Archiwum kategorii: Blog Marcina Dardy

Poseł Waldemar Buda z PiS jest wielkim zwolennikiem wprowadzenia zasady dwukadencyjności dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, oczywiście z zaliczeniem kadencji już odbytych. W TVP3 Łódź stwierdził, że akurat samorządowcy należący do PiS, w przeciwieństwie do innych, rozumieją potrzebę wprowadzenia tej zasady. Cóż, jednak nie wszyscy. Posła Budę zaorał jego kolega z PiS, burmistrz Ozorkowa Jacek Socha, który najwidoczniej „nie rozumie” tej zasady.

Zasada dwukadencyjności a la PiS oznacza, że przy następnych wyborach nie wystartuje 70 proc. obecnych wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Poseł Buda twierdzi, że PO, konkretnie w osobie posła Cezarego Grabarczyka, broni „ wójtów, burmistrzów, którzy rządzili np. przez 42 lata. Tak! Mamy taki przykład w województwie łódzkim. Zaczynali jako naczelnicy w komunie. Cały czas brakuje zrozumienia, że ograniczenie kadencji dotknie każde ugrupowanie. Nie zmienia to faktu, że tu chodzi o idee i uporządkowanie reguł w samorządzie. Nie chodzi o konkretne nazwiska” – napisał poseł Buda na swym profilu FB. A w programie „Łodzią po regionie” powiedział jeszcze, że PiS ma „kilkudziesięciu wójtów, burmistrzów i prezydentów w całym kraju, którzy nie będą mogli kandydować. Tylko, że oni rozumieją że chodzi o o większą ideę, w ramach systemowych rozwiązań”.

A tymczasem „nie rozumie” tej zasady jeden z tych, na którego poseł się powołał: Jacek Socha, burmistrz Ozorkowa, członek PiS, który straci stanowisko, gdy wejdą zmiany, o których mówi poseł Buda . Kilka dni po jego słowach, Socha w lokalnym tygodniku Reporter powiada tak: „(…) Zostałem postawiony w dość niekomfortowej sytuacji. Trzeba zwrócić bowiem uwagę, że odebranie obywatelom prawa demokratycznej oceny wcześniej wybranego wójta, burmistrza albo prezydenta, to znaczy ograniczenie jego prawa wyborczego, raczej nie jest dobre”. Dalej burmistrz pochyla się nad pomysłem „z mocą wsteczną” rozwiązania, które może spowodować, że będzie problem z szukaniem kandydatów, bo ogromna część wójtów, burmistrzów i prezydentów rządzi dziś drugą kadencję, co znaczy, że w przyszłym roku nie będzie mogła wystartować”.

Cóż za perfidia burmistrza z PiS. Powiedzieć wszystko na opak i zaorać posła własnej partii… Miał być burmistrz przecież tym, który „rozumie ideę uporządkowania samorządu”. A nie dość, że jest z PiS, to jeszcze „nie rozumie”, co znaczy, że pewnie chciałby rządzić jeszcze ze 45 lat i stworzyć dyktaturkę, jak by to zgrabnie ujął prezes Jarosław Kaczyński.

Murem za Hanną Zdanowską nie stoję, bo jestem od tego, by ludziom tłumaczyć, kto za kim murem stoi i dlaczego. Nie przesądzam czy prezydent Łodzi jest winna, czy nie. Radni PiS przytomnie apelują o szybki proces i takież wyjaśnienie sprawy. Też bym tak chciał, bo na tym skorzystają wszyscy. Ale zadziwiają mnie akurat te argumenty PiS, które mają udowodnić, że „sprawa nie jest polityczna”…

Według PiS sprawa nie jest polityczna bo „prokurator generalny Zbigniew Ziobro nie ma z nią nic wspólnego”. A nie ma, bo „sprawę Zdanowskiej do prokuratury gorzowskiej przekazał jeszcze niezależny prokurator generalny Andrzej Seremet w lutym 2016 r.”. Tymczasem „Ziobro prokuratorem generalnym został 4 marca”. Politycy PiS lansują przekaz, że Seremet był wręcz „prokuratorem koalicji PO-PSL”. Czyli, że za sprawą zarzutów dla Zdanowskiej stoi prokurator PO, a nie PiS. Nie chcę się czepiać, ale proponuję politykom PiS szczerą rozmowę z ich kolegą z partii, Łukaszem Maginem. On wie, czyim prokuratorem był Andrzej Seremet. Magin był doradcą Krzysztofa Kwiatkowskiego, ministra sprawiedliwości w rządzie PO-PSL, który prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu wiosną 2010 r. przedstawił dwóch kandydatów na prokuratora generalnego. Prezydent Kaczyński wybrał Seremeta. Zresztą ku rozpaczy Kwiatkowskiego, całej PO i zapewne Magina, wtedy przecież członka tej partii. Gdy formalnie doszło do wyboru prokuratora, Magin był wiceprezydentem Łodzi, ale wojna o prokuraturę trwała już wtedy, gdy był doradcą Kwiatkowskiego. A o tym kogo chciała wówczas PO na prokuratora generalnego pisał guru prawicowej publicystyki Cezary Gmyz.

