Miesięczne archiwum: Wrzesień 2014

Poznańska radna PiS Lidia Dudziak, ta od rozdzielania osiołków z powodu nieobyczajnych zachowań w miejscu publicznym, czyli ZOO, radną jest od 16 lat i podobno teraz dopiero odbiło jej po raz pierwszy. Pytanie, czy zwierzęta w łódzkim ZOO nie są aby zagrożone interwencją myśli konserwatywnej.

Kluczowa w zachowaniu radnej z Poznania nie była jednak niechęć do osiołków, a prośba „oburzonych matek, na których oczach kopulowały zwierzęta”. Słucha zatem radna ludzi, a to marzenie wszystkich aktywnych wyborców. Tak się składa, że i wielu łódzkich kandydatów na prezydenta miasta zamierza „słuchać łodzian”, a hasło kandydatki PiS na prezydenta Łodzi, Joanny Kopcińskiej brzmi: „najważniejszy jest człowiek”.

Niewiele jednak wiemy o Joannie Kopcińskiej. W przestrzeni publicznej funkcjonuje przecież dopiero od 2011 r. Gdy została radną w miejsce Tomasza Sadzyńskiego, prezesa ŁSSE, działała w najbardziej chyba liberalnej frakcji PO, kojarzonej z Tomaszem Kacprzakiem i Mateuszem Walaskiem, a pierwszemu z tych panów zdarzają się nawet antyklerykalne wtręty. Potem związała się z liberalnymi konserwatystami Krzysztofa Kwiatkowskiego, a po wyrzuceniu z PO została kandydatką PiS, nie tylko podkreślającą swój głęboki konserwatyzm, a występującą nawet w Radio Maryja. Ewolucja dość dogłębna jak na trzy lata. W każdym razie Jedyną cechę charakterystyczną, którą ja zauważam u kandydatki PiS, jest jej mocny ciąg na odróżnianie się od dawnych bliskich z PO, na czele z prezydent Hanną Zdanowską.

Traf jednak chce, że jej dawni koledzy, rzeczeni już panowie Kacprzak i Walasek słyną z umiłowania zwierząt: radny Walasek opiekuje się tapirem, a radny Kacprzak przechadzał się nawet z koniem po mieście. Zwierzę na zadowolone nie wyglądało, ale dobrych intencji radnemu Kacprzakowi odmówić nie sposób. Jakby tego było mało, ulubieńcem prezydent Zdanowskiej jest lemur Julian, gwiazda łódzkiego ZOO. Lemury mogą być koszmarem dla konserwatystów: skrajna poligamia to dla nich codzienność, sam Julian ma ze trzy żony, a że to zwierzęta aktywne za dnia, na dodatek wiele bardziej płodne od osiołków, to pewnie i w Łodzi zdarzyłyby się „matki oburzone” lemurzym stosunkiem na oczach dzieci.

Dlatego PiS powinien publicznie zagwarantować, że gdyby doszło do władzy w Łodzi, to w tej kwestii odpuści odróżnianie się od PO i pozwoli lemurowi Julianowi pozostać sobą, czyli poligamistą i nie odgrodzi go od jego trzech żon.

Za sprawą Jana Mędrzaka, łódzkiego radnego PO, renesans w polityce przeżywa słowo nawiązujące do najstarszego zawodu świata, czyli „kurewstwo”. Gdyby jednak przyjąć standardy moralne radnego PO za rzeczywiste, wówczas dojdziemy do wniosku, że para się kurewstwem politycznym niemal połowa łódzkiej Rady Miejskiej, w tym koledzy i koleżanki pana Jana z PO. A także ci z PiS, którzy protestują dziś najgłośniej.

Radny w ten właśnie sposób określa zachowanie kandydatki PiS na prezydenta Łodzi, choć zarzeka się, że nie określa, bo słowo owe wykropkował i nie brzmi ono tak, jak wszyscy mówią, że brzmi. I po co ta pruderia? To słowo występuje w Słowniku Języka Polskiego. Ale do rzeczy: założenie radnego zasadza się na tym typie logiki, że kandydatka PiS Joanna Kopcińska jeszcze niedawno była w PO, a przystąpiła do tej partii, gdyż to partia władzy. Nie chodziło jej zatem o „wartości i idee”, tylko udział we „władzy”, a teraz za obietnicę bycia kandydatką PiS krytykuje wciąż PO. Innymi słowy „szmaci się”. Logika ta, niestety dla radnego Mędrzaka, obraca się przeciw niemu samemu. Bo czy nie zrobiło się w tej sytuacji przykro obu wiceprezydentom Łodzi, Markowi Cieślakowi i Krzysztofowi Piątkowskiemu? Obaj byli w PiS, teraz są nie dość, że w PO, to jeszcze mają władzę. Wniosek prosty: chodziło nie o „idee i wartości”, tylko o „władzę”.

