Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Kto żyw, a przeciw prezydent Łodzi, rzucił się dobijać Zarząd Dróg i Transportu. Powód? Przetarg na kolejne etapy trasy W-Z niedoszacowany o jedyne 114 mln zł. Tyle brakuje, by wybrać najtańszą ofertę. I po co ta krytyka, skoro ZDiT zanotował w szacunkach niesamowity „postęp”?

Nie godzi się, bo przecież ZDiT, który często bywa określany nie instytucją, a stanem umysłu zaczyna udowadniać, iż coraz bliżej mu do rzeczywistości. Jakby nie spojrzeć na te 114 mln zł to jest to pomyłka o 37 proc. w skali tej części zadania, a 18 proc. w skali całej inwestycji. Tymczasem dwa lata temu, gdy na panewce spalił pierwszy przetarg urzędnicy ZDiT pomylili się aż o 50 proc. bo do najtańszej oferty zabrakło połowy, czyli 160 mln zł. Pomylić się o jedną piątą w sytuacji, gdy się niedawno mylono o połowę? Tylko wyjątkowy antytalent matematyczny nie przyzna, że ZDiT notuje postęp.

Los jest jednak okrutnie ironiczny, bo zabrakło akurat na części „boczne” inwestycji, których nikt nie kwestionował, w przeciwieństwie do tunelu, akceptowanego chyba tylko przez urzędników i radnych prezydent Hanny Zdanowskiej, bo inaczej im nie wypada. Państwo ma dopłacić, jak zapewniają urzędnicy, i to nawet nie 114 mln zł, a blisko 150 mln zł, by rząd PO uratował nie tyle inwestycję, ile własną prezydent Łodzi w roku wyborczym. Wniosek złożono jeszcze przed otwarciem ofert, co jest kolejnym dowodem na postępy w ZDiT, tym razem z pogranicza magii odczytywania liczb przez zalakowane koperty. I wszyscy, głównie z PO, czują się rozgrzeszeni, bo to nie łódzkie pieniądze, tylko z UE. Cóż z tego, skoro aż w dołku ściska, że WuZetka, na którą początkowo było 160 mln zł, kosztuje już blisko 750 mln zł, choć po części jest po prostu niestrawna.

Radny Tomasz Kacprzak (PO) napisał ostatnio, że o zasadności tej inwestycji zdecydowali łodzianie, bo 66 proc. w konsultacjach społecznych wybrało taki właśnie wariant. Wolnego, przypomnę co tak naprawdę wybrali łodzianie na podstawie opisu ze strony ZDiT: „(…)przewidziano budowę odcinków jezdni równoległych do torów w drugim (dolnym) poziomie, w tunelach oraz w murach oporowych. Są to odcinki następujące po sobie w al.Mickiewicza i al.Piłsudskiego od rejonu ul.Wólczańskiej do ul.Sienkiewicza o długości około o 1020m (stanowiący wydłużenie już istniejącego odcinka w drugim poziomie między ul. Łąkową a ul.Wólczańską długości około 500m) oraz od ul.Kilińskiego do ul.Wysokiej o długości 720 m.”. Taki właśnie wariant wybrali łodzianie: słowo tunel pada tu w liczbie mnogiej i kończy się na wysokości ul. Wysokiej, a nie ul. Kilińskiego, jak to budowane jest właśnie dziś, z wyjazdem z tunelu prosto na czerwone światło. Luki w pamięci, albo zwykła manipulacja.

Radny Kacprzak zauważył też broniąc nagłego wzrostu wartości trasy W-Z , że Atlas Arena okazała się inwestycją o wiele droższą niż zakładano, a „dziś jest oceniana jako jedna z lepszych inwestycji”. „Jedne z lepszych” to są tam koncerty, bo do AA trzeba rocznie po parę milionów dorzucać, albo zwalniać czynszu. A była droższa, bo był wówczas boom na materiały budowlane. Na co boom mamy teraz, że tak droga staje się trasa W-Z? Boom na szastanie kasą, by ratować prezydent Zdanowską?

I jeszcze jedno. Zapewne niedługo znów nad Łodzi pojawi się dron, by nakręcić kolejny „niesamowity”, czterominutowy clip za 4 tys. zł na temat budowy trasy W-Z. Urzędnicy jego powstanie tłumaczyli m.in. tym, że to wymogi unijne obligują ich do takich produkcji, stąd wiele było w nich liczb. Dziś już nieaktualnych. Bo im ten miś droższy, to… koniaczek? Stać nas. Europa stawia.

