Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska wygarnęła radnym opozycji od cyników i złośliwców, po czym wyszła z sesji mówiąc „do widzenia”. Pojawiły się komentarze, że „ma baba jaja”. Ale żeby złomotać radnych wcale nie trzeba wielkiej odwagi. A „jaja” prezydent by miała, gdyby na sali została.

Na poziomie czysto emocjonalnym mógłbym panią prezydent zrozumieć, bo Łódź ma w tej kadencji najgorszą Radę Miejską w III RP. Osobno to bardzo sympatyczni ludzie, w kupie zaczynają kombinować. Kłótnie, przepychanki, chorobliwa podejrzliwość, umiłowanie do nonsensownych, wielogodzinnych debat zakończonych fiaskiem, bo to często mistrzowie „bezpuentowych” opowieści, a nie dzielę ich w tej ocenie na koalicję i opozycję. Tyle, że tu nie chodzi o emocje, tylko czyste wyrachowanie pani prezydent, bo radnych ochrzaniła czytając z kartki, czyli mało spontanicznie, za to w ramach kiepsko wyreżyserowanego spektaklu…

Ale w porządku. Załóżmy, że prezydent w ocenie radnych opozycji ma tylko rację. Że ich „serca i umysły paraliżuje strach przed utratą stanowisk i porażką w wyborach”, że „nieustannie straszą łodzian”, że „urządzają polityczne igrzyska” itd. Mam wobec tego pytanie, dlaczego prezydent się w tej sytuacji odwraca i wychodzi z sali? To jakieś pęknięcie logiki, bo skoro już ustaliła, że „oni” są nieodpowiedzialni, że „jedyne, czego łodzianie muszą się dziś obawiać to decyzji podejmowanych przez większość radnych”, to czy odpowiedzialny prezydent miasta wychodzi z sali? Czy prezydent nie powinna starać się chronić tych łodzian, tak, tych na których się powołuje przed decyzjami „większości radnych”? Wyjście z sali to pokazanie strategii środkowego palca, czyli odpowiedzenie tym samym, czym raczy ją opozycja. Ale prezydent od siebie powinna wymagać czegoś innego, łodzianie od niej także.

„Walczę o Łódź i nie poddam się bez względu na okoliczności” – to cytat z przedwyborczego bloga Hanny Zdanowskiej.No i gdzie ta walka? Widać jednak nie brała wtedy pod uwagę wszystkich okoliczności. Widać „walczyć” było łatwo, gdy była większość wśród radnych, a teraz to „polityczny teatr”. Nie raz już pisałem, że prezydent za utratę większości sama jest sobie winna. Ale teraz do wprowadzenia w życie swego hasła z wyborów warunki ma idealne. Czego by nie powiedzieć o tej radzie najgorszego, konstatacja zawsze i tak będzie taka, że to jednak mieści się w granicach demokracji, choć te warunki to jedno, a ocena radnych to drugie.

Poza tym, czy pani prezydent sama czasem polityki nie uprawia? Powiedzieć komuś, że jest nieodpowiedzialny po czym wyjść z sali to podobna nieodpowiedzialność. Złomotać radnych nawet ja potrafię, choć bez satysfakcji, a poza tym ja swoim wyborcom nic nie obiecywałem, bo ich nie mam. Jeśli prezydent jest lepsza, a przecież tak powiedziała, i odpowiedzialna, to niech nie wychodzi z sali, tylko walczy, jak obiecała. Niech tłumaczy, proponuje, będzie kompromisowa mimo zaprzaństwa opozycji. Niech gryzie trawę, bo inaczej ludzie jej nie uwierzą. Ja nie wierzę. Wierzę tylko w to, że zależało jej jedynie na tym, by ludzie przeczytali to efektowne w swej prostocie oświadczenie rozesłane do mediów, które lud ma odczytać tak, że „ja chcę dobrze, a oni źle”. I jak się to ma do jej hasła „Walczmy o Łódź” i „nie poddam się bez względu na okoliczności”? Dziś to hasło brzmi „do widzenia”.

PS Spektakl reżyserowi jednak wydostał się spod kontroli, gdyż zwęszono, że Pani prezydent po wyjściu z sesji udała się wprost na sushi. Nie żebym zabraniał przerwy obiadowej, należy się. Może tym samym prezydent kupi elektorat mniejszości japońskiej w Łodzi, ale „wyborczo” bardziej opłacałyby się flaki, schabowy albo bigos.

Wszelkich niedorzeczności życzę w tę Wielkanoc, albowiem na poważnie – jak już wielu przywykło – przeżyć się Rzeczpospolitej rzeczywistości bez szwanku na rozumie po prostu nie da.

