Miesięczne archiwum: Marzec 2015

Łódzkie PiS szczerze oburzone faktem, że wyjazd prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej na „wiec poparcia” prezydenta Bronisława Komorowskiego był „wyjazdem służbowym”, de facto więc sponsorowanym przez łodzian. Doprawdy i ja jestem oburzony, bez ironii. Ale nie tylko Zdanowska na takie wiece za pieniądze łodzian jeździła…

W krytykowaniu Zdanowskiej i tła jej wyjazdu 14 lutego do Katowic, gdzie podpisała jako prezydent Łodzi deklarację poparcia prezydenta Bronisława Komorowskiego, przoduje radny Bartłomiej Dyba-Bojarski. Czuć, że człowiek szczerze jest oburzony, w odpowiedzi na interpelację przedstawiono mu mniej więcej taką oto logikę: spotkanie z prezydentem RP było spotkaniem oficjalnym, a jako, że prezydent Zdanowską wybrano głosami większości łodzian, jedzie na takie służbowym samochodem jako prezydent Łodzi, bo reprezentuje ją na zewnątrz, a koszty pokrywa Urząd Miasta. Czyli łodzianie, ale tego już w odpowiedzi nie przeczytamy.

Oburzony radny na TT daje upust emocjom: „Sponsorowanie kampanii ze środków samorządowych, bo wygrałam wybory jest OK?” albo „Dziś w pochodzie sponsorów PO do mieszkańców Gdańska dołączają Łodzianie”, bo już wcześniej wyszło na jaw, że prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz, też popierał Komorowskiego na koszt gdańszczan…

Nie dawał mi spokoju ten Gdańsk, aż mózg swędział… I przypomniałem sobie: Hala Olivia, słoneczna sierpniowa sobota, a w telewizorze Jerzy Kropiwnicki, prezydent Łodzi niemal krzyczy: – Jeżeli mogę mieć jakikolwiek zarzut do tego rządu i PiS, to taki, że za mało chwalił się sukcesami gospodarczymi, cieszę się też, że kończy się czas kapusiów jako autorytetów moralnych.

To zdanie, i nie tylko to, prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki wypowiedział na konwencji PiS inaugurującej kampanię parlamentarną w 2007 r. Pojechał tam jako prezydent Łodzi, za pieniądze łodzian. Pamiętam zażenowanie prezydenckiego otoczenia, a konkretnie Wojciecha Łaszkiewicza i Kajusa Augustyniaka w reakcji na pytanie, kto tę partyjną eskapadę opłacił. Zażenowanie, bo „przecież prezydenta Łodzi zaprosił urzędujący premier”. PREMIER, a tu jakiś leszcz o koszty pyta. Ale potwierdzono, że prezydent pojechał na koszt UMŁ.

W tekście, który wtedy napisałem (28.08.2007) znalazła się także odpowiedź na pytanie, co w ogóle prezydent Łodzi robił na partyjnym wiecu PiS: „(…) to jedyny polityk, który startując z list partii braci Kaczyńskich zdobył władzę w wielkim mieście. Według Łaszkiewicza, zaproszenie do Gdańska premier przysłał Jerzemu Kropiwnickiemu ponad dwa tygodnie temu. Prezydent Łodzi nie wahał się, by potwierdzić przybycie, bo „tak jak premier jest człowiekiem zasad”.

Mnie jako obywatela zawsze szlag trafia, gdy za partyjne imprezy płaci ciężko harujący podatnik. Nawet jeśli miałoby chodzić o 5 zł, bo prezydenci zazwyczaj biedakami nie są, a ich partie na kontach mają grube miliony. Ale widzi pan, panie radny Dyba-Bojarski, jakie zasady miał „człowiek zasad”, prezydent Łodzi, który został nim z poręki pańskiej partii, czyli PiS. Pana wtedy w PiS być może nie było, a w odpowiedzi na interpelację tego nie napisano: Zdanowska była wtedy wiceprezydentem Łodzi, zastępcą Kropiwnickiego. Może stąd wie skąd czerpać wzorce. I zasady.

PS. http://lodz.naszemiasto.pl/archiwum/jerzy-kropiwnicki-na-konwencji-pis-w-gdansku-prezydent,1515060,art,t,id,tm.html

Poważny problem w Łowiczu ma poseł Cezary Olejniczak z SLD. Otóż w mieście tym jest trójka radnych, którzy pracują w instytucjach podległych burmistrzowi, a jako radni tegoż burmistrza powinni kontrolować. I pyta poseł wojewodę, czy to nie jest konflikt interesów. Niechby jeszcze poseł o to samo zapytał w Łodzi, gdzie jego przyjaciele z SLD jako radni też pracują w miejskich spółkach…