Raz się mogła na coś przydać Łódzka Spółka Infrastrukturalna. Ta przechowalnia partyjnych działaczy chciała wyremontować ponadstuletnią, popadającą w ruinę willę Edwarda Henschela i się do niej przeprowadzić. Nic z tego, nie przyda się ŁSI. Na remont nie zgodzili się radni opozycji: SLD, PiS i Łódź 2020.

ŁSI chciała zainwestować ponad 3,5 mln zł w remont, bo własnego lokum nie ma, a za wynajem płaci pół mln zł. rocznie. Szef klubu SLD Tomasz Trela stwierdził, że „to budowanie pałacu dla urzędników”, co jest szalenie intrygującym zdaniem, bo nie słyszałem jego oburzenia, gdy się okazało, że Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, buduje nową siedzibę za 15 mln zł. Może dlatego, że on sam tam pracuje.

Funduszem co prawda nie rządzi SLD, tylko PO i PSL, jednak dla przyzwoitości mógł pan radny oponować, skoro irytują go pałace dla urzędników. Inwestycja Funduszu mimo, że ma być pełną eko-bajerów, jest tym sensie najgłupszą w ostatnich latach, że nie próbowano znaleźć czegoś do rewitalizacji w okolicach śródmieścia, gdzie jest w czym wybierać. To mogłaby być nawet willa Henschela. Fundusz jednak postawi sobie pałac, bo nie ma lokum na własność, płaci więc za wynajem. Brzmi znajomo? Poza tym te 15 mln zł Fundusz wyrzuca w błoto wbrew strategii przestrzennej Łodzi, bo okolice Technoparku, gdzie ów ekopałac stanie, to obszar poza koleją obwodową.

Jak dla mnie winno być właśnie tak, że to samorządowe synekury prezydent Łodzi czy marszałka województwa, powinny się angażować w proces rewitalizacji zdegenerowanej tkanki miasta, gdy jest ku temu okazja. Dysponują publicznymi pieniędzmi i może dzięki temu nie wszystko wydadzą na premie i nagrody dla samych siebie. Gdy marszałkowska Łódzka Agencja Rozwoju Regionalnego jęła się przeprowadzać do zabytkowej willi przy ul. Narutowicza, na której remont pożyczyła 10 mln zł, nikt z sejmikowych radnych SLD nie zadał nawet pytania. Ale radnym SLD z miasta przeszkadza 3,5 mln zł, które ŁSI chce wydać na remont willi Henschela. Tak wiem, „budżet Łodzi jest w tragicznej sytuacji finansowej, a ŁSI nie zajmuje się rewitalizacją” – głosi cała opozycja. A skoro tak, to trudno o bardziej demagogiczny argument. Te 3,5 mln zł zostałoby w mieście na inną kamienicę, taką z lokatorami, mieszkańcami Łodzi, o których SLD mówi, że „jest tak blisko nich”, a zainwestowane pieniądze zwróciły by się ŁSI w 7 lat.

Niestety, spółka nadal będzie wyrzucać na wynajem, czyli w błoto po pół miliona rocznie. Nie wierzę, że radni opozycji są takimi głupcami. Oni liczyć umieją, tylko zamiast liczenia kalkulują. W słowach Tomasza Treli pobrzmiewał tak wyborczy, antyurzęniczy ton, jakby on sam urzędnikiem nie był, a wśród tych, którzy mieli się przeprowadzić do „pałacu”, nie było czynnych działaczy SLD, w tym radnego tej partii Jarosława Bergera.

Tę willę należy wyremontować bez zbędnej zwłoki. Nie tylko dlatego, że to zabytek, ale również część Łodzi filmowej. Juliusz Machulski kręcił w niej „Kingsajz”. To w tym filmie padło słynne: „Popowiększali się i w dupach się poprzewracało! Proszę nie agitować w stołówce!”. Cóż za ironia. Aktualna dziś nawet bardziej niż wtedy. I tak świetnie definiująca fenomen opozycji w niektórych głosowaniach po tym cudownym powiększeniu.