Otóż PO liczyła na to, że prokuratorem generalnym w nowej, niezależnej prokuraturze zostanie Edward Zalewski, prokurator krajowy i wiceminister sprawiedliwości, zastępca Kwiatkowskiego. Te dwie kandydatury wyłoniła w głosowaniu Krajowa Rada Sądownictwa, prezydentowi przedstawił je Kwiatkowski, a ostatecznego wyboru dokonał Lech Kaczyński. Czyli Lech Kaczyński dokonał wyboru „prokuratora koalicji PO-PSL”? Panowie radni PiS: kierując narrację w tę stronę czynicie gwałt na pamięci o prezydencie Kaczyńskim. Dla porządku dodam, że z czterech merytorycznych zastępców Seremeta, trzej to prokuratorzy robiący karierę w latach 2005-07, gdy prokuratorem generalnym był kto? Zbigniew Ziobro. Decyzję o ich powołaniu zdołał jeszcze podjąć Lech Kaczyński na kilka dni przed katastrofą. O czwartego zastępcę merytorycznego Seremet konfliktował się z Bronisławem Komorowskim. Z prezydentem PO – jak się dziś mówi w PiS.

Ale to nie wszystko: radny PiS Bartłomiej Dyba-Bojarski stwierdził, że skoro sprawa trafiła do Gorzowa decyzją niezależnego prokuratora Seremeta, to w gorzowskiej prokuraturze zapadły wszystkie decyzje dotyczące Zdanowskiej. I dlatego Ziobro nie może mieć z tym nic wspólnego.

Przypomnę zatem dlaczego sejmowa większość PiS ponownie włączyła prokuraturę pod ministerstwo sprawiedliwości. Otóż Seremet jako prokurator generalny nie miał wpływu na śledztwa prowadzone w okręgach. Bogdan Święczkowski, dziś prokurator krajowy i zastępca ministra Ziobry, na ten temat udzielił dziesiątków wywiadów, nazywając w nich Seremeta „figurantem”. Koalicja PO-PSL oddzielając prokuraturę od ministerstwa, zburzyła w niej podległość służbową. Święczkowski podał przykład afery Amber Gold: „(…) prokurator generalny nie mógł polecić zmian w sposobie prowadzenia tego śledztwa”. Zatem prokurator Seremet nie mógł, ale prokurator Ziobro może wpływać na sposób prowadzenia śledztw w prokuraturach, bo takie uprawnienia dała mu nowa ustawa. Jeśli zatem PiS podnosi, że sprawa jest „niepolityczna”, bo do rozpatrzenia okręgowi przekazał ją niezależny prokurator, to ja powiem, że to o niczym nie świadczy. Kluczowy jest bowiem fakt, kiedy podjęto decyzję o postawieniu zarzutów Zdanowskiej. A podjęto ją nie za czasów Seremeta, tylko Zbigniewa Ziobry. Mógł zatem minister Ziobro podjąć decyzję o postawieniu zarzutów Zdanowskiej. Nie wiem czy podjął, ale mógł. A z pewnością o tym, że taka decyzja zapadnie, powinien wiedzieć, bo dotyczy prezydenta trzeciego miasta w Polsce. To – paradoksalnie i bez ironii – nawet dobrze by o nim świadczyło. Bo jeżeli minister Ziobro nie wie co się dzieje w okręgach – a to de facto zasugerował radny PiS – to znaczy, że nie panuje nad podległą mu prokuraturą.

I jeszcze jedno: ręczne sterowanie prokuraturą w czasach, gdy podlegała ministrowi sprawiedliwości było czymś wręcz naturalnym. Tak było za AWS, SLD-PSL, PiS – LPR – Samoobrona, także przed rozdzieleniem urzędów za koalicji PO-PSL. Dlaczego teraz miałoby być inaczej…

Zarzuty postawione przez prokuraturę prezydent Łodzi Hannie Zdanowskiej (PO) wywołały w mieście sporo emocji. I podzieliły Łódź, choć nie na pół, bo dziś więcej łodzian stoi „murem za Hanką”, niż chce „Hanki za murem”. Co nie znaczy, że ona sama i jej zaplecze nie popełnili błędów w sytuacji kryzysowej.

