Miesięczne archiwum: Luty 2014

Prawdziwa telenowela wychodzi z protestów przeciw postawieniu pomnika Lecha Kaczyńskiego w Łodzi. Podpisy za uchyleniem uchwały Rady Miejskiej zbiera już nie tylko Twój Ruch ale i Stowarzyszenie Młodzi Demokraci. A to już pachnie polityczną dulszczyzną.

Nie wiem, czy ci demokraci są zbyt młodzi i przez to zbyt naiwni, czy chcą po prostu zrobić z łodzian debili. Gdyby ktoś nie wiedział, Stowarzyszenie Młodzi Demokraci jest młodzieżówką Platformy Obywatelskiej, a zazwyczaj każdy kto w niej jest, jest również w PO. To jedna firma pod dwoma szyldami, bo przecież ich krajowy prezes Bartosz Domaszewicz to także radny PO w Łodzi.

Podpowiem zatem zacny pomysł juniorom z PO, by po honorowe pięć pierwszych podpisów udali się do tych kolegów radnych z PO, którzy wyszli przed głosowaniem w sprawie pomnika, by radni PiS pospołu z klubem Łódź 2020 mogli spokojnie przegłosować zgodę na pomnik w wyniku pewnego dealu, o którym już pisałem, a na którym skorzysta prezydent Hanna Zdanowska. Może i ona się podpisze? Przecież publicznie powiedziała, że jest przeciw temu pomnikowi, przynajmniej w roku wyborczym. Klub PO przez tę fałszywą taktykę de facto dał zgodę na ten pomnik, a dziś poprzez swoich juniorów testuje syndrom strażaka, który podpala, by potem jako pierwszy pojawić się na miejscu pożaru i odebrać medal. Ta polityczna dulszczyzna jest po prostu nie na miejscu, bo juniorzy PO jeśli już powinni protestować przeciw pomnikowi, to nie pod hasłem „nie chcemy fałszywych bohaterów” jak – słusznie czy nie – oceniają Lecha Kaczyńskiego. Na transparentach winno być hasło „nie chcemy fałszywej polityki PO”, bo do tego de facto sprowadza się problem przeciwników tego pomnika w Łodzi. Gdyby nie ich starsi koledzy z PO, nie musieli by dziś stać z transparentami. Głosów wystarczyłoby także do ominięcia klubu SLD, który w tej sprawie umył ręce, ale SLD przynajmniej nie odwraca dziś kota tym umęczonym ogonem protestując przeciw pomnikowi, jak to robi SMD/PO.

A że stoją z tymi transparentami to też inna sprawa, bo nie ma to jak próba mobilizacji elektoratu w roku wyborczym. To się zawsze opłaci. Nic nie sprawdza się tak dobrze, jak podsunięcie potencjalnemu wyborcy jakiejś kartki do podpisu z popularnym hasłem. Platforma gra dziś zatem na dwa fortepiany: głosowanie ustawia tak, by nie przeszkodzić w przepchnięciu pomnika, a na ulicach protestuje przeciw niemu. W efekcie mamy głośne „nie dla pomnika”, czyli hitowy temat zastępczy na rok wyborczy.

Gdyby nie zgoda radnych na budowę w Łodzi pomnika Lecha Kaczyńskiego, Łódź mogłaby zapomnieć o Krzysztofie Makowskim. Ten były polityk SLD, a teraz partii Palikota składa teraz pewnie w podzięce ręce do nieba za PiS, który go wskrzesił swą uchwałą o budowie pomnika byłego prezydenta.

Makowski i jego Ruch wzięli się do zbierania 6 tys. podpisów, aby uchylić decyzję o budowie pomnika. Idę o zakład, że były wojewoda sam będzie te podpisy zbierał, bo nic tak nie utrwala zainteresowania potencjalnego wyborcy jak uściśnięcie ręki i złożenie podpisu. A Makowski w tym roku w wyborach wystartuje po dwakroć, bo mamy przecież europejskie, a potem samorządowe. Przy okazji wzorowo ogrywa byłych kolegów z SLD, którzy na sesji podczas głosowania wniosku mogli być przeciw, ale „stanowisko mieli takie, że nie mieli stanowiska” – jak to obrazowo wyjaśnił szef klubu SLD Tomasz Trela. SLD w tej sprawie mocno lewicowy i antypisowski elektorat zawiodło odmawiając udziału w głosowaniu, a tłumacząc, że „ mieszkańcy Łodzi oczekują od radnych rozwiązywania ważniejszych problemów”. Argument niedorzeczny, bo jeśli rzeczywiście SLD ma takie przekonanie, to klub powinien podnieść ręce przeciw i zamknąć problem. Tyle, że tu chodziło o deal polityczny: lewica nie chciała ranić uczuć kolegów z PiS, bo ci potrzebni są do szachowania PO. Ten ostatni klub też gra ze swymi wyborcami w durnia nie mniej żenująco niż SLD: piątka radnych PO wyszła przed głosowaniem, tak aby PiS z klubem Łódź 2020 miały bezpieczną większość w głosowaniu za pomnikiem. Interes z tego taki, że w zamian PiS poparł 10 mln zł na remont ul. Inflanckiej, która ma być oddana przed wyborami. Będą zdjęcia do ulotek, setki przed kamerami, zdjęcia w gazetach pani prezydent i paru radnych.

