Miesięczne archiwum: Maj 2014

Poproszony o komentarz do wyników eurowyborów senator Maciej Grubski stwierdził uroczyście, że „przy 46 proc. poparcia dla PO w Łodzi, prezydent Hanna Zdanowska ma wielką szansę na zwycięstwo w pierwszej turze”. Zapytałem wobec tego: dlaczego pani Hanna nie wygrała w pierwszej turze poprzednich wyborów, skoro w poprzedzających je eurowyborach PO w Łodzi zdobyła prawie 54 proc. Odpowiedź senatora? „Hmmm…”

Ja odpowiedź na to pytanie znam, co nie zmienia faktu, że politycy PO po niedzielnych wyborach zaczynają stosować bardzo nachalną propagandę. W eurowyborach AD 2009 PO w Łodzi rzeczywiście zdobyła blisko 54 proc. poparcia, ale Hanna Zdanowska rok później nie mogła wygrać już pierwszej turze, bo zwyczajnie jest mniej popularna od szyldu PO. Nie głosowali na nią wszyscy wyborcy PO z eurowyborów, stąd miała wynik o 20 proc. słabszy. A dlaczego euroelektorat PO w Łodzi nie głosuje w całości na Zdanowską? Ano dlatego, że nie wszyscy, którzy są wyborcami Jacka Saryusz-Wolskiego, są zdeklarowanymi wyborcami PO. W eurowyborach to on robi wynik Platformie, a czerpie głosy spoza PO, zazwyczaj ludzi lepiej wykształconych, a także młodych, studentów, którzy potem wcale nie muszą na wyborach prezydenckich odmeldować się Zdanowskiej, tym bardziej, że prezydent dzięki wielu niepopularnym decyzjom zyskała jakiś negatywny elektorat.

Podobnym propagandowym zabiegiem jest dosłowne przekładanie wyników eurowyborów w Łodzi na poparcie w wyborach do Rady Miejskiej. Radny Mateusz Walasek był już łaskaw tego przeliczenia dokonać i wyszło mu, że „PO 46,34% PiS 28,48% SLD 7,57% (…) to:
PO 24 mandaty, PiS 16 mandatów, SLD 0 mandatów”. I tu także jestem sceptykiem, ponieważ i wyniki z poprzedniej euroelekcji nie przełożyły się na rzeczywiste poparcie PO w Łodzi w wyborach do Rady Miejskiej AD 2010. Zamiast 54 proc. jak w eurowyborach, PO zdobyła do Rady Miejskiej 38 proc., ale trzeba oddać, że to i tak wystarczyło do zdobycia większości. Jednak wcale nie oznacza to faktu, że jesienią PO zdobędzie nawet te 38 proc. z 2010 r., nie mówiąc o 46 proc. z niedzieli

Otóż od łódzkiego wyniku PO w ostatnich eurowyborach trzeba odjąć 10 pkt procentowych, które zdobył Ryszard Bonisławski, bo on ma swój elektorat, a także blisko 3,5 pkt proc., które zdobyli w Łodzi „niełodzianie” kandydujący z PO. Przecież to był zindywidualizowany, a nie przypadkowy wybór być może ludzi dopisanych do rejestru wyborców, którzy nie muszą głosować na PO w wyborach do RM. No i dochodzi casus Saryusz-Wolskiego: zdobył blisko 30 z tych 46 proc PO w Łodzi, ale jego wyborcy spoza PO widzą przecież różnicę między nim, a rzeczonym radnym Walaskiem czy choćby Tomaszem Kacprzakiem. I wcale nie muszą głosować także na obu panów radnych i listę PO w wyborach samorządowych. Saryusz – Wolski to w pierwszym rzędzie swój własny szyld, potem dopiero PO.

Po tym odejmowaniu wychodzi około 30 proc. poparcia, co też się sprawdzić nie musi, choć przy wszystkich meandrach metody d’Hondta oraz zmniejszeniu składu Rady Miejskiej i tak dawałoby to PO świetny wynik, łącznie z kresem SLD. Ale moim skromnym zdaniem sztabowcy PO podpierają się wynikiem Saryusz-Wolskiego zamulają wyniki PO, pomijając przy tym refleksję nad tym, czy aby kluczowym wynikiem tych wyborów nie jest dla nich dorobek Joanny Skrzydlewskiej. Jej nazwisko kojarzy się w Łodzi nie tylko z biznesem funeralnym, natomiast ze sztandarem PO konotuje się częściej, niż nazwisko Saryusz-Wolski. A mimo gigantycznej kampanii w Łodzi uciułała tylko 12,8 tys. głosów (7,6 z tych 46 proc., które w Łodzi zdobyła PO). To niewielka strata w porównaniu z poprzednimi wyborami. Ale przecież sztab PO w ogóle się tej straty nie spodziewał, natomiast zakładał duży wzrost poparcia dla europosłanki. Te założenia okazały się złudne.

