Warszawsko – łódzki ping-pong dziennikarski

Kategorie: Blog Marcina Dardy

Narodził się nowy sport: warszawsko-łódzki ping-pong dziennikarski. Polega na tym, że warszawski dziennikarz „Gazety Wyborczej” pisze tekst stygmatyzujący Łódź, a łódzcy dziennikarze tego samego tytułu odbijają piłeczkę. Albo go „miażdżą”, jak można przeczytać w komentarzach.

Mnie bardzo cieszy, że łódzcy koledzy tych warszawskich „miażdżą”, a konkretniejszą i bardziej efektowną argumentacją obalają znane mity, bo Łódź jest najważniejsza. Ten nowy sport jest bardzo cenny, jak każda zresztą dyskusja. Ma tylko jedną, za to kluczową wadę: te pisane w Warszawie teksty o „Łodzi przeklętej” czyta cała Polska, a odpowiedź, czyli to łódzkie „miażdżenie”, publikowane jest tylko w Łodzi. Co to daje? A no tylko to, że znów rozpętuje się piekło, a o postrzeganiu Łodzi na zewnątrz dyskutuje tylko jej wnętrze. „Dzieci w beczkach”, „łowcy skór”, „pijany motorniczy” latają po całym kraju, a sensowne kontrargumenty są czytane tylko w Łodzi. Tak właśnie utrwala się stereotyp. Piłeczki bite z Warszawy są mocno podkręcone, a te odbijane w Łodzi mocniejsze, ale odbijają się od siatki.

Tymczasem jest to ostatnie miejsce w którym tego typu dyskusje winny być rozpętywane, bo Łódź o sobie zdanie ma już ugruntowane: ci, którzy widzą i wierzą, że „podnosi się z kolan” nie muszą być do tego przekonywani. Natomiast tych, którzy widzą i wierzą, że nad tym miastem „wisi klątwa” nic raczej od tej opinii nie odciągnie… O wizerunku Łodzi trzeba teraz rozmawiać poza nią. Tymczasem to właśnie do Łodzi zaproszono Michała Matysa, byłego łodzianina, autora „miasta przeklętego”, podczas gdy sens leży w tym, by on się nie tłumaczył ze swych mrocznych refleksji przed łodzianami, tylko przed resztą kraju.

Zresztą udział w tym czarnym PR dla Łodzi mają nie tylko dziennikarze spoza niej, bo grzeszą i lokalni, niemal ze wszystkich mediów. Ludzie przecież mordują się wszędzie, ale gdy morderstwo ma miejsce na Piotrkowskiej, w Polskę idzie news okraszony komentarzem nadającym zbrodni „cechy łódzkie”, bo „znów ta Łódź”. Tymczasem niedługo przed tym zeszłorocznym, wstrząsającym morderstwem na Piotrkowskiej, w biały dzień pod okiem kamer monitoringu zakatowano na śmierć człowieka w centrum Berlina, podobna historia zdarzyła się w londyńskim metrze. Morderców nie schwytano do dziś. No i co z tego, że „w tej Łodzi” morderca z Piotrkowskiej zakuty był w kajdanki już 12 godzin po zbrodni? Nic. Ważniejsze jest, że „znowu ta Łódź”…

Zadziwiające jest to, jak nie obrywa wizerunkowo Piotrków Trybunalski za to, że to stamtąd pochodzi i tam mordował Mariusz Trynkiewicz. Gdyby facet urodził się w Łodzi, wszystko byłoby jasne: połowę winy wytłumaczono by tożsamością miejsca jego narodzin.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.