Zarzuty postawione Zdanowskiej są raczej słabe. Wyłudziła kredyt? Przecież to się robi po to, żeby go nie spłacać, a ona spłaciła. Poświadczyła nieprawdę? Czy na pewno, skoro prokurator mówi o „nie do końca prawdziwym dokumencie”. Coś jest prawdziwe, albo nie, nigdy zaś w połowie… Kto w tej sprawie jest poszkodowanym? Bank, który dostał pożyczone pieniądze z powrotem.

Prokuratura stawiając zarzuty tej jakości, po latach od spłacenia kredytu i w sytuacji gdy prokuratorem generalnym jest Zbigniew Ziobro, sama wystawia się publicznie na polityczną ocenę intencji. Dodaje argumentów tym, którzy powiadają, że stawia się jej zarzuty tylko po to, by pomóc PiS w Łodzi.

Ale i Zdanowska ze swym otoczeniem też popełnia błędy. Łzy na konferencji prasowej to błąd. Nie dość, że od razu kojarzą się z Beata Sawicką, to kompletnie nie współgrają z wizerunkiem Zdanowskiej jako kobiety twardej i zdecydowanej, a taki przecież wizerunek wylansowała. Jeśli zaś łzy były niewystudiowane, a spontaniczne? W to doprawdy trudno uwierzyć. Hanna Zdanowska przez ostatnie lata nie raz udowadniała, że potrafi powściągnąć emocje i na łzy sobie nie pozwalała.

Zdanowska nie zawiesiła się w prawach członka PO i nadal jest szefową partii w Łodzi. To niekonsekwencja. Pamiętam dobrze, że gdy zarzuty otrzymał Marcin Nowacki, członek zarządu PO, Zdanowska jako szefowa tegoż zarządu przeprowadziła szybką akcję zawieszenia Nowackiego. Zarzuty w końcu wycofano, ale Nowacki do zarządu PO nie wrócił. Oczywiście nie ma nad czym rozdzierać szat, to jest de facto problem PO i Zdanowskiej. Ale jeśli ktoś teraz powie, że prezydent stosuje różne standardy wobec innych i wobec siebie, to też będzie miał rację.

Widać uznano, że zawieszenie się w prawach członka partii mogłoby zostać na zewnątrz przyjęte jak przyznanie się do zarzutów. Z drugiej strony PO dziś Zdanowską wspiera, a postawienie jej zarzutów wręcz partię w Łodzi zmobilizowało. Otoczenie kryzysowe prezydent Łodzi też działa: akcja „murem za Hanką” na FB oraz niedzielny marsz poparcia to ucieczka do przodu, nawet skuteczna, choć w istocie jest kopią działań z Lublina, gdzie CBA chce odwołania Krzysztofa Żuka, prezydenta Lublina, też z PO. Tam też była akcja na FB „murem za Żukiem”, oraz marsze poparcia. Na FB powstał też kontrprofil „Hanka za murem”(można na nim znaleźć skany informujące, że akcja „Murem za Hanką” ma sponsorowany profil na FB), ale ma o 100 razy mniej fanów od „Murem za Hanką”. Tyle, że prezydenta Żuka CBA wchodzi ze jego działalnością publiczną, zaś Zdanowska sprawę swych zarzutów sama wprowadza PR-owsko w przestrzeń publiczną. To się opłaciło. Niewielu przeciwników Zdanowskiej pamięta łzy i treść zarzutów, wdają się za to w kłótnie, czy na marsz przyszło ludzi sporo, czy niewielu (w mediach rozstrzał jest od 150 do 700 osób) i jaki to procent od skali jej poparcia w wyborach. A emocje skanalizowały się tak, że każdy kto się po jej stronie nie opowie, natychmiast klasyfikowany jest jako jej wróg, a co najmniej wyborca PiS.

Dla Zdanowskiej byłoby jednak korzystniej i wiarygodniej, gdyby w tych marszach nie pojawiali się jej bliscy znajomi, na przykład z klubu radnych PO. Bo gdy ja widzę stojącego „murem za Hanką” radnego Jana Mędrzaka, to się nie dziwię trwałości tego muru. W końcu prezydent Zdanowska daje mu zarobić 200 tys. zł (brutto) rocznie w Miejskim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym

„Jestem przekonany, że śledztwo prokuratury wykaże nieprawdziwość medialnych oskarżeń i próbę zorganizowania politycznej nagonki na PiS i Bartłomieja Misiewicza” – stwierdził wiceprezes PiS Antoni Macierewicz.