PO była przeciw, SLD niby też, ale choć ten pomnik ma być zbudowany ze składek, to właśnie radni tych dwóch klubów znacznie się do niego dołożyli. Na tej hipokryzji PO, a w szczególności SLD, interes chce ubić Krzysztof Makowski, który przedstawi się jako jedyny prawdziwy lewicowiec w Łodzi. I może skorzysta, bo lewicowy elektorat może sobie pomyśleć, iż SLD wcale nie broni jego interesów, skoro taki problem uznał za nieważny. A on jest widocznie ważny, skoro na Facebooku fanpage przeciw pomnikowi ma już blisko 6 tys. fanów, prawie tyle, ile trzeba do inicjatywy obywatelskiej, by uchylić uchwałę. Dla Makowskiego to czysty biznes polityczny, bo znów zaczęły go zapraszać media, także te ogólnopolskie. A zmartwychwstał dzięki PiS i dawnym kolegom z SLD, co musi budzić przedwyborczy chichot.

W Łodzi stanie pomnik Lecha Kaczyńskiego. Na skwerze, który stanie się skwerem jego imienia. Radni przepchnęli to bez większych scysji i wzajemnego policzkowania w mediach, co nie znaczy, że miasto w tej sprawie nie jest podzielone. A może by nie było, gdyby postawić tu pomnik obu braciom Kaczyńskim. Jackowi i Plackowi.

Wersja dla przeciwników pomnika Lecha Kaczyńskiego w Łodzi jest taka, że winni są niemal wszyscy w Radzie Miejskiej: klub PiS, bo złożył taki wniosek, klub Łódź 2020, bo go poparł, klub SLD, bo nie wziął udziału w głosowaniu, czyli de facto także poparł ten projekt i klub PO, bo był przeciw, ale część klubu opuściła głosowanie tak, by PiS i 2020 miały bezpieczną przewagę. Klasyczna polityczna ustawka tych, co publicznie na siebie plują, ale kiedy trzeba, to pod stołem się dogadają. Mimo, że temat kontrowersyjny, bo lud w Łodzi i sami politycy są podzieleni na temat zasług Lecha Kaczyńskiego, to wszystko odbyło się jak nie w Łodzi: bez konferencji prasowych, nacisków i całego tego ping-ponga. Klub PO niby zagrał na nosie własnej prezydent, która tego pomnika nie chce, no ale w zamian zyskał poparcie PiS w sprawie przesunięcia 10 mln zł na remont ul. Inflanckiej. Jednak potrafi ten PiS być elastyczny…. Sobą w tym głosowaniu wśród przeciwników pomnika była tylko dwójka radnych Twojego Ruchu, która była przeciw od początku do końca.

Wersja dla zwolenników pomnika jest taka, że wreszcie Rada Miejska dokonała tego, na co liczyli zwolennicy Lecha Kaczyńskiego od kwietnia 2010 r. Wtedy sejmik przesłał uchwałę intencyjną (przeszła jednogłośnie, więc także głosami SLD i PO) do Rady Miejskiej, by w Łodzi jakoś zmarłego w katastrofie prezydenta upamiętnić. Ale przez blisko cztery lata była cisza.

Wersja dla tych, którym pomnik czy jego brak jest kompletnie obojętny, jest najlepsza: budżet miasta się do niego nie dołoży, pieniądze na projekt i wykonanie mają pochodzić z publicznej zbiórki.