Oczywiście jest coś masochistycznego w takich życzeniach, ponieważ niedorzeczność mamy na co dzień, nie tylko od święta. Weźmy taką Łódź, gdzie niewiele rzeczy wychodzi tak, jak jest zapowiadanych. Prezydent miasta wie jak wyciągnąć od mieszkańców o 26 mln zł więcej na odbiór śmieci, ale nie wie jak oddać. Ze sztandarowej inwestycji pod hasłem „trasa W-Z” ginie jeden tunel żeby było taniej, a w rezultacie i tak wychodzi na tyle drożej, że więcej dokładać musi państwo. A instytucja, która tę inwestycje nadzoruje odkryła w sobie pasję kręcenia filmów po 4 tys. zł za sztukę. Piękne, odnowione kamienice z odmalowanymi na biało fasadami za parę lat będą czarne, bo jakoś brak jest refleksji, że każda rewitalizacja winna nieść za sobą likwidację pieca opalanego węglem. Brama Miasta najpierw miała przypominać trybunę ze sprężynami, a teraz jest podobna do transformersa z luster… Może akurat ten przykład dobry nie jest, bo i jedno i drugie urąga poczuciu estetyki, a poeta przecież pisał, że „(…) estetyka może być pomocna w życiu”. Marszałek województwa nie jest wściekły na urzędnika, który wypuszcza pismo z którego wynika, że urząd przyjaźni się z administracją Łukaszenki i dlatego nie wspiera białoruskiej opozycji. Jest za to wściekły na publicystę, który to zauważył i dziennikarza, który o tym napisał. Jak za PRL, gdzie wszystko po cichutku zamiatano pod dywan.

Właśnie, tylko sza… O tym wszystkim nie można mówić, nie można pisać, bo ten kto to robi „jest malkontentem”, albo „chce powrotu Kropiwnickiego”. O łódzkich absurdach można by powieść napisać w niejednym zresztą tomie. Ale daruję to sobie poprzestając na życzeniach spokojnych tych świąt, oczywiście w swej niedorzeczności. Ludziom. Bo politykom spokoju nie życzę. Spokój zabija wyobraźnię i to w świętach jest cenne, natomiast chaos to jest bardzo kreatywna rzecz, ale z tej prawdy polityków trzeba wykluczyć. Paradoks polega tylko na tym, że politycy tym zazwyczaj niekreatywnym chaosem karmią nas bez względu na to, czy mamy czas sacrum, czy też przaśnej codzienności, a spokoju zapewnić – ni cholery, nie potrafią. Im życzę tylko spokojnej refleksji. Mamy przecież rok wyborczy i niech dla niektórych już ta Wielkanoc symbolizująca przecież śmierć i cud powrotu do życia, będzie chwilą do ogarnięcia, że może tym razem po wyborach cudu powrotu do życia (oczywiście publicznego) już nie będzie… Alleluja.

Poseł Małgorzata Niemczyk (PO) wywinęła się od 100 zł mandatu i punktu karnego za parkowanie na zakazie. Jak tłumaczy: „miała ciężkie rzeczy do przeniesienia, a wjazd do kamienicy w której ma biuro był zablokowany”. Usłużni strażnicy zdjęli blokadę z koła bez szemrania, przecież postępowania wobec chronionego immunitetem wybrańca narodu wszczynać nie można. Ale byli tacy posłowie co płacili, nie zasłaniając się immunitetem…

Do marszałek Sejmu w tej sprawie ma być przekazana notatka służbowa. Tylko notatka? Cóż za zmiana polityki straży miejskiej… Pamiętam jakie jej poprzedni komendant, Dariusz Grzybowski, prowadził wojny z posłem Janem Tomaszewskim (PiS), który notorycznie parkował na zakazie migając strażnikom przed oczyma immunitetem. – Powinien respektować prawo i zapłacić mandat. Informacje o niezapłaconym mandacie posła przesłałem do marszałka Sejmu – mówił wtedy Grzybowski.

„O nie zapłaconym mandacie” – tak brzmiał fragment notatki do Sejmu. Tymczasem co do niewłaściwego parkowania posłanki Niemczyk, ten fragment jak czytam w „DŁ”, ma brzmieć: „wyślemy informację o tej sytuacji”. Cóż, nowy szef straży miejskiej Zbigniew Kuleta wedle zaleceń prezydent Hanny Zdanowskiej miał zadbać, by strażnicy częściej pouczali niż karali mandatami. Tyle tylko, że to niepisane prawo „przytulania” dotyczy póki co przyjaciółki pani prezydent, bo wszyscy, którzy zaparkowali niewłaściwie auta obok jej samochodu, za zdjęcie blokad będą ukarani.