Trudno się być może temu optymistycznemu przekonaniu Macierewicza dziwić. W końcu postępowanie w sprawie jego politycznego adiutanta Misiewicza z podejrzeniem korupcji politycznej w tle, prowadzi Prokuratura Okręgowa w Piotrkowie Trybunalskim. Kto jest tam prokuratorem okręgowym? Otóż jest nią Magdalena Witko, małżonka… polityka PiS, byłego posła a obecnie prezydenta Tomaszowa Maz. Prokurator Witko szefową piotrkowskiej Prokuratury Okręgowej została już po ponownym przyporządkowaniu prokuratury ministrowi sprawiedliwości, a o nominacji zdecydował sam prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Sprawa Misiewicza dotyczy zaś gorących pytań, czy obiecywał on miejsca pracy w koncernie PGE radnym powiatowym PO z Bełchatowa, w zamian za głosy popierające Dorotę Pędziwiatr na stanowisko wicestarosty powiatu bełchatowskiego, a potem koalicję, oczywiście po porzuceniu przez radnych szyldu PO. Dorota Pędziwiatr radna i jednocześnie siostra Dariusza Kubiaka, posła PiS z Bełchatowa. Nie poparł jej jednak cały klub PiS, stąd Misiewicz miał szukać poparcia wśród radnych PO. Sam poseł Kubiak i posłanka Anna Milczanowska zaprzeczyli w Sejmie, jakoby do składania takich propozycji przez Misiewicza doszło.

Ale politycy PiS raczej nie widzą problemu w tym, że szefowa prokuratury która jest małżonką polityka PiS, może mieć wpływ na postępowanie w sprawie polityka PiS, który być może pomagał naruszając prawo innemu politykowi PiS, by jego siostra będąca politykiem PiS, sięgnęła po publiczny stołek w samorządzie zarządzanym przez polityków PiS. Dowodzą, że Misiewicz u prezydenta Witki nie był widziany już od kilku miesięcy, ale i to blednie przy dowodzie koronnym: gdyby prokuratura chciała tę sprawę skręcić, nie wszczynałaby postępowania.

Wolne żarty, bo prokuratura łaski nie zrobiła wszynając to postępowanie. Zachodzi podejrzenie korupcji politycznej, a opinia publiczna ma zachwycać faktem, że sterowana przez Zbigniewa Ziobrę prokuratura, raczyła wszcząć w tej sprawie postępowanie? Prawdziwym testem będzie to, co dalej z tym śledztwem, a jeśli zostanie umorzone, to czy z rzetelnym uzasadnieniem, by się nie okazało, że jest jak u Gogola: „Jeden tam tylko jest porządny człowiek: prokurator… ale i ten, prawdę mówiąc, świnia”. Oczywiście nic w tym śledztwie nie musi być skręcone, ale jeśli sprawa zostanie umorzona, to spora część opinii publicznej tak właśnie pomyśli ze względu na partię, której politykiem jest mąż prokurator okręgowej w Piotrkowie. Kto wtedy uwierzy, że politycy PiS w tej sprawie są czyści? Kto uwierzy, że prokuratura nie jest umoczona w partyjny układ? Argument, że wcześniej w ten sposób prokuratorów okręgowych ustawiał SLD czy PO jakoś mnie nie przekonuje. Przecież tym razem miało być inaczej.

Marszałek województwa łódzkiego Witold Stępień (PO) zatrudnił nowego doradcę: to Jolanta Chełmińska, były wojewoda łódzki. Wszystkich doradców marszałka łączy jedno: zostali nimi, gdy stracili pracę.

Tak było z Aliną Giedryś, dziś doradcą ds. infrastruktury szynowej. Gdy posadę ministra infrastruktury, a zatem kontrolę nad PKP PLK, w której Giedryś była wiceprezesem, stracił Cezary Grabarczyk, zatrudnił ją marszałek Stępień. Tak było z Elżbietą Królikowską – Kińską, która niedługo po tym jak straciła poselski mandat PO, została doradcą ds, rewitalizacji. Tak było z Jakubem Goździkowskim, który opuścił gabinet polityczny Cezarego Grabarczyka, tym razem ministra sprawiedliwości, wraz z jego dymisją pod koniec kwietnia zeszłego roku. Doradzał w sprawach inwestycji infrastrukturalnych i sportowych. Goździkowski z urzędu jednak odszedł. Ale przyszła Jolanta Chełmińska, która do grudnia była wojewodą łódzkim, przez dwie kadencje rządów PO – PSL. I nieco nie pasuje do reszty ekipy doradców, bo pracować nie musi. Ma emeryturę wypracowaną przez lata w państwowych bankach, no a teraz podatnik dołoży jej 4 tys. zł brutto za doradzanie na pół etatu w sprawach samorządowych.

