Miesięczne archiwum: Czerwiec 2014

Zaczyna mi „imponować” rozmach, z jakim poseł John Godson zaciera swój partyjny żywot. W poniedziałek ogłosił, że będzie niezależnym kandydatem na prezydenta Łodzi, w czwartek zrzekł się wiceprezesury w Polsce Razem, a w piątek wyrzucono go z partii. To zdobywanie sznytów niezależności byłoby szczere, gdyby najpierw dał się wylać z partii, a dopiero potem ogłosił, że kandyduje.

Kto wie, może tę sekwencję zdarzeń pan poseł nam reżyseruje. Dowodem może być fakt, że nie odwoływał się od decyzji usunięcia go z partii, tylko werdykt przyjął „z pokorą”. A przecież ta partia odwołuje się wciąż do nauk Chrystusa. Koledzy powinni wybaczyć, skoro on sam dając rządowi Donalda Tuska wotum zaufania, powołał się na inspirację Chrystusem.

Ale zostać w partii się nie opłacało. Pan poseł chce, by jego kandydaturę na prezydenta Łodzi traktować poważnie, a to byłoby dosyć trudne, gdyby niezależnym nazywał siebie ktoś, kto jest wiceprezesem partii mającej posłów w Sejmie, kojarzy się jeszcze niektórym z PO, a kiedyś deklarował, że chciał wstąpić do PiS. No to ma Godson teraz alibi, że jest niezależny, bo niezależnie podjął decyzję, a nie dość, że wbrew partii to jeszcze go za to wyrzucono. Idealne dla kandydata niezależnego jest przecież bycie ofiarą partii, a nawet kilku. Teraz jest tak: poparł Tuska, może więc parę osób szczypnie z elektoratu PO. Pokazał niezależność, więc może krzyżyk postawi ktoś, kto partiami gardzi. Powołał się na Chrystusa, może zatem sympatię zyska u kogoś z PiS.

Ten ostatni casus jest najbardziej intrygujący, bo Godson tłumacząc dlaczego poparł Tuska, zastosował taki oto wywód: „gdy do Jezusa przyprowadzono kobietę złapaną na cudzołóstwie, którą chciano ukamienować, zadał pytanie, „kto z was jest bez grzechu, niech rzuci pierwszy kamień”. Miałem dylemat jak postąpić (…). Ale zadając sobie pytanie, co zrobiłby Jezus – nie miałem już wątpliwości”.

Postawa piękna i budująca dla człowieka, ale nie dla polityka. Weźmy bowiem taki przypadek: jest Godson prezydentem Łodzi, ma podpisaną z inwestorem wstępną umowę na wykup działki pod inwestycję, która da 3 tys. miejsc pracy i 40 mln zł w budżecie. Inwestor się wycofuje bez słowa tłumaczenia, kasa za działkę przepada, miejca pracy tak samo. O ile zastanawialiśmy się, co w takim przypadku może zrobić obecna prezydent, o tyle wiemy co zrobi prezydent Godson. Po krótkiej biblijnej refleksji, prezydent Godson przebaczyłby takiemu inwestorowi, a może nawet jeszcze go za to przeprosił.

Cóż, cenię nauki Chrystusa, ale w takim mieście jak Łódź trudno się nimi kierować. Nie chcę być szydercą, nie chce nikogo obrażać i kpić z żarliwej wiary, ale naprawdę nie jest tak, że miejsca pracy w Łodzi rozmnożą się na podobieństwo tego, jak Chrystus rozmnożył chleb i wino. To miasto potrzebuje raczej sk…syna, który nie odpuści, a nie kogoś tak szlachetnego, że będzie nadstawiał drugi policzek. Amen.

Nie udali się doradcy prezydent Łodzi Hannie Zdanowskiej. Niedawno Marek Belka łódzkie lotnisko określił mianem „ch…j wie komu potrzebnego”, choć nie przekazał tej diagnozy pani prezydent wprost, a poprzez „Wprost”. Teraz z inwestycji w tzw. Bramę Miasta wycofał się inny członek „dream teamu” doradców: Andrzej Walczak.

Spółka LDZ Brama, w której udziały ma Atlas, którego to współwłaścicielem jest Andrzej Walczak, była jedynym chętnym do kupna działki wycenionej przez miasto na 40 mln zł. W piśmie przekazanym do magistratu spółka nie wyjaśniła powodów, dla których wycofuje się z inwestycji wartej w sumie 250-300 mln zł. Spółka nie wyjaśnia, ale wyjaśnia wiceprezydent Marek Cieślak. Na stronie magistratu wiceprezydent cytowany jest tak:

– Atmosfera podejrzliwości, niedomówień i politykierstwa ze strony części radnych, zwłaszcza pana Łukasza Magina i Klubu Łódź 2020, nie sprzyja inwestycjom. W takim klimacie nie można robić interesów, i to tak ważnych dla Łodzi. Nie można zniechęcać przedsiębiorców, straszyć łodzian i snuć negatywnych wizje.