I tak samo może być w wyborach do Rady Miejskiej

W sensie technologii wyborczej postawienie przez PiS na Joannę Kopcińską w roli kandydatki na prezydenta Łodzi jest pociągnięciem nad wyraz sprytnym. Ale w sensie ideologicznym to gest cyniczny. Bardzo nie chciała być wyrzuconą z PO, z którą nawet po tym wyrzuceniu nie dzieliły ją „żadne różnice ideologiczne i programowe”. Widać skoro nie ma szans na karierę w PO, wybiera karierę w PiS. A co najciekawsze: elektorat PiS to kupi…

Joanna Kopcińska pewno bardzo przeżyła odwołanie z funkcji przewodniczącej Rady Miejskiej, bo się z tym prestiżem zżyła. Ale nie sądzę, by przejął się tym poseł Marcin Mastalerek, który zarządza kandydatką PiS na prezydenta Łodzi. To odwołanie będzie ważnym elementem budowania jej mitu wśród wyborców PiS jako podwójnej ofiary PO: raz, że wyrzucono ją z partii, dwa, że poległa w obronie pomnika Lecha Kaczyńskiego, bo de facto taki był powód odwołania. Może tylko Mastalerek chciałby, by to odwołanie nastąpiło bliżej wyborów samorządowych… O odwołaniu zdecydowały głosy radnych SLD, którego szef Tomasz Trela dotychczas o Kopcińskiej wypowiadał się w samych superlatywach. Skąd ta zmiana? Zapewne stąd, że w SLD wcześniej zapadła decyzja by w czerwcu uwalić pomnik Lecha Kaczyńskiego. Poza tym SLD odwołując przewodniczącą liczy też na to, że zapobiegnie polaryzacji kampanii samorządowej na dwie kobiece kandydatki – Joannę Kopcińską oraz prezydent Hannę Zdanowską z PO, bo przecież Trela też kandyduje na prezydenta Łodzi. Tyle, że ta polaryzacja jest już faktem, jak i zwrot SLD ku Platformie.

Ale wróćmy do PiS. Rozśmieszają mnie komentarze i analizy z których wynika, że PiS wybrał kandydatkę bez szans. Bez szans byłaby Joanna Kopcińska jako Joanna Kopcińska. Hanna Zdanowska nie wygrała prezydentury Łodzi bo jest Hanną Zdanowską. Dlatego i tu nie idzie o samą Kopcińską, tylko o szyld, który ją firmuje, czyli PiS. No i kto przedstawił Kopcińską jako kandydatkę PiS? Jarosław Kaczyński, a wyznawcom PiS to on daje „rozkaz” na kogo głosować, bo „tylko on ma rację”. Komentarze, że po odwołaniu „jej już nie ma” też są nietrafione, bo jak wspomniałem w grę wejdzie narracja, że jest ofiarą PO, natomiast tezy, że rozpoznawalność daje posada szefa RM jest grubo przesadzona. Druga sprawa to fakt, że Kopcińską ustawia się w jednym szeregu z przegranym i także wówczas mało rozpoznawalnym kandydatem PiS na prezydenta Łodzi z 2010 r. – Witoldem Waszczykowskim. Zupełnie nietrafne porównanie. Wtedy PiS przegrało w Łodzi dramatycznie, bo grały jeszcze emocje referendum, a w nim porażkę poniósł przecież prezydent wystawiony przez PiS. Poza tym słaby wynik Waszczykowskiego był efektem także dosyć późnego przedstawienia go jako kandydata, ale przede wszystkim braku porozumienia z Łódzkim Porozumieniem Obywatelskim, którego kandydat Włodzimierz Tomaszewski Waszczykowskiego ograł. Ich połączone wyniki z 2010 r. dawały drugą turę prawicy. A że się nie dogadali, wszedł do niej kandydat SLD

Teraz tak nie będzie: to lewica podzielona na dwóch kandydatów (SLD i TR) nie ma szans na drugą turę, a Tomaszewski i ŁPO właśnie „rozważają poparcie dla kandydatki PiS”. Jak słyszę o „rozważaniu”, to wiem, że Tomaszewski poprze Kopcińską i PiS, bo zrozumiał, że to jego jedyna szansa na powrót do czynnej polityki. Zapewne otrzyma propozycję startu z listy PiS na biorącym miejscu do Rady Miejskiej, kilku innych działaczy też. Poza tym w przypadku zwycięstwa Kopcińskiej, także posadę wiceprezydenta.