Panowie Cieślak i Piątkowski to tylko dwa przykłady. Przecież w klubie PO jest jeszcze dwoje radnych, których wybrano z list PiS. Zatem według standardów moralnych radnego Mędrzaka wszyscy oni „się szmacą”. Koło Aktywności PO przyjęło niedawno ponad 30 osób z pisowskim rodowodem. Czy odpowie mi radny Mędrzak na pytanie, po co PO przyjmuje ludzi, którzy według jego logiki są pozbawieni kręgosłupa moralnego? To chyba jest polityczne sutenerstwo.

Ale i PiS jest po jednych pieniądzach z PO, ba, przecierało przecież szlaki w nazywaniu sytuacji po imieniu, tyle, że dziś PiS-owi z tym faktem nie po drodze. Rok temu zaledwie radny Marek Michalik z PiS, zarzucił tym radnym, którzy przeszli do PO „polityczną prostytucję”. Tak się obrazili, że zażądali przeprosin. Te nie padły, zaś radny Czesław Telatycki, obrażony wtedy najbardziej ze wszystkich nowych nabytków PO, dziś jest już w… PSL. W jednej kadencji wystąpił pod trzema szyldami partyjnymi (wcześniej PiS i PO) teraz jest czwarty: radny niezrzeszony.

Ale Michalik powiedział też jeszcze bardziej interesującą rzecz w imieniu PiS, o którym ten PiS nie chce dziś pamiętać: od radnych wybranych z list PiS, którzy potem znaleźli się w PO, zażądał złożenia mandatów radnych. PiS o tym wie, dlatego odwraca uwagę i atak Mędrzaka nazywa „brutalnym”. A mnie interesuje, co radny Michalik dziś ma do powiedzenia na temat radnych, którzy odeszli lub zostali wyrzuceni z PO, a dziś grają z jego PiS. Bo wedle tej logiki mandaty powinno złożyć 14 z 43 radnych: cały klub Łódź 2020, dwójka radnych klubu PO oraz piątka radnych niezrzeszonych, a wśród nich i Joanna Kopcińska, kandydatka PiS na prezydenta Łodzi. Chciałbym teraz zobaczyć konsekwencję Michalika, jak domaga się oddania mandatu przez radną, która jest kandydatką jego partii na prezydenta Łodzi.

PiS zamiast dziś histerycznie protestować, winno radnemu Mędrzakowi zwrócić uwagę, by jeśli już musi nawiązywać do tej sytuacji, to niechże używa subtelniejszych określeń, tak jak to zrobił Michalik. Z kolei Mędrzak zanim emocjonalnie się obruszy na sposób prowadzenia polityki przez dawną koleżankę z PO, winien rzucić okiem na to, czy w jego otoczeniu nikt aby „się nie szmaci”. Wszyscy łódzcy wyborcy winni zaś zwrócić uwagę, kogo oni na Boga do tej rady wybierają, by potem nie budzić się z kacem, że są politycznymi sutenerami, choć w sensie tylko symbolicznym. Bo korzyści ze swych wyborów raczej nie mają, a różnica między kurewstwem a prostytucją jest tylko semantyczna.

Jeśli prawdą jest, że Cezaremu Grabarczykowi nie spieszyło się do rządu, a chciał zostać marszałkiem Sejmu, to ja się mu nie dziwię. Ewa Kopacz to nie Donald Tusk, nowy rząd czekają spadki sondażowe, zatem i Platformę Obywatelską też. A marszałek Sejmu, po prezydencie RP osoba nr 2 w państwie, nie traci nigdy. Ale dzięki stanowisku ministra sprawiedliwości właśnie symbolicznie pokonał dawnego politycznego rywala, Krzysztofa Kwiatkowskiego.