I to kolejny przykład, że marszałkowska polityka zatrudniania doradców nie wygląda tak, jak by odpowiadała na faktyczne zapotrzebowanie urzędu, tylko na zapotrzebowanie posiadanie etatów przez politycznie bliskich marszałka lub jego partyjnych sponsorów. Praktyka pokazuje, że doradca jest mu niezbędny zazwyczaj wtedy, gdy ktoś ważny dla PO traci robotę. Tyle, że nie płaci PO, a podatnik. Kto zatem kolejnym doradcą? Może Radosław Stępień? Niedawno przecież stracił pracę w BGK, bo PiS czyści ludzi PO wszędzie, gdzie może. A czym odpowiada PO? Krytyką, że to zawłaszczanie państwa. Po czym zatrudnia swoich w samorządach tworząc dla nich specjalne etaty. Gratulacje, bardzo „wiarygodny” bat na PiS.

Marcin Mastalerek został dyrektorem wykonawczeym ds. komunikacji korporacyjnej PKN ORLEN. I tym samym skorzystał z czysto partyjnego mechanizmu dostawania fuch, który tak szyderczo piętnował, gdy był czynnym politykiem i rzecznikiem PiS.

„Rusza akcja cała Polska szuka pracy dla Budzanowskiego”, albo „w jakiej spółce dostanie pracę za 80 tys. Budzanowski” – to jedne z ciekawszych tweetów Mastalerka z czasów gdy był posłem opozycji. Dla pamięci: Budzanowski to z imienia Mikołaj, usunięty przez Donalda Tuska minister Skarbu Państwa w drugim jego rządzie.

Był zatem Mastalerek jednym z najbardziej wytrwałych i wyrazistych krytyków polityki personalnej Tuska i PO, a potem i Ewy Kopacz, choćby wtedy, gdy po odejściu Tuska do Brukseli intratną posadę w radzie nadzorczej Orlenu dostał Igor Ostachowicz, z dnia na dzień bezrobotny PR-owiec Tuska. Ostachowicz nie zarobił nic, zrezygnował z fuchy pod presją opinii publicznej, a mówią też, że pod presją Kopacz. A Mastalerek? Nic z tego.

Otóż tej siarczystej krytyce, której Mastalerek poddawał PO, dziwić się nie należy. Banalna jest przecież zasada, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Był przecież wówczas Mastalerek rosnącym w siłę posłem PiS który tą krytyką siłą rzeczy podlizywał się prezesowi partii. Nie mógł przecież wiedzieć, że podpadając prezesowi wyleci z listy wyborczej i posłem już nie będzie, a pozostanie na łasce i niełasce tegoż prezesa, lub co bardziej wpływowych jego zauszników. I że zmieni się tylko forma jego życia na koszt podatnika, bo nie będzie to uposażenie i dieta poselska, a stosunek pracy z paliwowym gigancie z udziałem państwa. Co więcej, może nie zarobi 80 tys. zł, które antycypował Budzanowskiemu, a dobre 20-30 tys. zł miesięcznie, jeśli nie więcej. Zresztą zarobki na tym nieosiągalnym dla większości Polaków poziomie, musiał sobie Mastalerek zapewnić wytrwałymi i trudnymi negocjacjami.

Tak przynajmniej powiadają łódzkim PiS co niektórzy oburzeni: tak długo czekał na tę posadę, bo na początku miał być tylko rzecznikiem prasowym za 3 tys. zł brutto. I dopiero sugestia, jak wiele wie o partii i pewnych relacjach z kampanii Andrzeja Dudy i Beaty Szydło, zdecydowała, że będzie to jednak stołek dyrektorski. Dziś politycy PiS Mastalerka bronią, powiadają, że jest zdolny, zna się na rzeczy i będzie dobrym dyrektorem. Tyle, że problem tkwi gdzie indziej. Jest cała masa zdolnych, którzy nigdy takiej oferty nie otrzymają, bo nie byli w SLD, później w PO, a teraz nie są w PiS. PiS miał to przecież zmienić…

A zmienił tak, że teraz gnę się w pół i proszę o garść tweetów na temat polityki personalnej PiS, panie dyrektorze Mastalerek. Janusz Piechociński, inny spec od miejsc pracy dla swoich, ukuł kiedyś termin „mastalerkowanie rzeczywistości”. Nieistotne w jakim kontekście, bo kontekst ten nie wytrzymał próby czasu. Ale weźmy chociaż tego Budzanowskiego. Otóż nie pracuje on po dymisji z rządu w żadnej spółce Skarbu Państwa, jak sugerował Mastalerek, tylko w prywatnej grupie Boryszew. Na coś takiego Mastalerek się nie rzucił, po prostu czekał na Orlen, i o ironio – to jemu cała Polska szukała pracy. I to jest właśnie mastalerkowanie rzeczywistości.