Sam jestem w tej sprawie wyznania michałowskiego. Grzegorz Michałowski, fotoreporter PAP, zaproponował pomnik dwóch Kaczyńskich – Jarosława i Lecha, jako bliźniaków Jacka i Placka na szlaku tzw. Łodzi Bajkowej. Może to ironia, albo inny cynizm, może… A według mnie to po prostu dobry, pasujący do Łodzi pomysł. Tutaj ten film kręcono, tu bracia Kaczyńscy mieszkali przez pół roku, z tym filmem wielu łodzian ich kojarzy. Wśród przeciwników pomnika Lecha Kaczyńskiego w Łodzi słychać, że nie ma zasług dla miasta, albo, że jego twarz kojarzy się z facjatą bliźniaka, który napina politycznie Polskę. Cóż… PiS by tego nie poparł, bo to nie martyrologia, a pewnie ośmieszanie warte zainteresowania prokuratury, skoro pomnik bliźniaków stanąłby na jednym szlaku z pomnikami Plastusia i Misia Uszatka.Coś takiego mogłoby nawet ocieplić wizerunek tej partii.

Poza tym pomnik braci mógłby ten polityczny kontekst odciąć, bo to przecież byłby pomnik dzieci. A dzieci lubimy wszyscy, bo są niewinne. Nawet te z PiS.

Narodził się nowy sport: warszawsko-łódzki ping-pong dziennikarski. Polega na tym, że warszawski dziennikarz „Gazety Wyborczej” pisze tekst stygmatyzujący Łódź, a łódzcy dziennikarze tego samego tytułu odbijają piłeczkę. Albo go „miażdżą”, jak można przeczytać w komentarzach.

Mnie bardzo cieszy, że łódzcy koledzy tych warszawskich „miażdżą”, a konkretniejszą i bardziej efektowną argumentacją obalają znane mity, bo Łódź jest najważniejsza. Ten nowy sport jest bardzo cenny, jak każda zresztą dyskusja. Ma tylko jedną, za to kluczową wadę: te pisane w Warszawie teksty o „Łodzi przeklętej” czyta cała Polska, a odpowiedź, czyli to łódzkie „miażdżenie”, publikowane jest tylko w Łodzi. Co to daje? A no tylko to, że znów rozpętuje się piekło, a o postrzeganiu Łodzi na zewnątrz dyskutuje tylko jej wnętrze. „Dzieci w beczkach”, „łowcy skór”, „pijany motorniczy” latają po całym kraju, a sensowne kontrargumenty są czytane tylko w Łodzi. Tak właśnie utrwala się stereotyp. Piłeczki bite z Warszawy są mocno podkręcone, a te odbijane w Łodzi mocniejsze, ale odbijają się od siatki.

Tymczasem jest to ostatnie miejsce w którym tego typu dyskusje winny być rozpętywane, bo Łódź o sobie zdanie ma już ugruntowane: ci, którzy widzą i wierzą, że „podnosi się z kolan” nie muszą być do tego przekonywani. Natomiast tych, którzy widzą i wierzą, że nad tym miastem „wisi klątwa” nic raczej od tej opinii nie odciągnie… O wizerunku Łodzi trzeba teraz rozmawiać poza nią. Tymczasem to właśnie do Łodzi zaproszono Michała Matysa, byłego łodzianina, autora „miasta przeklętego”, podczas gdy sens leży w tym, by on się nie tłumaczył ze swych mrocznych refleksji przed łodzianami, tylko przed resztą kraju.

Zresztą udział w tym czarnym PR dla Łodzi mają nie tylko dziennikarze spoza niej, bo grzeszą i lokalni, niemal ze wszystkich mediów. Ludzie przecież mordują się wszędzie, ale gdy morderstwo ma miejsce na Piotrkowskiej, w Polskę idzie news okraszony komentarzem nadającym zbrodni „cechy łódzkie”, bo „znów ta Łódź”. Tymczasem niedługo przed tym zeszłorocznym, wstrząsającym morderstwem na Piotrkowskiej, w biały dzień pod okiem kamer monitoringu zakatowano na śmierć człowieka w centrum Berlina, podobna historia zdarzyła się w londyńskim metrze. Morderców nie schwytano do dziś. No i co z tego, że „w tej Łodzi” morderca z Piotrkowskiej zakuty był w kajdanki już 12 godzin po zbrodni? Nic. Ważniejsze jest, że „znowu ta Łódź”…

Zadziwiające jest to, jak nie obrywa wizerunkowo Piotrków Trybunalski za to, że to stamtąd pochodzi i tam mordował Mariusz Trynkiewicz. Gdyby facet urodził się w Łodzi, wszystko byłoby jasne: połowę winy wytłumaczono by tożsamością miejsca jego narodzin.