Miesięczne archiwum: Kwiecień 2015

Dostaję maile i smsy z pytaniem: „jak oceniasz dymisję Grabarczyka?”. Odpowiadam za każdym razem tak samo: zasłużona, spóźniona i w stylu Cezarego Grabarczyka. Czyli bez stylu, choć z symbolicznym strzałem we własną skroń.

Dlaczego? „Moja rezygnacja leży w interesie Państwa i wymiaru sprawiedliwości. Nie może być wątpliwości co do osoby pełniącej funkcję (…)” – czytamy m.in. w oświadczeniu byłego ministra sprawiedliwości, a rzeczniczka rządu Małgorzata Kidawa-Błońska chyba z pięć razy podkreśliła, że „co do osoby ministra nie może być cienia podejrzeń”.

Cóż, o tym, że co do osoby ministra nie może być cienia podejrzeń pisało i mówiło wielu, bo to oczywistość. Tyle, że ta oczywistość na ministrze Grabarczyku wrażenia kompletnie nie robiła. Zdanie które znalazło się w jego oświadczeniu, to które mówi, iż „nie może być wątpliwości co do osoby ministra” brzmi tym bardziej niewiarygodnie, gdy przypomnimy, że minister złożył dymisję dopiero po tym, gdy telewizja TVN24 ujawniła, że policyjny kontrwywiad ma nagranie jego rozmowy z szefem Wydziału Postępowań Administracyjnych Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Biuro Spraw Wewnętrznych podsłuchiwało oficera, bo podejrzewało, że może brać łapówki, a to ten oficer, który prowadził procedurę przyznawania pozwolenia na broń Cezaremu Grabarczykowi. Według wstępnych ustaleń prokuratury Grabarczyk w 2012 r. jako wicemarszałek Sejmu otrzymał takie pozwolenie bez zdawania egzaminu praktycznego, a według innych źródeł zdał go, tyle, że przed egzaminem teoretycznym, czyli w odwrotnej kolejności niż mówią przepisy.

Co nagrał policyjny kontrwywiad? Rozmowę wicemarszałka z oficerem, podobno o przyszłej robocie tegoż oficera w państwowej spółce, jednak tę informację ma zdementować prokuratura. Druga sprawa to fakt, że w postępowaniu dotyczącym pozwolenia wicemarszałka Sejmu, była już decyzja o przeszukaniu jego biura i postawieniu mu zarzutów. Tyle, że było to we wrześniu 2014 r., chwilę przed tym jak Grabarczyk wszedł do rządu… A gdy został ministrem, prokuratorowi odebrano sprawę.

I to dopiero po ujawnieniu takich informacji dymisję złożył minister sprawiedliwości.

Tło tej sprawy żenuje, pokazuje całe to elitarne cwaniactwo, załatwiactwo i kompletny brak wyobraźni osób na odpowiedzialnych stanowiskach. Bo kto będąc prawnikiem i posłem, a na dodatek wicemarszałkiem Sejmu pozwala, żeby mu puszczono część egzaminu, albo nawet pozwolono zdawać od końca, skoro to niezgodne z prawem? Ktoś, kto chyba wylogował się z rzeczywistości albo zatracił w arogancji, albo tym pistoletem sam chciał symbolicznie strzelić we własną skroń. Jeśli Cezary Grabarczyk na coś takiego poszedł, to znaczy, że stracił instynkt samozachowawczy. A jeśli mimo tego uznał, że może być ministrem sprawiedliwości, to znaczy, że w jego myśleniu o własnych kwalifikacjach moralnych istnieje jakaś głęboka sprzeczność.

Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) powiada poważnie, że a propos decyzji o budowie (lub nie) wielkiej betonowej estakady, która ludziom niemal wejdzie w okna, każdy łodzianin ma jeden głos. Perfidna jest tak pojmowana matematyka demokracji.

Estakada nad skrzyżowaniem Marszałków pojawiła się póki co tylko na wizualizacjach, ale szokuje w prawdziwej rzeczywistości. Sprawa ma kilka bardzo ciekawych płaszczyzn, głównie związanych z technologią sprawowania władzy, a dobrze było to widać na pierwszym spotkaniu konsultacyjnym. Fundament działania prezydent Łodzi jest chwalebny, ale dwuznaczny: chce zapytać łodzian co oni o tym sądzą i na tej podstawie podjąć decyzję czy budować, czy odpuścić. Piękne, bo to przecież vox populi, ale i jakże przerażające, bo de facto prezydent zrzuca w tej arcykontrwersyjnej sprawie decyzję na łodzian. Powiada: podejmę decyzję po konsultacjach z wami, co daje niesamowicie proste alibi do podjęcia niepopularnej decyzji.

Idźmy dalej: każdy w tej sprawie ma jeden głos, a prezydent mówi, że ona też. To w tej matematyce jest najbardziej dramatyczne i perfidne: głos kogoś, kto wyjrzy przez okno na wysokości mknących i smrodzących na estakadzie samochodów jest na równi z głosem osób, które będą tą estakadą jechać, a mieszkają z dala od skrzyżowania Marszałków, w innych dzielnicach Łodzi. Chyba proste, że tych, którym ta estakada w Łodzi przeszkadzać nie będzie, jest więcej o tych, dla których stanie się jedynym widokiem z okna. Odszkodowania, proponowane zamiany mieszkań, tej optyki raczej nie zmienią.