Koledzy z PO z byłymi kolegami z PO, czyli opozycyjnym klubem Łódź 2012 niebawem zaczną się chyba targać za włosy i policzkować. Póki co konflikt wszedł w fazę stosowania argumentów bytowych, czyli zwalniania z pracy. Wypowiedzenie w jednej z miejskich spółek dostał radny Łódź 2020 Sebastian Tylman, jego małżonkę wyrzucono zaś z innej miejskiej spółki. Cóż, pan radny sam jest sobie winien…

Bo też i sam radny wskazuje na kontekst polityczny zwolnień, albowiem krytykował prezydent Łodzi. Ależ oczywiście, że to polityka, bo gdyby radny politykiem nie był, nie dostałby też roboty w miejskiej spółce. Można się zastanawiać, czy administracja prezydent Hanny Zdanowskiej (PO) upadła już tak nisko, by za wybory polityczne męża, karać nie tylko jego, ale i małżonkę. Można, tyle że ten upadek ma o wiele starszy korzeń, i nie jest tylko cechą administracji prezydent Zdanowskiej. Tak robili także jej poprzednicy. Problemem nie jest zwalnianie radnych i ich rodzin, tylko patologiczny system ich zatrudniania. Gdyby PO straciła władzę, a nowe rozdanie raczyłoby być konsekwentne tak jak PO w sprawie Tylmanów, zapewne bezrobocie w Łodzi by nieco by wzrosło. Pisaliśmy o tym nie raz: córka radnego PO Jana Mędrzaka w ZDiI, w MPK brat radnego PO Adama Wieczorka, tato radnego Tomasza Kacprzaka (PO) w radzie nadzorczej MTŁ, w MOSiR syn posłanki PO Elżbiety Królikowskiej – Kińskiej, w radzie nadzorczej GOŚ brat posła Stefana Niesiołowskiego, a w MPK jego zięć… Że może kompetentni? Że niektórzy tam od lat? Sama Julia Pitera, też z PO, powiedziałaby, że to nepotyzm.

Władza lubi przecież zatrudniać radnych i ich bliskich nie tylko po to, by im ulżyć finansowo w ciężkich czasach, ale kupić sobie ich lojalność, a często to jest też warunek, który stawiają sami radni wedle czytelnej i tradycyjnej zasady „Teraz Kurwa My”. Dla władzy to typ polisy ubezpieczeniowej na wypadek gdyby radny urwał się ze smyczy i zaczął ujadać. Zabiera się takiemu miskę. I Tylmanowi, kiedyś politykowi PO, a teraz wrażej Łodzi 2020, właśnie ją odebrano. W Radzie Miejskiej kamedułów bosych nie ma. Tych, których można odebraniem miski postraszyć jest wielu: dziesięcioro radnych pracuje w spółkach miejskich lub innych instytucjach podległych prezydent Łodzi. W zaprzyjaźnionej administracji marszałka z PO kolejnych ośmioro, a u wojewody (który podlega premierowi z PO) i instytucjach, które nadzoruje – następna czwórka. Czyli ponad połowa łódzkich radnych pobiera diety, a poza nimi i tak zarabia z pieniędzy podatników. To nie tylko radni PO, także PiS, SLD czy TR, a radni Łódź 2020 pracują tylko i wyłącznie w spółkach bądź w administracji wojewody. Sam radny Bartosz Domaszewicz (PO) w swej niedługiej przecież karierze politycznej zwiedził ze cztery instytucje: skarbu państwa, samorządu miejskiego i wojewódzkiego. W podległym marszałkowi Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej działa kolonia Rady Miejskiej: pracuje tam aż pięcioro radnych miejskich. Od biedy mogliby organizować komisje bez wychodzenia z pracy…

A zwolnić radnych nie można, bo zazwyczaj trzeba na to zgody Rady Miejskiej, czyli ich samych. Radny Tylman to wyjątek, bo pracował na kontrakcie, który można wypowiedzieć w każdej chwili. I to zrobiono, także po to, by pogrozić palcem innym radnym. Zabawne, ale dziś w Łodzi jest jak za premiera Cyrankiewicza: kto na władzę rękę podnosi, temu władza tę rękę odrąbuje. Ale de facto radny Tylman pretensje winien mieć tylko do siebie. Gdyby nie wchodził w ten patologiczny układ, mógłby dziś na prezydent Zdanowską złorzeczyć dzień i noc bez obaw o przelew co miesiąc.

Z chęcią przyjmę przydomek i funkcję lokalnego idioty, jeśli ta patologia z zatrudnianiem radnych na majątku własnej gminy kiedyś się skończy, bo system TKM wychodzi Łodzi bokiem. Niestety wątpię, czy takie czasy nadejdą, bo ta patologia rośnie razem z samorządem.

Na deser zaktualizowana lista radnych, którzy pracują na koszt podatnika, choć oczywiście nie wszyscy etaty zawdzięczają polityce. Od marca 2013 r., czyli ostatniej aktualizacji, trochę się zmieniło.