Ledwie w Sylwestra napisałem, że „jeśli w niedługim czasie szefem łódzkiego oddziału Urzędu Kontroli Skarbowej zostanie brat ministra Waszczykowskiego, to plotki na temat wpływów ministra stracą status politycznego mitu”.

Czas ten okazał się rzeczywiście niedługi, bo już kilka dni później Tomasz Waszczykowski, brat ministra, awansował bez konkursu na p.o. dyrektora. Gdybym miał ministerialne ego, to napisałbym, że pewnie przeczytał ten mój sylwestrowy tekst i za punkt honoru wziął sobie awansowanie brata, by uchodzić za wpływowego. Ale nie mam i nie sądzę, by minister ten tekst czytał, bo awans brata planowany był zapewne wcześniej.

Tomasz Waszczykowski to przecież urzędnik kompetentny i doświadczony, spełnia kryteria, był np. p.o. dyrektora UKS we Wrocławiu, wtedy gdy premierem był Donald Tusk, a krajem rządziła PO. Dziwnym zbiegiem okoliczności posadę stracił nieco przed tym, gdy ze stanowiska wiceministra spraw zagranicznych odwołano Witolda Waszczykowskiego. Tak, tak… Niewielu już pamięta, że i w rządzie Tuska Waszczykowski był wiceministrem. Co teraz z tych kompetencji, gdy Tomasz Waszczykowski będzie miał łatkę dyrektora, co to nim jest dzięki bratu, ministrowi. Kto wie, może to jakaś osobista zemsta ministra Waszczykowskiego i wyrównanie rachunków sprzed lat…

Czym by to jednak nie było, to i tak jest małostkowe, politycznie zdulszczone. Bo w istocie jest to technologia sprawowania władzy bliska PSL, tak przecież piętnowana przez PiS. Ile razy słyszeliśmy o zawłaszczaniu państwa przez PO, przez PSL, przez całe rodziny zatrudniane albo awansowane w budżetówce dzięki układom partyjno – rodzinnym ? Kto wtedy krzyczał najgłośniej? Nie PiS właśnie? Minister Waszczykowski za ten braterski gest powinien zostać honorowym prezesem PSL, bo kto uwierzy, że on on tym nie wiedział?

Jak się woła w wyższe standardy życia publicznego, to po dojściu do władzy powinno się je pokazać. A bratu powiedzieć, że może być nawet najlepszy w swoim fachu, ale w państwowej instytucji nie awansuje, bo to jak korzyść osobista dla własnej rodziny: awans to wyższe zarobki z kasy państwa, na którą składa się podatnik. Taka jest cena wiarygodności. A w tym przypadku raczej jej braku.

Skończyła się telenowela związana z przekazaniem willi przy Wólczańskiej 17 Łódzkiej Spółce Infrastrukturalnej – czytam w Dzienniku Łódzkim. Dość trafne zdanie. Chodzi o obracającą się w ruinę Szuflandię z „Kingsajzu” Juliusza Machulskiego. Radni w końcu wyrazili zgodę na przekazanie willi ŁSI.

To było już trzecie podejście, ale pierwsze w tej kadencji. Zdecydowały głosy radnych SLD.
– Klub SLD był sceptyczny wobec przekazania obiektu ŁSI, ale do tej operacji przekonał nas fakt, że zabytek niszczeje i trzeba go odnowić. Nikt nie chciał go kupić. ŁSI nie ma swojej siedziby i musi płacić 0,5 mln zł za wynajem pomieszczeń. Dlatego poparliśmy przekazanie willi – wyjaśnił Sylwester Pawłowski, szef klubu SLD – czytam dalej w „DŁ”

Ja z kolei jestem sceptyczny co do szczerości klubu SLD, choć akurat w ustach Sylwestra Pawłowskiego to zdanie może brzmieć wiarygodnie. Nie był przecież radnym w minionej kadencji, kiedy to właśnie zaprzaństwo radnych SLD (a także PiS i ich satelickiego klubu Łódź 2020) zdecydowało, że Szuflandia, zabytek nie tylko sensu stricto, ale i jeden z symboli Łodzi filmowej, straciła kolejny rok.Strona magistratu cytuje przewodniczącego klubu SLD, który powiada, że „każdy kolejny dzień bez remontu jest zagrożeniem dla zabytku, który jest w opłakanym stanie i obiekt może nie przetrwać zbliżającej się zimy”.