Daremne to pismo do wojewody, bo wiadomo, co odpowie: nie ma bezpośredniej podległości burmistrzowi, nie ma konfliktu interesów. Jest tylko smrodek, że żyje tylko z publicznych posad, a jego kontrola względem burmistrza czy prezydenta jest czysto iluzoryczna. Radny dostając robotę w miejskiej spółce to przecież nigdy nie jest dzieło przypadku, tylko precyzyjnej politycznej kalkulacji i logistyki, ale tego wojewoda zapewne nie napisze. Jak wyczytałem w artykule poświęconym wyczynowi posła Olejniczaka, „ nie kryje on, że będzie chciał zainteresować innych posłów SLD wprowadzeniem zmian w prawie, które uniemożliwią łączenie funkcji radnego z pracą w jednostce podległej danej gminie”. Już to widzę…

Tym bardziej, że mógł poseł Olejniczak zapytać hurtem także o swoich kolegów, radnych SLD z Łodzi. Przewodniczący klubu SLD Sylwester Pawłowski zarabia jako doradca zarządu miejskiej spółki Expo-Łódź. Jego zastępczyni, radna Małgorzata Moskwa-Wodnicka, jeszcze niedawno pracowała w poleskiej delegaturze Urzędu Miasta Łodzi, teraz jest dyrektorem w MPO. Mógłby pan zapytać o nich wojewodę panie pośle, a podpowiem o kogo jeszcze z PO, które jest w koalicji z pańskim SLD: Jan Mędrzak (Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne), Paweł Bliźniuk (Łódzka Spółka Infrastrukturalna), Rafał Reszpondek (Grupowa Oczyszczalnia Ścieków), Adam Wieczorek (Miejska Arena Kultury i Sportu), a w podlegającym miastu Wojewódzkim Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego pracuje radna Małgorzata Bartosiak.

Wszyscy zarabiają z dwóch publicznych źródeł finansowania: z budżetu, który sami uchwalają i ze spółek, na których budżety wpływ mają jako radni. A powiedział ktoś, że nie można być jednocześnie twórcą i tworzywem

Nie powstaną w Łodzi Ogrody Karskiego, a przynajmniej nie przed 2020 r. – news przemknął niemal niezauważony, przykryty prezentacją nowego wiceprezydenta Łodzi. „Szok i niedowierzanie”, bo przecież projekt wygrał głosowanie w ramach Budżetu Obywatelskiego, wokół którego prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO) wykreowała aurę instytucji nietykalnej, niepodważalnej, świętej, bo „to głos łodzian”. A tu teraz taka rysa na świętości…

Otóż działka, na której Ogrody Karskiego miały powstać, od blisko czterech lat jest obiecana PKP, jednak na etapie składania wniosku nikt z magistratu o tym nie wspomniał. W Ogrodach Karskiego powstać miało wielofunkcyjne boisko, „rozległy i nowoczesny plac zabaw”, nowe nasadzenia, ścieżki rowerowe, nawet „miejska plaża – niecka z wodą dla ochłody” oraz „dzika łąka pełna kwiatów, ogólnodostępny ogródek ziołowy, miejsca do urządzania pikników – połacie krótko przyciętej trawy, na której można się wylegiwać”, a byłoby gdzie, bo chodzi przecież o 30 tys. metrów kwadratowych…

Ale zgodnie z porozumieniem kolejarze na części niedoszłych ogrodów, składować będą ziemię z drążenia tunelu średnicowego pod Łodzią i przystanku „Manufaktura”, wytną także wszystkie drzewa. Jeszcze przed spotkaniem pomysłodawców idei ogrodów z prezydent Zdanowską dało się z przekazów w mediach wysnuć narrację, że to „źli urzędnicy”, a prezydent o niczym nie wie i na pewno pomoże”. Ale spotkanie nic nie zmieniło, poza tym, że jest jasność w temacie: ten projekt w ogóle nie powinien trafić pod głosowanie, co przyznała sama prezydent Łodzi, i zostaje wycofany z BO.

W tej sytuacji przypomina mi się kilka arcyciekawych zdań a propos partycypacji społecznej i nietykalności BO: „(…) jeżeli dajemy możliwość decydowania łodzianom o określonych sprawach, to dajmy szansę by ich decyzje w takim zakresie w jakim to oni sobie wymarzyli były realizowane, a nie w takim jak chce urząd czy urzędnik”. Kto to powiedział? Ano prezydent Zdanowska w Radiu Łódź, przy okazji pamiętnej dyskusji o 16 drzewkach w donicach za jedyne 155 tys. zł, też kupionych w ramach BO. Na pytanie czy przewiduje możliwość interwencji, przy kontrowersyjnych projektach, uprzejmie odpowiedziała, że „budżet obywatelski traci wtedy sens”. Nie skomentuję, bo rzeczywistość komentuje się w tej sytuacji sama.