Platforma Obywatelska

Joanna Budzińska (WFOŚiGW)
Paweł Bliźniuk (ŁSI)
Adam Wieczorek (Urząd Marszałkowski)
Bartosz Domaszewicz (WFOŚiGW)
Jan Mędrzak (MPK)
Tomasz Kacprzak (WORD)
Andrzej Kaczorowski (WUP)
Magdalena Parulska (WFOŚiGW)
Karolina Kępka (WFOŚiGW)

Łódź 2020

Sebastian Tylman (na wypowiedzeniu w MAKiS Atlas Arena)
Jacek Borkowski (WTBS)
Łukasz Magin (MPO)
Iwona Boberska (Łódzki Urząd Wojewódzki)
Joanna Kopcińska (Powiatowa Stacja Sanitarno – Epidemiologiczna)
Grażyna Gumińska (Zespół Ekonomiczno – Administracyjny Szkół w Łodzi)
Wiesława Zewald (ŁUW)

Twój Ruch

Anna Adamska – Makowska (ZDiT

SLD

Tomasz Trela (WFOŚiGW)
Jarosław Berger (ŁSI)
Władysław Skwarka (PFRON)
Ewa Majchrzak (Bałucki Ośrodek Kultury „Lutnia”)

PiS

Bożenna Jędrzejczak (Teatr Nowy)

Niezrzeszeni

Witold Rosset – EC1

„W Urzędzie Miasta Łodzi i jednostkach podległych pracuje aż 125 osób na stanowiskach kierowniczych, które dostały pracę bez konkursu. Pracują jako kierownicy pełniący obowiązki” – alarmuje prasa. Cóż, zupełnie się nie dziwię tej strategii prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej. Przecież ogłoszenie konkursu na wolne stanowisko kierownicze oznaczałoby pogodzenie się z ryzykiem, że ktoś się o tym konkursie dowie. Ktoś poza osobą, która ma ów konkurs wygrać.

Nie ogłaszanie konkursu i zatrudnienie „swojego” z dopiskiem p.o przed funkcją jest w Łodzi pociągnięciem czysto humanitarnym. Weźmy sytuację, kiedy konkurs jest po bożemu ogłoszony, napływają aplikacje kandydatów młodych, wykształconych, rzutkich, operatywnych oraz kreatywnych, które konkurs przegrywają, albowiem wygrywa go „swój”. Ten młody, wykształcony, rzutki i kreatywny może po rozmowie z komisją konkursową stracić wiarę swą młodość, wykształcenie, rzutkość i kreatywność. Lepiej żeby nie tracił czasu na pisanie CV i listu motywacyjnego i nie chadzał po magistracie tracąc czas, bo urząd złudzeń go pozbawi. Niech by od razu wziął robotę w jakimś call center.

Bo magistrat doświadczenia z konkursami na stanowiska kierownicze ma różne. Rozpisywano takie na początku kadencji prezydent Zdanowskiej i wygrywali je urzędnicy, którzy już w urzędzie pracowali, konkretnie od czasu objęcia przez nią władzy, jak np. dyrektorzy Mariusz Goss, czy Bartłomiej Wojdak. Bo kto inny miał wygrać konkurs na te stanowiska jeśli nie oni, skoro już je mieli. Cóż, dosyć białoruska to transparentność i być może dlatego z niej zrezygnowano.

Ale konkurs to jest przecież procedura czasochłonna, kosztowna, a często jest źródłem innych problemów, jak choćby takie, że ten który ma wygrać, czasem nie jest w stanie. Tak było choćby w ZWiK, gdzie prezydent uparła się na wymianę prezesa. Romuald Bosakowski startował w konkursie na prezesa ZWiK już w październiku 2012 r., a jako, że konkursu nie wygrał, rada nadzorcza go unieważniła. Kilka miesięcy później, w marcu 2013 r. problemu już nie było. Poduczył się i wygrał. Miłosierna rada nadzorcza transparentnie zaczekała.