Racja, może nie przetrwać. Właśnie dzięki radnym SLD (a także PiS i ich satelickiego klubu Łódź 2020), bo budynek stracił przez nich ponad rok, w ciągu którego w Szuflandii zawalił się dach. Przecież dokładnie pamiętam, że dwa poprzednie głosowania w sprawie przejęcia Szuflandii przez ŁSI odbyły się półtora roku temu. Ówczesny szef klubu SLD, Tomasz Trela, powiedział wtedy, że jest przeciw, bo „to budowanie pałacu dla urzędników” . Był wówczas w opozycji, ale szykował się do roli kandydata SLD na prezydenta Łodzi. Dziś jest wiceprezydentem Łodzi, koalicjantem PO, której klub walczy o Szuflandię. Dość łatwo zatem skonstatować, że to nie stan budynku tak bardzo może martwić klub SLD, a głosowanie za uchwałą jest po prostu wkładem w utrwalanie koalicji i władzy. No bo jak inaczej tłumaczyć tę zmianę podejścia o 180 stopni, skoro Szuflandię przejmie ŁSI, zatem tak czy siak będzie ona „pałacem dla urzędników”. SLD tymi tłumaczeniami gra z nami w durnia, ale zyskało zbyt wiele posad w spółkach, by trwać przy zdaniu z końca minionej kadencji. I na durnia ten klub wyszedł, choć pożytecznego.

Zresztą PiS, klub opozycji, myśli tak samo, ale zdania nie zmienia: ŁSI nie jest od rewitalizowania willi, a spółka kadrowo wciąż się rozrasta. No i co z tego? Spółka i jej rozrost to jest inny problem, i tego pilnujcie, żeby więcej pokoi nie oznaczało jeszcze więcej urzędników. Mnie wystarczy fakt, że spółka nie ma własnej siedziby, a chce wyremontować willę i przestać wyrzucać pół miliona rocznie na wynajem pomieszczeń, czyli w błoto. Remont zwróci się gminie w 7 lat, budynek, którego nikt nie chciał kupić, przestanie popadać w ruinę, a jeszcze na coś się przyda. Tak jak przydali się radni SLD, choć by się tak stało,musieli zostać przytuleni do władzy. A radni PiS? Cóż, póki co, to w tym przypadku to jest tak, jak to w Kingsajzie powiedziano: „ktoś musi być mały, żeby inni byli duzi”.

Witold Stępień (PO), marszałek województwa łódzkiego, do tego stopnia zapatrzył się w swoją szefową Ewę Kopacz, która obwozi rząd po całym kraju, że i on organizuje „wyjazdowe posiedzenia zarządu województwa”. Trzeba mieć naprawdę niskie poczucie własnej wartości i być po prostu impregnowanym na zwykłą przyzwoitość, żeby kasę podatnika i stanowisko w samorządzie wykorzystywać w kampanii wyborczej do Sejmu.

To wyjazdowe posiedzenie zarządu, które odbyło się we wtorek w Wieluniu, nie jest ostatnim. – Myśląc o integracji i rozwoju województwa, musimy wyjść w teren. Chcemy być bliżej ludzi, rozmawiać z nimi, bo jesteśmy w ważnym momencie uruchamiania środków unijnych – tak marszałek argumentował potrzebę tych podróży. Jakby wcześniej nie było potrzeby integracji i rozwoju albo innych ważnych momentów uruchamiania środków. Tym bardziej że nie podjęto tam decyzji, których nie można było podjąć w budynku Urzędu Marszałkowskiego.

Niezwykle cenna i potrzebna jest ta idea bycia bliżej ludzi, ale też słaba i fałszywa, bo nie jest codziennością, tylko rzeczywistością kampanii wyborczej. Marszałek i jego trzej koledzy z PSL w zarządzie startują do Sejmu. Żaden jednak z Łodzi, gdzie zawsze spotyka się zarząd, a Wieluń to południowa część okręgu, w którym startują Stępień i Paweł Bejda, członek zarządu z PSL. A już niebawem zarząd rusza do Inowłodza i Tomaszowa Mazowieckiego, czyli okręgu wyborczego wicemarszałków z PSL: Dariusza Klimczaka i Artura Bagieńskiego. Pojawią się lokalne media, będzie promocja za darmo.

Urzędnicy marszałka tłumaczą, że to nie kopia strategii premier Kopacz, tylko pomysł zaczerpnięty od innych województw. Że w czasie kampanii wszystkie działania są odbierane jako wyborcze, ale przecież zarząd musi wykonywać swoje obowiązki, urząd nie może przestać pracować. Oraz że koszt takich wyjazdów to głównie koszt paliwa, czyli około 320 złotych. Taka odpowiedź jest nie tylko cyniczna, ale wprost sugerująca, że wyborcy to po prostu debile. Wystarczy spojrzeć na harmonogram kolejnych wyjazdów: 21 września Inowłódz i Tomaszów Maz., 24 września Pabianice, 1 października Zduńska Wola, 5 października Skierniewice, 12 października w Piotrków Tryb. i 16 października Łowicz. Wszystkie miasta w okręgach wyborczych skąd startują marszałkowie z PO i PSL, a seria wyjazdów kończy się akurat tydzień przed wyborami.