Z tego rządu, co powołano go na rok, Cezary Grabarczyk wyciągnął posadę najlepszą z najgorszych: nikt już nie zwolni ministra za to, że się więzień w celi powiesił, a on sam nie będzie się tłumaczył z parogodzinnych opóźnień pociągów kilkuletnich w budowie autostrad, jak to było za pierwszego rządu Tuska. Grabarczyk jako minister infrastruktury był ulubionym chłopcem do bicia dla pasażerów, kierowców, opozycji i mediów. Nikt nie potykał się trzykrotnie w Sejmie o wotum nieufności. A Grabarczyk tak.

Korzystał na tym jego łódzki adwersarz, minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski. Gdy Grabarczyk kiepsko tłumaczył się z autostrad i kolei (lub unikał tłumaczeń), Kwiatkowski otwierał w błysku fleszy zmodernizowane gmachy sądów, a potem brylował po TVN-ach i Polsatach. Miał ten socjotechniczny dar, którego brakuje Grabarczykowi. W efekcie Kwiatkowski zgarnął w wyborach 2011 r. ponad cztery razy więcej głosów od Grabarczyka, choć zasług obu panów porównać raczej się nie da. Z tej też przyczyny Grabarczyk po wyborach o resort nie walczył, a Tusk upokorzył go nominacją słabiutkiego merytorycznie Sławomira Nowaka na ministra transportu. Odpadło więc potencjalne alibi, że ustąpił komuś lepszemu od siebie, fachowcowi…

Myślę, że choć Kwiatkowskiego formalnie w polityce już nie ma, to w Grabarczyku jeszcze jakaś zadra tkwi i ten ich pojedynek wciąż gdzieś podskórnie się toczy. Obaj ministrowie sprawiedliwości wciąż będą w Łodzi porównywani, a jeśli nie, to zwolennicy Kwiatkowskiego będą tę narrację wtłaczać w dyskurs publiczny. A Grabarczyk przyjmując tę posadę zabiera właśnie łodzianom skojarzenie, że kiedyś to Kwiatkowski był ministrem sprawiedliwości. W polityce przecież walka o język, jest równie istotna, co walka o posady. Kto wie, czy nowy minister sprawiedliwości nie zacznie od tego, co zepsuł minister Kwiatkowski w taki sposób oddzielając prokuraturę od rządu, że prokurator generalny nie ma wpływu na to, w jakim stylu i jakie warianty śledztw obierają prokuratorzy w apelacjach. Bo dziś prokurator generalny to tylko żyrandol dla swoich podwładnych. Nie dlatego, że świeci, a dlatego, że go widać.

Grabarczyk tymczasem przebił Kwiatkowskiego: jest po raz drugi ministrem, dowodzi spółdzielnią, czyli największą chyba dziś frakcją w PO, a premier Kopacz nazwała go swym przyjacielem, co zapewne daje mu jakiś wachlarz wpływów: od lobbowania na rzecz sfinansowania przez rząd tego, co obiecał Tusk, czyli budowy dworca Fabrycznego, przez przyspieszenie budowy S-14 do kwestii personalnych, choćby zmiany wojewody łódzkiego. Spółdzielnia pod Jolantą Chełmińską piłowała stołek już trzy lata temu, ale Tusk dał temu odpór. Pytałem Cezarego Grabarczyka kilka dni temu, czy Chełmińska powinna zostać na stanowisku. Nie odpowiedział, a to dla niej niekoniecznie dobre wieści, tym bardziej, że nie jest człowiekiem PO, a blisko jej było zawsze do Kwiatkowskiego. A wojewoda jakby przeczuwając co się może stać, w siódmym roku urzędowania właśnie założyła oficjalne konto na FB…

Ten rząd wytrwa do wyborów i będzie dołował, a razem z nim PO, bo Kopacz to nie Tusk. Z punktu widzenia Cezarego Grabarczyka lepiej byłoby zostać marszałkiem Sejmu, bo ten nie traci nigdy. Ale jako marszałek nie przebiłby symbolicznie Kwiatkowskiego. Jako minister sprawiedliwości właśnie to zrobił. Musiał odejść Tusk, by Grabarczyk dobił swojego smoka.