Informację o tych 125 osobach bez konkursu wyciągnęli radni opozycyjnego klubu Łódź 2020. Nie ma się co zatem dziwić, że w poniedziałek raczył ich skrytykować senator Maciej Grubski z PO. Były szef Rady Miejskiej powiada, że zamówił w urzędzie statystyki, które powiedzą, ile osób bez konkursu zatrudnił Łukasz Magin, lider Łódź 2020, a w 2010 r. wiceprezydent Łodzi. Przecież Magin jako wiceprezydent i członek PO budził wtedy swą polityką kadrową takie emocje, że Tomasz Kacprzak, ówczesny szef Rady Miejskiej nie omieszkał nawet stwierdzić, że to „kurestwo” i powinien Magin za to „do Zgierza wracać kozy pasać”, bo nie konsultował swych decyzji z partią. A teraz z urzędowych wyliczeń, które przedstawił Grubski wyszło, że Magin odchodząc z urzędu zostawił ponad 60 osób z przedrostkiem p.o. Sporo, ale…

Ale Magin był wiceprezydentem w zarządzie komisarycznym, czyli tymczasowym i gdyby zatrudniał inaczej niż w formule „pełniących obowiązki”, zapewne dziś organizowano by konferencje prasowe pod zarzutem, że dał swoim robotę do końca życia. Prezydent Zdanowskiej nie wybrano zaś tymczasowo. Jeśli zatem senator Grubski ma teraz poczucie, że pokazał głupotę i hipokryzję Magina, to przestrzegam, że sam się również może poczuć jak idiota. Przecież sama prezydent Zdanowska powiada, że formuła „pełniącego obowiązki” pozwala jej nie otaczać się ludźmi przypadkowymi, czyli de facto z konkursu, a jej urzędnicy dodają, że „pełniącego obowiązki” łatwiej zwolnić, gdy okazuje się niekompetentnym. W istocie Grubski winien zatem podziękować Maginowi za jego politykę kadrową, a nie krytykować. Zdanowska też. Pewnie ma tego świadomość, dlatego lepiej było w roli umyślnego, który skrytykuje Magina wystawić kogoś spoza urzędu. Na przykład zawsze użytecznego senatora Grubskiego.

Nie będzie następcy wiceprezydenta Radosława Stępnia, który odchodzi do zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. Jego kompetencje przejmie trójka pozostałych wiceprezydentów, a Łódź zaoszczędzi 250 tys. zł. Cóż, to wzruszający i odpowiedzialny gest prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej. A jako, że mamy rok wyborczy, jest to także gest czysto piarowski

Można sobie przecież pomyśleć, że skoro kompetencje jednego można bez problemu rozdzielić między trójkę wiceprezydentów, to trzeba było zrobić to samo dwa lata temu, zamiast powoływać Radosława Stępnia. Oszczędności byłyby jeszcze większe. Można sobie także pomyśleć, że prezydent poszła na to z konieczności, bo na fuchę po Stępniu nie było chętnych. Weźmy tylko nadzór nad rozkopanymi drogami, w sytuacji kiedy jest rok wyborczy… Żaden polityk PO teraz by tego nie wziął, bo przy urnach wysadzono by go w powietrze. Żaden urzędnik chyba też, bo rozliczyliby go politycy, ci z PO też. Drogi i nadzór nad dysfunkcyjnym Zarządem Dróg i Transportu dostał więc wiceprezydent Marek Cieślak. Można sobie zatem pomyśleć, że tylko on ma charyzmę by to ogarnąć, ale też trzeba zauważyć, że z całej trójki wiceprezydentów ma politycznie najmniej do stracenia. Nie mieszka w Łodzi, zatem nie wystartuje do Rady Miejskiej, a pozostała dwójka wiceprezydentów to zrobi.
Swoją drogą wyobrażam sobie, jaka szamotanina musi trwać teraz w ZDiT. Przecież to Cieślak jest autorem bon motu „Spieszmy się kochać dyrektorów ZDiT, tak szybko odchodzą”.

Oszczędności płynące z niepowoływania następcy Stępnia mają sięgnąć 250 tys. zł do końca kadencji. Administracja prezydent Zdanowskiej, a także PO, chce przez to powiedzieć, że dba o każdą publiczną złotówkę. Ale zaledwie dobę wcześniej ta sama administracja, i ta sama PO, była gotowa organizować wartą 200 tys. zł imprezę na zakończenie remontu Piotrkowskiej. Gdyby ktoś nie zauważył, jest to także ta sama administracja, i ta sama PO, która od sesji budżetowej lamentuje, że radni zabrali jej pieniądze i nie ma nawet na ogłoszenia w prasie. Czyli na imprezę pieniądze wyszperać można, a na ogłoszenia nie, bo tym zawsze można kopnąć opozycję. Dlatego komunikat, że to także oszczędności były argumentem za niepowoływaniem kolejnego wiceprezydenta jest wyjątkowo naiwny i niewiarygodny. Za to brzmi bardzo sexy.