Cóż, pamiętam jak wiceprezydent Cieślak mówił minionej jesieni o sprzedaży działki pod Bramę: „proces inwestycyjny trzeba zacząć w tym roku, bo firma ma pieniądze w obecnym budżecie” (GW). Powiedzieć coś takiego przed ogłoszeniem przetargu? To była prosta sugestia, że urzędnicy są z inwestorem dogadani, a cena jest klepnięta. Sekwencja następnych wydarzeń jest taka: LDZ Brama wygrywa przetarg i 31 grudnia 2013 r. podpisana jest wstępna umowa. Spółka przelewa 12 mln zł zaliczki z 40 mln, które ma wpłacić po podpisaniu aktu notarialnego w czerwcu.

Radnego Magina można spokojnie oskarżać o zbyt wysokie i czysto populistyczne libido polityczne, bo nieraz kopie na oślep, a jedną nogą jest już w PiS. Ma więc interes polityczny w krytykowaniu ekipy PO, która potraktowała go odmownie. Ale chyba nie w tym przypadku. O tym, że zwycięzca przetargu nie zapłaci całej sumy od razu nie było słowa w Specyfikacji Istotnych Warunków Zamówienia tegoż przetargu. Magistrat nie traktuje w ten sposób wszystkich, pytania Magina niestosowne zatem nie były, tym bardziej, że zwycięzca przetargu powiązany jest z biznesowo z doradcą prezydent Łodzi. A teraz wiceprezydent Cieślak kreuje Magina na tak wpływowego polityka, że jego talent do tworzenia „atmosfery podejrzliwości” przepędza z Łodzi inwestorów. Dziwne, że się jeszcze PKP nie wycofało z budowy dworca, bo tego też czepia się tak bardzo wpływowy radny.

Słowa Marka Cieślaka tak naprawdę ośmieszają zwycięzców przetargu i podległych mu urzędników, którzy go rozstrzygnęli, a także jego samego. Bo co to za poważny inwestor, którego do wycofania się z inwestycji potrafi zmusić jeden radny opozycji? Przypomnę, że we wrześniu, kiedy o Bramę Miasta kłócili się radni opozycji z radymi PO i władzami Łodzi, atmosfera wokół inwestycji była jeszcze gorsza, niż ta, której wykreowanie przypisuje się Maginowi już po rozstrzygnięciu przetargu. Opozycja domagała się wtedy m.in. tarczy antykorupcyjnej. A mimo to inwestor nadal był zainteresowany transakcją, bo stanął do przetargu i zaakceptował zawyżoną (ale legalnie) ponad dwa razy cenę działki. Osobliwa jest zatem logika wiceprezydenta Cieślaka, bo wynika z niej, że poważny inwestor wolał odwrócić się obrażony na pięcie i stracić 4 mln zł wadium, tylko dlatego, że jakiś radny roztoczył „atmosferę podejrzliwości”.

Inwestor, który włożył w projekt już 16 mln zł (wadium i zaliczka), a potem się wycofał, po prostu musiał uznać, że na tym nie zarobi i lepiej w tej sytuacji stracić te miliony, byleby uratować co się da. Inwestor nie myśli przecież w kategorii emocji, tylko interesu – tak mi kiedyś powiedział właśnie wiceprezydent Cieślak. Nie wiem zatem kto kupi tak amatorski przekaz. Miała Brama Miasta być symbolem wiary biznesu w Łódź, Łódź Hanny Zdanowskiej. Wyszła brama, tyle, że bratobójcza. Bo to nie radny Magin oddał ten strzał w kierunku Zdanowskiej tylko, jeśli już, Andrzej Walczak. Jej doradca.

Może nie wszyscy pamiętają, ale prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Marek Belka to nie tylko łodzianin, ale i doradca prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej. Społeczny doradca. Podczas słynnego spotkania z ministrem Bartłomiejem Sienkiewiczem dotknął także wątku łódzkiego, a dotyczył on portu lotniczego im. Wł. Reymonta. Rozmawiał żargonem „sienkiewiczowskim”, co dziś oznacza już co innego, niż kiedyś…

W grudniu 2012 r. pytałem prezydent Zdanowską o jej doradców. Powiedziała, że większość z nich zaszczyca ją swoją obecnością na obradach raz na miesiąc, poza Marcinem Gortatem i prof. Belką, z którym prezydent Zdanowska indywidualnie rozmawia podczas okazyjnych spotkań, najczęściej w Warszawie. „Albo jest za jakimś pomysłem, albo sprowadza mnie na ziemię” – mówiła o roli prof. Belki Zdanowska, ale bez żadnych konkretów.