Ludzie mnie pytają „po kiego PSL wystawia w Łodzi kandydata na prezydenta miasta?”. Odpowiadam banalną, choć starą prawdą, że przed drugą turą wyborów prezydenta Łodzi, dialog z koalicyjną PO mógłby wyglądać tak:

– Droga Haniu, wykręciliśmy w Łodzi 2 proc. głosów. Poprzemy cię, jeśli dasz nam stołek prezesa, albo choćby dyrektora.
– Prezesa lub dyrektora czego?
– Hmmm… Nie bądźmy tak drobiazgowi. Chodzi po prostu o posadę prezesa lub dyrektora…

Zresztą roszczenia PSL mogłyby przybrać bardziej konkretny wymiar. Tak się bowiem „przypadkowo” składa, że na początku sierpnia prezydent Łodzi ogłosiła konkurs na stanowisko dyrektora Muzeum Tradycji Niepodległościowych. A muzeum tym od wielu, wielu lat nieprzerwanie włada Henryk Siemiński. Zrósł się z tą instytucją aż tak, że pracownicy mogą nawet nie wiedzieć, że w ogóle istnieje procedura zwana „konkursem na dyrektora”. Miły, obyty i wykształcony dyrektor Siemiński to w cywilu jednak nikt inny, jak prezes łódzkiej organizacji PSL. Tak, jest taka organizacja w Łodzi i ma nawet więcej ludzi niż PiS, acz śladowe powodzenie u wyborców. Zatem mógłby PSL zaproponować w zamian za poparcie prezydent Hanny Zdanowskiej przed drugą turą „wygrania konkursu” przez Siemińskiego, albo na zasadzie „dziedziczenia”, przez kogoś nowego, acz związanego z PSL. Albo dla Wojciecha Łaszkiewicza, który owym kandydatem PSL na prezydenta właśnie został ogłoszony. To m.in. były wiceprezes łódzkiego lotniska, niegdyś bliski współpracownik prezydenta Jerzego Kropiwnickiego. W tyle głowy ludowcom zapewne kołysze się też myśl, że parę głosów Łaszkiewicz odbierze kandydatce PiS i tym samym wzmocni PO. Łaszkiewicz to dziś wolny strzelec, stałej roboty nie ma, a praktykę stomatologiczną prowadzi w „ograniczonym zakresie”. Skądinąd sympatyczny kandydat Łaszkiewicz pewno myśli o powrocie na lotnisko. Zresztą jest jeszcze jeden istotny argument: PSL początkowo rozważało poparcie Zdanowskiej, bez wystawiania swojego kandydata. Ale wystawili i podbili stawkę.

Co prawda prezes PSL Janusz Piechociński na moje pytanie, czy z tym kandydatem PSL na prezydenta Łodzi de facto nie chodzi tylko o podejście pod jakiś stołek w zamian za poparcie, oficjalnie się obruszył. Powiedział, że chodzi o „zasianie ziarna, i takie zmotywowanie organizacji, by za rok w Łodzi zdobyć mandat posła”… Brzmi autentycznie i nowatorsko jak na PSL, ale wcale nie wyklucza tradycyjnej taktyki ludowców. Zbyt długo znam przeciętny profil działacza „peezel”, by nie wiedzieć, że tam maksymą ważniejszą od „zasiewania ziarna” jest inna: „czy się stoi, czy się leży, stanowisko się należy”. Czyli zasiew ważny, ale zebranie plonów jeszcze bardziej.

Platforma Obywatelska jest tak pewna zwycięstwa prezydent Hanny Zdanowskiej i w wyborach do Rady Miejskiej w Łodzi, że nawet nie wystawiła wiceprezydentów. Gdyby Zdanowska wybory przegrała, jej wiceprezydenci lądują na politycznym aucie, nie będą nawet radnymi. Tymczasem wiarę w zwycięstwo Zdanowskiej w I turze wciąż buduje ów mityczny sondaż, który daje jej 46 proc. poparcia

Wiceprezydent Marek Cieślak oczywiście startować nie mógł, bo mieszka poza Łodzią, ale z drugiej strony jego nazwiska nie ma też na liście do sejmiku. Zazwyczaj strategia wyborcza jest taka, że wiceprezydentów wystawia się na radnych, a potem oni, gdy już dostają nominację wiceprezydenckie, po prostu zwalniają miejsca dla kandydatów z listy z kolejnymi wynikami. To po prostu sposób na wzmocnienie listy, no chyba, że w PO uważają, że te nazwiska to żadne wzmocnienia. Tymczasem Cieślak i Krzysztof Piątkowski mają przeszłość w PiS, kto wie, może by parę punktów starym kolegom urwali. Agnieszka Nowak z kolei napisała, że nie nie kandyduje m.in. dlatego: „(…) Nie wyobrażam sobie, bym pod koniec kadencji mogła porzucić swoje obowiązki i prowadzić własną kampanię do wyborów samorządowych. Wiem, że byłoby to negatywnie postrzegane przez opozycję i mogłoby stać się powodem wielu ataków politycznych”.