Jedna z kobiet, która na konsultacje przyszła mówiła tak: mam dwójkę małych dzieci, mąż pracuje w Warszawie, bo w Łodzi pracy nie dostał. Mieszkamy na pierwszym piętrze z przyszłym widokiem na samochody w mieszkaniu, które kupiliśmy 10 lat temu na kredyt, który jeszcze spłacamy. To była świadoma decyzja, także dlatego, że po drugiej stronie mamy szpital dziecięcy. I co pani na to ? – pada pytanie do prezydent Łodzi.
– Będzie możliwość zamiany mieszkania… – powtarza pani prezydent.
– Ale my nie chcemy żadnego innego, to jest nasze miejsce, świadomie wybrane miejsce… – mówi kobieta.

Dramat, i takich dramatów jest więcej. Tyle, że ci ludzie są w mniejszości, a ich głos waży tyle samo.Te widzewskie konsultacje były najważniejsze, kolejne już tak burzliwe nie będą. Ale tam na Widzewie ludzie mówili nie tylko emocjami, ale i ciekawymi obserwacjami. Siedzący obok mnie człowiek powiedział, że on te konsultacje widzi jako „wielki pic”, a rozumuje w ten sposób dlatego, że on zauważył, iż urzędnicy nie starali się mu przedstawić projektu do skonsultowania, tylko – jak powiedział – „wyraźnie optowali za budową… To po co te konsultacje, skoro prezydent chce budować, a jak chce budować, to po co się pyta?”

Na tę logikę pojmowania sprawy wpływ ma – co tu kryć – także oryginalna narracja urzędników i samej prezydent Zdanowskiej, którzy co krok podkreślają, że „te konsultacje są prawdziwe”. Wielu przyjęło to tak, jakby wszystkie poprzednie konsultacje były fałszywką. Oby dla prezydent Łodzi głos konserwatora zabytków, który wydał opinię negatywną w sprawie estakady, nie był tylko głosem pojedynczego łodzianina, który pojawił się w ogniu dyskusji na konsultacjach społecznych.

Spółdzielnia się wykoleiła” – skomentował jeden z dziennikarzy portalu 300polityka zdjęcie tramwaju, którym jechali ministrowie Andrzej Biernat i Cezary Grabarczyk. Zabytkowy, przedwojenny Sanok wiózł głowę państwa, prezydenta Bronisława Komorowskiego do Lutomierska. I wypadł z szyn…

Incydent sam prezydent skomentował żartobliwie, sytuację próbowano obracać w żart, bo też raczej zamach ani prowokacja to nie była. Ale utkwiła mi mocno w pamięci mina Andrzeja Biernata z jaką opuszczał tramwaj i przeszedł obok kamery. Nie wyglądał na kogoś skorego do żartów…

Być może dlatego, że do zabytkowego tramwaju ministrowie wraz z prezydentem wsiedli prosto z wiecu w Konstantynowie Łódzkim. Konstantynów to modelowe miasto Platformy Obywatelskiej, elity PO rządziły nim jeszcze przed powstaniem tej partii i rządzą do dziś. Wizyta w tym mieście miała kilka celów, zapewne także i pokazanie prezydentowi, jak bardzo jest pod Łodzią lubiany, za co pewnie prezydent byłby wdzięczny lokalnym notablom. A Konstantynów, zwany też w politycznych kręgach „Kanzasem”, to przecież miasto jak na swą wielkość pełne notabli PO, kiedyś żartowano nawet, że to nie Konstantynów Łódzki, a Wojewódzki.

To miasto marszałka województwa Witolda Stępnia i byłego marszałka Włodzimierza Fisiaka (był tam burmistrzem, swego czasu także ważną figurą w PO). To miasto Andrzeja Biernata, ministra sportu, wodza PO w regionie łódzkim, p.o. sekretarza generalnego Platformy, w końcu szefa wspomnianej na początku Spółdzielni. To w końcu miasto w którym mieszka senator PO Maciej Grubski, który się – o dziwo nie pokazał się z prezydentem – a wreszcie miasto Łukasza Kucharskiego. To niby „tylko” dyrektor łódzkiego WORD, ale przede wszystkim szef kampanii Bronisława Komorowskiego w województwie Łódzkim. Biernatowi, Stępniowi, Kucharskiemu czy Grubskiemu musiało być strasznie głupio, gdy prezydent Komorowski w tym wzorcowym mieście PO usłyszał skandowania „wejdź na krzesło”, a jeszcze wcześniej „gdzie jest szogun”. Panprezydenccy oponenci byli tak słyszalni z tymi „krzesłami”, że się do tych skandowań odnieść musiał sam prezydent… Pod nosem VIP-om Platformy takie hasła i to jeszcze w towarzystwie prezydenta? Spółdzielnia, czyli silnorękie lobby w PO, chyba rzeczywiście się wykoleiła.

A krzyczała łódzka ekipa KORWiN. Na gościnnych występach w Kanzasie. Wiedzieli gdzie przyjechać, by Platformę ukłuło. A wystąpili w towarzystwie „Ruchu Narodowego Konstantynów Łódzki” – według tego, co napisano na transparencie. Słowo daję, my tu w Łodzi myśleliśmy dotąd, że w Konstantynowie można należeć tylko do PO.