Ciekaw jestem czy rozmawiali o łódzkim lotnisku, ale chyba raczej nie. Bo w innym przypadku prezydent Zdanowska „zeszłaby już na ziemię” z dorzucaniem monet do lotniska. Prezes Belka w rozmowie ministrem Sienkiewiczem pozwolił sobie na taką oto wrzutkę w wątku dotyczącym Amber Gold i Marcina P., który był właścicielem przewoźnika OLT Express: „(…) np. moje lotnisko i m. Reymonta, czyli w Łodzi. Malutkie lotnisko, chuj wie komu potrzebne, ale jest”. Swoją drogą świetny, chwytliwy i do bólu szczery slogan reklamowy łódzkiego lotniska. I darmową reklamę. Stenogramy czyta przecież cała Polska…

Marek Belka o łódzkim lotnisku

To, niestety także chyba najlepsza recenzja, nie samej potrzeby posiadania przez miasto lotniska, ale raczej stylu zarządzania nim. Dalej przecież profesor powiada, że to lotnisko „wisiało na jednym tylko przewoźniku”, czyli OLT Express. Dziś o wiele lepiej nie jest. A szczerości tej recenzji prezesa NBP, możemy być pewni. Widać jednak pan profesor wcześniej, podczas „okazyjnych spotkań” w tym temacie akurat „nie sprowadził na ziemię” prezydent Zdanowskiej. A teraz dzięki stenogramom pozyskała ocenę gratisowo, w końcu prof. Belka to doradca społeczny.

Poza tym prof. Belka to „Łodzian 20-lecia” III PR. Pamiętam jak przy odbiorze statuetki apelował do łodzian, by „o Łodzi mówili tylko dobrze”. Cóż, czas często poglądy weryfikuje, a niektóre deklaracje i apele po latach komentarza nie wymagają, bo komentują się same. Sienkiewiczowski styl metafory od czasu publikacji tych stenogramów też będzie w naszej rzeczywistości oznaczał co innego.

Marek Belka: O Łodzi mówcie tylko dobrze

Marek Belka: O Łodzi mówcie wyłącznie dobrze

PS. Podobno są jeszcze nagrania ze spotkania innego znanego łodzianina, czyli prezesa NIK Krzysztofa Kwiatkowskiego z najbogatszym Polakiem Janem Kulczykiem. Rzecznik NIK już oświadczył, że „podczas rozmowy z Janem Kulczykiem szef NIK poinformował go, że ze swoimi problemami przedsiębiorca powinien zgłosić się do innych organów państwa”. Wynikało by z tego, że spotkanie, pomijając ceremoniał powitania i pożegnania, potrwało z 5 minut”. A jak było, zobaczymy… Nie mogę się doczekać, może to czas wystarczający, by nie pomijać „ciekawych” wątków łódzkich.

Nie będzie pomnika i skweru im. Lecha Kaczyńskiego w Łodzi. Uchwała obywatelska sprzeciwiająca się temu pomysłowi przeszła dzięki głosom radnych SLD, PO i Twojego Ruchu. Tomasz Trela, szef klubu SLD rzekł m.in., że jego klub poparł głos 7 tys. obywateli, bo pomysł z pomnikiem „dzieli Łódź”. Refleksja niby właściwa, ale brak zgody na ten pomnik nie przestanie dzielić Łodzi.

W lutym przyjęto projekt uchwały PiS w sprawie pomnika i skweru tylko dlatego, że część radnych PO taktycznie wyszła przed głosowaniem, a SLD skompromitowało się „brakiem stanowiska” i uchyleniem się od głosowania. To dlatego teraz Tomasz Trela odwraca kota ogonem i tę zmianę podejścia woli tłumaczyć faktem, że SLD „popierało i popiera projekty obywatelskie”, niż przypominać tamtą kompromitację. Przy okazji tym głosowaniem Trela, szef SLD w Łodzi, kopnął lekko Dariusza Jońskiego, szefa SLD w regionie, który z szefem PiS Marcinem Mastalerkiem, dla którego ten pomnik to sprawa prestiżu, ma relacje przyjacielskie i już montują „porozumienie” większościowe w sejmiku po jesiennym rozdaniu wyborczym. Porozumienie, bo słowo koalicja dla obu elektoratów byłoby nie do przełknięcia.