Trzeba mieć naprawdę niskie poczucie własnej wartości i czarny pas w politycznym cynizmie, by kasę podatnika i stanowisko w samorządzie wykorzystywać w kampanii wyborczej do Sejmu. Szczęście, że choć mebli ze sobą nie wożą.

Krzysztof Kwiatkowski, „cudowne dziecko PO”, „prymus”, miał szansę być najlepszym prezesem NIK ostatniego ćwierćwiecza. Tymczasem będzie jedynym w tym czasie, który odejdzie w niesławie, nawet jeśli dotrwa do końca kadencji w 2019 r. Bez względu na wyrok sądu, bo Kwiatkowski zrobił przecież coś, co jako prezes NIK piętnuje w raportach…

Prokuratura zamierza postawić mu cztery zarzuty, m.in. za ustawianie konkursów na szefów delegatur NIK, w także tej łódzkiej. Po wybuchu afery w prasie sypnęło sylwetkami Kwiatkowskiego, a uderzające jest w tych tekstach to, że warszawscy dziennikarze widzą w nim przede wszystkim urzędnika, a nie polityka. Nic bardziej mylnego, wystarczy cofnąć się parę lat wstecz i przypomnieć, że to wysokie aspiracje Kwiatkowskiego podzieliły łódzką PO na frakcje, a ta wojna której skutkiem była m.in. utrata przez Platformę większości w Radzie Miejskiej, zakończyła się dopiero po odejściu Kwiatkowskiego do NIK. Aspiracje, dodajmy, czysto polityczne… Przecież sama prezesura NIK też miała być trampoliną do dalszej kariery politycznej Kwiatkowskiego. Mówiło się nawet, że będzie kandydatem PO na prezydenta.

Z cytowanej przez prokuraturę podsłuchanej rozmowy, w której Kwiatkowski instruuje swego faworyta jak dobrze wypaść przed komisją konkursową, też przebija raczej polityk, niż urzędnik. Sam pomysł ustawienia konkursu też nie jest nawykiem urzędnika, tylko polityka… Kwiatkowski rozmawiał w taki sposób, jakby nie robił tego pierwszy raz. A zrobił coś, co jako prezes NIK, często piętnuje w raportach.

Mimo przesiąknięcia polityką, Kwiatkowski potrafił zbudować sobie wizerunek nieskazitelnego, wręcz ostatniego sprawiedliwego. To dlatego dziś na zabójczą ironię zakrawa fakt, że najczęściej media pokazują go w towarzystwie posła Jana Burego, który jeśli jest czegoś symbolem, to z pewnością nie nieskazitelności. Ktoś trafnie zresztą zażartował ze słów Burego, który stwierdził, że ma czyste sumienie. Ma czyste, bo nieużywane…

W całej aferze paradoksalnie to nie zarzuty są istotne, bo z tych prezes będzie miał szanse bronić się przed sądem. Dobić go może za to publikacja rozmów z Janem Burym. Pierwsze fragmenty już wyciekają: „(…)Szykuj sobie kandydata na wicedyrektora. (…) Subtelna prośba, żeby ktoś tam nie zapomniał o złożeniu dokumentów” – tak subtelnie właśnie były minister sprawiedliwości miał się odezwać do posła PSL. Zadziwiająca bezczelność i hipokryzja, tu idzie przecież o NIK. Jeśli tam nie przestrzegają prawa, to gdzie w Polsce ono jest przestrzegane i jaką w ogóle ma wartość?

Ostatni rok dobitnie pokazał, że to nie sądy niszczą polityków, tylko oni sami niszczą kompromitującymi rozmowami. Jeśli rozmowy Kwiatkowskiego i Burego będą wypływać nadal, to będzie obciążenie nie tylko dla prezesa, ale i balast wizerunkowy dla NIK. Prezes NIK jest zasadzie nieusuwalny przed końcem kadencji, ale powinien odejść sam, przede wszystkim ze względu na prestiż NIK. Druga przyczyna jest bardziej praktyczna: prezes przekazał wszystkie swoje obowiązki zastępcom, nie będzie uczestniczył w kolegiach NIK oraz w komisjach sejmowych, a także „wyłączy się ze wszelkiej aktywności zewnętrznej”. Jest zatem pytanie, za co będzie dostawał ponad 14 tys. zł brutto co miesiąc… A zanim sprawę rozstrzygnie sąd, parę lat może minąć.