Prawo to jedno, ale jego duch drugie. Przypominam ten wyświechtany slogan dlatego, że nawet uchodzący za bufona poseł, a dziś minister Andrzej Biernat (PO) wyciągnął sto złotych i dał się ukarać punktem karnym za parkowanie na Piotrkowskiej. Zapłacił dopiero po publikacji „Dziennika Łódzkiego”, bo strażnicy „nie zauważyli” jego sporego auta parkującego przy Piotrkowskiej 104, ale zapłacił. Ba, blokadę założono też posłowi Jarosławowi Stolarczykowi (PO), mimo, że za szybą miał informację, że jest posłem. Po publikacji „DŁ”, ale jednak zapłacił, powiedział nawet, że „nie ma świętych krów” …

Otóż są. Pani poseł okazała się małostkowa, posiadanie immunitetu i bywanie na Wiejskiej może przecież zwiotczyć morale. Ale komendant straży winien to morale posiadać i domagać się mimo wszystko zapłacenia mandatu, skoro jest precedens. To pewnie cytat na wyrost, ale to „wcale nie powinno wymagać wielkiego charakteru”, bo „to sprawa smaku. Tak, smaku”. Zobaczymy, czy nowy komendant go ma.

PS. I jeszcze jedno: tak mi się wydaje, że film ze zdejmowania blokady i okazywania immunitetu przez panią posłankę, który pokazuje kontakt24, został nakręcony z okien biura PSL. Zapewne w ramach transparentności i koalicyjnej przyjaźni PO-PSL. Mieczysław Łuczak, szef PSL w Łódzkiem też kiedyś dostał za parkowanie w niewłaściwym miejscu tylko pouczenie…

Z zajezdni na Telefonicznej ukradli tramwaj i to jest dobra wiadomość. Dobra, bo Łódź w skali kraju takiej promocji jeszcze nie miała. I to darmowej, żadne tam miliony na billboardy w innych miastach. Korzysta też Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacji. Cały kraj tę nazwę kojarzy już z tym, że nie potrafią tramwaju upilnować, a nie z tym, że pijany motorniczy trzy miesiące temu zabił trzy kobiety. Kradzież jest zdecydowanie korzystniej kojarzona.

Dlatego nie do końca rozumiem oburzenie prezesa MPK, Zbigniewa Papierskiego, który zasugerował m.in., że śmieje się z MPK cała Polska oraz, że „takim żartom mówimy stanowcze nie”. To lepiej, żeby cała Polska się nie śmiała, tylko przypominała, że motorniczy po pijanemu zabił trzy kobiety? A na twardy komunikat, że „takim żartom mówimy nie” o tę jedną kradzież jest już za późno, bo brzmi groteskowo i de facto oznacza, iż prezes dotąd mówił „tak”, skoro jednak tramwaj uprowadzono. News się w kraju spodobał, podbił ogólnopolskie serwisy i portale społecznościowe, bo to przecież nie kradzież auta spod bloku, tylko tramwaju ze strzeżonej zajezdni. A tramwajem nie pohulasz po polach, pojedziesz tylko tam gdzie są tory i to jest ta wartość dodana. Poza tym ów news swą magią przykrył inne, myślę, że bardziej przykre, choćby o zwolnieniach kolejnych pracowników nakrytych na pijaństwie. A łodzianie znów spektakularnie dali popis swej kreatywności. Taki kawał słyszałem, że tu wcale nie o kradzież chodziło, tylko testowanie nowatorskiego projektu tramwaju miejskiego: bierzesz tramwaj na jednym końcu Łodzi, jedziesz nim tam gdzie masz interes, a tory pozwalają, po czym zostawiasz na pętli dla następnego chętnego. Na identycznej zasadzie jak działa rower miejski.

Jedną z hipotez śledczych (a propos, śledztwo prowadzi wydział do walki z przestępczością samochodową KMP w Łodzi, stąd są już komentarze, by powołać wydział ds. przestępczości tramwajowej) jest ta, że na kradzież porwał się „gang portierów”, czyli pracowników MPK, których miejsce zajęła agencja ochrony. Ta kradzież niby miała być takim prztyczkiem w nos prezesa, by wzbudzić w nim refleksję, że jednak prywatna firma jest gorsza od swoich, co spółkę znają na wylot. Na wylot znają też chyba łodzianie, bo w tej sprawie sympatia opinii publicznej jest raczej po stronie tych, co tramwaj uprowadzili, a nie tych, którym go uprowadzono. Prezes Papierski zwolnił już firmę, która ochrania zajezdnię, bo „zawinił czynnik ludzki”. Tyle tylko, że tak samo winna jest ekipa MPK, bo nikt z zajezdni brakującego składu nie zauważył. Zauważyła go dopiero motornicza na trasie. A to tak, jakby asystent powiedział prezesowi, że od dwóch dni do pracy nie przychodzi jego sekretarka. Kradzież będzie zatem cenną lekcją szczelności procedur w MPK, albo po prostu zwracania uwagi na majątek miasta.

Prezes Papierski obiecał 5 tys. nagrody za wskazanie sprawcy. Sporo jak na spółkę, której się nie przelewa, ale przecież chodzi o odzyskanie twarzy, co jest zadaniem i tak karkołomnym. Ale pieniądze są, skoro MPK oszczędziło prawie 250 tys. zł. na tym, że zajezdnie ochrania prywatna spółka. MPK oszczędziło. Ale teraz nikt nie oszczędza MPK.