Tak czy siak, Łódź nadal jest podzielona między zwolenników i przeciwników pomnika i skweru. Ale winy nie ponosi za to PiS, bo to, że w końcu taki wniosek złożyło to „oczywista oczywistość”. Winę ponoszą SLD i PO, dlatego właśnie, że podczas lutowego głosowania oba kluby dla własnych, zakulisowych korzyści, a wbrew swoim elektoratom i jak się potem okazało przekonaniom, pozwoliły przepchnąć uchwałę o pomniku. Radnym Łódź 2020, którzy byli za pomnikiem się nie dziwię, oni po prostu zagrali przeciw PO, z której ich wyrzucono, a PiS niektórym się za to odwdzięczy przy układaniu list wyborczych.

Ale jest bardzo prawdopodobne, że po naturalnej śmierci tamtej uchwały w lutym, temat pomnika, jakby nie patrzeć genialny temat zastępczy, by ostygł i nie rozkręcił się tak w kampanii europejskiej oraz zwykłej łódzkiej codzienności. A grał, i to jest największy prezent, jaki PO wspólnie z SLD podrzuciły Krzysztofowi Makowskiemu z Twojego Ruchu. Makowskiego strategia „na pomnik” nie przyniosła mu korzyści w eurowyborach, a teraz wygrywając w RM uchylenie zgody na budowę pomnika, przekazał prezent na kampanię PiS.

Prezent, bo teraz nie Makowski, a PiS zacznie grać tym nieistniejącym pomnikiem. Że „skandal”, że wielu więcej łodzian kupiło cegiełki, niż się podpisało pod sprzeciwem. Joanna Kopcińska, kandydatka PiS na prezydenta Łodzi, która zapłaciła posadą przewodniczącej RM w obronie pomnika, będzie przedstawiana jako męczennica. Pojawią się argumenty, że „bezprawie”, że „komuna”, albo może nawet , że kto daje i zabiera ten się w piekle poniewiera” etc. Fakt jest jednak taki, że bardziej się PiSowi opłaca „wyborczo” brak zgody na ten pomnik, niż jego budowa. To im tylko – dzięki SLD i PO – zmobilizuje elektorat. Jasne jest przecież, że dla wyborców PiS brak zgody na ten pomnik jest ważniejszy, niż dla przeciwnych pomnikowi elektoratów PO i SLD byłaby nawet jego budowa. I tak to fałszywe kunktatorstwo SLD i PO z lutego dało do ręki PiSowi chwytliwy leitmotiv kampanii samorządowej. Kampanii, która wyjdzie nam bokiem, bo Łódź ma większe problemy niż brak pomnika Lecha Kaczyńskiego.

Bogusław Liberadzki, europoseł SLD otworzył w Łodzi biuro. Ma opinię jednego z najlepszych speców od transportu, w latach 90-tych był zresztą ministrem. O mało jednak nie udławiłem się rzodkiewką przeczytawszy, że poseł Dariusz Joński przedstawiając Liberadzkiego zapowiedział, iż europoseł dopomoże m.in. w sprawdzeniu „możliwości powstania Kolei Dużych Prędkości” (PAP). Nie sądziłem, że Joński ma aż takie poczucie humoru, chyba, że to chodzi o brak poczucia rzeczywistości.

Jest to bowiem ten sam europoseł Liberadzki, który jesienią w „Dzienniku Łódzkim” nazwał KDP w tzw. projekcie „Y”, czyli linii Warszawa-Łódź-Poznań/Wrocław, „lokalną fantazją”. Dokładnie tak. Od jesieni minęło kawał czasu, może więc Bogusław Liberadzki zmienił zdanie na temat KDP? Ależ skąd… Zaledwie w przedwyborczy piątek 23 maja, portal rynek-kolejowy.pl opublikował wyniki swej transportowej ankiety przeprowadzonej wśród kandydatów na europosłów. Liberadzki na pytanie „czy w Polsce potrzebna jest budowa KDP?” odpowiedział „nie, KDP w Polsce nie są potrzebne”. To odpowiedź jednoznaczna, choć pięknie nazwano ją „sceptyczną”. Liberadzki dodał, że „pieniądze, które należałoby wydać na budowę KDP, lepiej przeznaczyć na odtworzenie i modernizacje istniejącej sieli kolejowej”. Zresztą poseł Liberadzki ma to do siebie, że często przy różnych tematach lubi zejść na KDP i dowolnie krytykować ten pomysł, a było tak przy okazji choćby ostatniego wywiadu w „DŁ” na temat pendolino.

Zatem „sprawdzanie możliwości powstania KDP” choć ledwie zapowiedziane, SLD może sobie już odpuścić. Daremny trud, bo z takim podejściem minister Liberadzki w niczym Łodzi a propos „lokalnej fantazji” nie pomoże. Ale kto wie, może Joński ściągnął go do Łodzi po to, by „ciemny lud” kupił, że SLD ma europosła z Łodzi i w ogóle te wybory wygrał.