Przy podziale lewicy PiS drugą turę ma pewną, a w niej wydarzyć się może wszystko, łącznie z tym, że elektorat lewicy nie odmelduje się z głosami na PO, tylko w ogóle uzna, że to nie jego wybory i nie przyjdzie. Jeśli SLD poprze wtedy Zdanowską po tym jak ją wyśmiewał przez całą kadencję, to sądzę, że zostawią go nawet najwytrwalsi. A PiS zyskuje na kandydacie kobiecym, bo to ociepla jego wizerunek. Już dziś jest pewne, że to będzie kampania dwóch kobiet, a one są diametralnie inne. Jako, że oficjalnie jest to kandydatura „niezależna”, to może niewiele, ale zawsze parę procent zaczerpnie spoza elektoratu PiS, także rozczarowanych Platformą i prezydent Zdanowską, kandydatką partyjną. „Niezależność” versus „partyjność” w tej kampanii zagra, a choć różnicy prawie nie ma, to niektórzy to kupią. Męski kandydat z PiS ze Zdanowską przegrałby zdecydowanie, a w tej sytuacji to będzie po prostu pojedynek dwóch estetyk. Idę o zakład, że w kampanii będziemy świadkami dyskusji, która kandydatka jest „naturalna”, a która „z fotoshopa”. Dla niektórych to będzie miało znaczenie…

W sensie technologii wyborczej wystawienie Kopcińskiej jest bardzo sprytne, w w sensie ideologicznym czy „moralnym”, jest pociągnięciem cynicznym. Pamiętam jak bardzo broniła się przed wyrzuceniem z PO:”nie ma między nami (w klubie PO – red.) różnic ideologicznych i programowych, są tylko merytoryczne” – mówiła przewodnicząca po tym, jak usunięto ją i pozostałych florystów z klubu PO i partii. No i co dalej z tym „brakiem różnic”? Minęło kilka miesięcy, a byłą już przewodniczącą firmuje PiS. Widać światopoglądowa rewolucja w systemie wartości Joanny Kopcińskiej ma wymiar bardzo interesowny, przecież przez dwa lata głosowała tak jak chciała PO, była nawet początkowo w bardzo liberalnej frakcji Młodych Demokratów, których dziś krytykuje tak samo jak Platformę, z którą tak bardzo nie chciała się rozstawać. Tyle że te dylematy znów podnosić będą tylko publicyści, bo przecież elektorat PiS przyjmie „rozkaz” Kaczyńskiego, albowiem tylko on ma rację”. Obrona Kopcińskiej może zresztą wyglądać tak, że PiS przypomni „światopoglądowe rewolucje” dwóch wiceprezydentów Łodzi, a przecież wiadomo skąd przyszli do PO.

Inna sprawa, że kandydatka PiS jest wyprodukowana przez PO, konkretnie przez Hannę Zdanowską, która tak nalegała na wyrzucenie florystów z partii. Wszystko było wyliczone tak, żeby nie tracić większości w RM, a wyszło tak, że tej większości nie ma i wciąż jesteśmy świadkami tych politycznych bójek na sesjach. Prezydent okazała się bardzo krótkowzroczna. Argumenty nieoficjalne były takie, że ośmioosobowa frakcja Kwiatkowskiego ( a propos: nie zdziwiłbym się, gdyby to właśnie ten były działacz m.in. Porozumienia Centrum rzeczywiście podsunął PiS kandydaturę Kopcińskiej) „zbyt wiele chciała” i części z nich „trzeba było się pozbyć, a wtedy reszta się uspokoi”. Argument bardzo fałszywy, wręcz żenujący, bo przecież tak dużo posad prezydent rozdała swoim i nie tylko, a „innym” swoim rozdać nie chciała, w sytuacji, gdy na drugiej szali miała utratę większości w RM Łodzi, miasta o którą ona miała „walczyć”. I tak prezydent Łodzi sama sobie urodziła przeciwnika, który może ją kosztować wszystko.

Pół roku temu prezydent Łodzi Hanna Zdanowska apelowała do radnych opozycji, by się opamiętali. Teraz opozycja wzywa specuchwałą prezydent do opamiętania się. Nie wiem jak tę zbiorową chorobę nazwać, ale coś podobnego na myśli miał chyba Hermann Hesse pisząc o teatrze obłąkanych, do którego „wejście kosztuje rozum”.

Życie samorządowe Łodzi infantylizuje się nie od dziś. Dwa tygodnie temu to prezydent Łodzi na sesji wygarnęła radnym opozycji, mówiąc co złego zrobili, czego dobrego nie zrobili, po czym wyszła z sali, przez co opozycję trafił szlag. W ten sposób prezydent po raz kolejny uniknęła trudnej debaty o finansach miasta, a media zajęły się pisaniem, jak to prezydent jest charakterna. Przekaz polegał na tym, że ona jest „odpowiedzialna”, a radni wprost przeciwnie. Teraz rewanż. Radni SLD, PiS i Łódź 2020 przepchnęli specuchwałę z której wynika, że opozycja „chce dobrze”, tylko prezydent „jest nakierowana na konfrontację i konflikt”. Tym samym opozycja zastosowała propagandowe triki prezydentki. Używa nawet tych samych sformułowań o „opamiętaniu się”.

