny plac zabaw”, nowe nasadzenia, ścieżki rowerowe, nawet „miejska plaża – niecka z wodą dla ochłody” oraz „dzika łąka pełna kwiatów, ogólnodostępny ogródek ziołowy, miejsca do urządzania pikników – połacie krótko przyciętej trawy, na której można się wylegiwać”, a byłoby gdzie, bo chodzi przecież o 30 tys. metrów kwadratowych…

Ale zgodnie z porozumieniem kolejarze na części niedoszłych ogrodów, składować będą ziemię z drążenia tunelu średnicowego pod Łodzią i przystanku „Manufaktura”, wytną także wszystkie drzewa. Jeszcze przed spotkaniem pomysłodawców idei ogrodów z prezydent Zdanowską dało się z przekazów w mediach wysnuć narrację, że to „źli urzędnicy”, a prezydent o niczym nie wie i na pewno pomoże”. Ale spotkanie nic nie zmieniło, poza tym, że jest jasność w temacie: ten projekt w ogóle nie powinien trafić pod głosowanie, co przyznała sama prezydent Łodzi, i zostaje wycofany z BO.

W tej sytuacji przypomina mi się kilka arcyciekawych zdań a propos partycypacji społecznej i nietykalności BO: „(…) jeżeli dajemy możliwość decydowania łodzianom o określonych sprawach, to dajmy szansę by ich decyzje w takim zakresie w jakim to oni sobie wymarzyli były realizowane, a nie w takim jak chce urząd czy urzędnik”. Kto to powiedział? Ano prezydent Zdanowska w Radiu Łódź, przy okazji pamiętnej dyskusji o 16 drzewkach w donicach za jedyne 155 tys. zł, też kupionych w ramach BO. Na pytanie czy przewiduje możliwość interwencji, przy kontrowersyjnych projektach, uprzejmie odpowiedziała, że „budżet obywatelski traci wtedy sens”. Nie skomentuję, bo rzeczywistość komentuje się w tej sytuacji sama.