To też zabawne, bo jeśli wierzyć tym słowom, to wiceprezydent jest bardziej odpowiedzialna od prezydent Zdanowskiej. Bo akurat prezydent Zdanowska stara się nie tylko o reelekcję, ale i startuje do sejmiku województwa, szef jej gabinetu Tomasz Piotrowski także. Czyli „porzucą swe obowiązki dla prowadzenia własnej kampanii”. Dodała też wiceprezydent Nowak, że była radną bardzo wysoko ocenianą, o czym świadczyć miały m.in. jej wyborcze wyniki. Wyrywając to zdanie z kontekstu, brzmi zupełnie jak wyrzut, bo przecież żal takiego poparcia nie skonsumować. Ale nie dziwię się. Gdyby prezydent Zdanowskiej powinęła się noga i wyborów nie wygrała, jej wiceprezydentom na otarcie łez nie zostaną nawet mandaty radnych, wyjdą na aut. Zresztą, gdyby Zdanowska wygrała, też nie jest pewne, czy na posady wiceprezydentów wrócą. Polityk bez mandatu od wyborcy jest bezbronny, pozbycie się takiego jest jak obcięcie paznokcia. Bezbolesne. To przecież polityka, a w niej obietnice nic nie znaczą.

Ale dajmy spokój wyrywaniu zdań z kontekstu, przecież dalej wiceprezydent Nowak napisała, że „najmocniej jak potrafi będzie wspierać Panią Prezydent Hannę Zdanowską i wierzy, że zwycięży w pierwszej turze.” Zapewne tę deklarację wspiera słynny sondaż, który prezydent Zdanowskiej daje 46 proc. poparcia. Z PO już dawno szły przecieki o tak wysokim poparciu, że niektórzy prezydenccy pretorianie bali się ich ujawniać. Dlaczego teraz udostępnili je bez problemu? To ucieczka do przodu obliczona na zmobilizowanie i wmówienie elektoratowi, że jest tak dobrze, a będzie lepiej, jak wygramy w I turze. Druga tura to przecież „huzia na Józia”, często głosowanie przeciw komuś, a nie za. Elektorat PO w Łodzi ma wyższy od PiS, ale ta przewaga aż tak duża nie jest. Oznaczałoby to bowiem, że na blisko połowie łódzkich wyborców kompletnie wrażenia nie robią niepopularne decyzje, które podejmuje prezydent, choćby podwyżka czynszy, czy trasa W-Z w obecnym kształcie, albo drzewka za 15 tys. zł sztuka. Poza tym w sondażu zleconym przez SLD, Zdanowska zanotowała 34 proc.,a przecież przygotowywała go ta sama pracownia. Bo też sondaże robi się w różny sposób: w tym dla PO np. Hanna Zdanowska wymieniana jest jako pierwsza, a jej kontrkandydatka z PiS jako przedostatnia, po niej jest tylko „inny kandydat”. Zbyt długo śledzę inżynierię wyborczą, by nie wiedzieć, że przedostatnie miejsce jest najgorszym. Tymczasem póki co, na liście wyborczej Joanna Kopcińska będzie druga po Johnie Godsonie, a prezydent Zdanowska ostatnia. Dla niezdeklarowanego wyborcy kolejność ma znaczenie, szczególnie jeśli idzie o udział w sondażach. Poza tym nie podano przewidywanej frekwencji, a to jest sprawa kluczowa. Być może była tak wysoka, że może niewiele mieć wspólnego z rzeczywistością.

PS. Nie jest wykluczone, że prezydent Zdanowska do poparcia na poziomie wskazanym przez sondaż dla PO może dobić albo nawet przebić. Nie dzięki sobie, a Donaldowi Tuskowi i efektowi „króla Europy”. Ale to – jeśli już – dopiero przed nami.