W akcie dintojry opozycja (klub PO i radni Krzysztofa Makowskiego nie głosowali) przegłosowała, że to ona jest odpowiedzialna, a prezydentka wprost przeciwnie. Moim skromnym zdaniem ostatnie pół roku pokazuje, że i prezydentka, i opozycja są po jednych pieniądzach. Ale ta uchwała jest absurdalna i fałszywa z wielu przyczyn, przede wszystkim tej, że nie dość, że się przechwalają czego dokonali, to jeszcze to przegłosowują czyniąc oficjalnym aktem prawa lokalnego. Jakby robili łaskę że pracują w Radzie i szlag ich trafiał, bo nikt im braw nie bije.

Ktoś powiedział, że o tej uchwale i ostatnim roku kadencji w Radzie Miejskiej można by napisać książkę. Ja napiszę tylko erratę. Fałsz tej uchwały polega m.in. na tym, że nie tylko Zdanowska dawała przykłady taktyki konfrontacyjnej i konfliktowej, ale także radni opozycji. A także na tym, że wymieniając uchwały, które przegłosowali dla „dobra łodzian” zapomnieli co najmniej o dwóch: tej o przyznaniu sobie 300 tys. zł na autopromocję i ewentualne „prostowanie propagandy Zdanowskej” w mediach, oraz tej dającej zgodę na pomnik Lecha Kaczyńskiego. Ta ostatnia ewidentnie dzieli łodzian, nie jest dla ich „dobra” i zamula prawdziwe problemy Łodzi. Dalej? Uchwalili, że popierają starania Łodzi o Expo 2022, a przecież nie chcą poprzeć uchwały, która sprawę budowy aplikacji oddawałaby w ręce Zarządu NCŁ. Zamiast tego w tej bałwochwalczej dla siebie uchwale spory kawałek poświęcony jest „wysiłkom Przewodniczącej Rady Miejskiej”, której „udało się zyskać poparcie polskich samorządów, dla organizacji w Łodzi wystawy światowej (…).” Szczerze mówiąc, jeśli coś takiego od przewodniczącej Joanny Kopcińskiej wymagało aż takich „wysiłków”, to może nie za dobrze świadczyć o jej zdolnościach, a poza tym w tej sprawie trzeba walczyć o poparcie innych państw, bo poparcie „polskich samorządów” nic nie da. Ja od opozycji wymagam patrzenia na ręce prezydentki, a nie ich obcinania. A dzięki tej uchwale opozycja po prostu dostosowuje się do propagandowego i kompromitującego ostatnio stylu polityki prowadzonej przez prezydent Łodzi. W uchwale brakuje jeszcze tylko tych efektownych w swej prostocie, kolorowych infografik z milionami złotych, którymi media i mieszkańców zasypuje administracja prezydent Zdanowskiej.

Jeśli radni opozycji naprawdę myślą, że dzięki tej uchwale łodzianie uwierzą im, a nie prezydentce, to powinni oddać te 300 tys. zł, które przyznali samym sobie na promocję. Przecież według tej logiki wszystko mogą sobie przegłosować, każdą uchwałę ku ich chwale. Po co im zatem pieniądze? A że logika nie bywa ich najmocniejszą stroną świadczy fakt, że na początku tej uchwały znajduje się taki fragment: „Rada Miejska w Łodzi przyjmuje poniższe stanowisko, kierując się troską o zaspokajanie zbiorowych potrzeb wspólnoty (…). To tak nachalne, że się nie zdziwię, jeśli ktoś uzna, że wszystkie poprzednie uchwały, także te którymi się chwalą, taką „troską” kierować się nie musiały…

Ale jest coś, co na tej samej sesji połączyło wszystkich zwaśnionych radnych. Uniwersytet Łódzki poprosił o zgodę na zwolnienie z pracy radnego – wykładowcy Macieja Rakowskiego (SLD), bo przez 12 lat nie napisał habilitacji. Wszyscy radni byli przeciw. Przez solidarność? Wprost przeciwnie: przez egoizm, bo każdego z nich może taki wniosek kiedyś spotkać, lepiej zatem nie prowokować odwetu. To głosowanie mówi sporo o wspólnych priorytetach Rady Miejskiej ponad podziałami. O „dobro” Łodzi niemal się policzkują, o swoje są zgodni. I „opamiętani”.