Miesięczne archiwum: Styczeń 2014

„Ja tego nie rozumiem. Argumentacja prezydenta mnie nie przekonuje. Jeżeli to miała być złośliwość wobec radnych, to jest to śmieszne posługiwanie się takimi metodami. Prezydent więcej czasu powinien poświęcić na zmiany w mieście, a nie w urzędzie – mówi Tomasz Kacprzak, przewodniczący Rady Miejskiej”.

Takiej treści wypowiedź Tomasza Kacprzaka (PO) zanotował „EI” 3 października 2009 r. Chodziło o to, że ówczesny prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki przesunął Annę Kuźmicką, rzeczniczkę Rady Miejskiej, na zastępcę rzecznika prasowego prezydenta Łodzi. Dziś Kuźmicką chce zwolnić prezydent Łodzi Hanna Zdanowska (PO), następczyni Kropiwnickiego. Zwolnić, nie przesunąć na inne stanowisko, bo prezydent szykuje restrukturyzację urzędu. W tle zapowiedzi zwolnienia jest konflikt o budżet, bo opozycja w Radzie Miejskiej ma większość i tenże budżet przeszedł z jej poprawkami, min. tą, która daje radnym 300 tys. zł na promocję działań i to w roku wyborczym. Opozycja, czyli Łódź 2020, PiS i SLD mówi wprost, że usunięcie rzeczniczki to zemsta za zmiany w budżecie. Urzędnicy Zdanowskiej przeprowadzili serię briefingów dokładnie informujących o tym, czego zabraknie w związku z takim, a nie innym głosowaniem budżetu. Nie mówią tylko, że klub PO także budżet w takim kształcie poparł.

A co mówi PO i Tomasz Kacprzak, dziś już szeregowy radny, a propos zapowiedzi zwolnienia Anny Kuźmickiej? Nic. Po prostu nic. A zdawałoby się, że po takiej tyradzie a propos decyzji Kropiwnickiego, radny Kacprzak za sam pomysł zwolnienia rzeczniczki powinien rozszarpać tego, kto się odważy to zrobić. Odważyła się prezydent Zdanowska, koleżanka z partii. Cóż, pani prezydent…

Nie powinna się pani przejmować krytyką opozycji w tej kontrowersyjnej sprawie, skoro pogrywanie rzeczniczką RM już w 2009 r. pani kolega z partii nazwał poczynaniami „złośliwymi wobec radnych”, a także „śmiesznymi”. Zapewne i dziś radny Kacprzak „tego nie rozumie”, a i argumentacja prezydent też go „nie przekonuje”. Jako, że cytat sprzed lat prawie pięciu aktualny jest i dziś, powinna pani „więcej czasu poświęcić na zmiany w mieście, a nie w urzędzie”. Mówi to pani kolega, Tomasz Kacprzak.

Cóż tu dodać jeszcze? Nic. Rzeczywistość polityczna, szczególnie wtedy, gdy w grę wchodzi najbanalniejsza hipokryzja, po prostu komentuje się sama.

Obrodziło specami od klimatu na szczytach władzy, ale w PO nie ma jednej wersji. Wicepremier Elżbieta Bieńkowska oznajmiając, że „sorry, ale taki mamy klimat” sugeruje jego stałość. Tymczasem gdy latem znów zaleje stolicę, Hanna Gronkiewicz – Waltz zapowie ponownie, że „klimat się zmienia i trzeba się przyzwyczaić zamiast pomstować”.

Za PRL mówiono „nam nie trzeba Bundeswehry, wystarczy minus cztery”. Sorry, ale to nadal prawda, mimo zaklęć jak się Polska zmienia. Owszem, zmienia się, w szczególności na kolei, bo za PRL tak źle, jak jest teraz, nie było. Za PRL latem był problem z piwem zimnym, a zimą z piwem grzanym i to się zmieniło, ale kolej… Sorry. W kwietniu wracałem pociągiem z Gdyni. Ciepły wieczór, a w wagonie grzeją tak, że trudno usiedzieć, bo przecież nawet siedzenia są ogrzewane. Pan konduktor powiada, że awaria i „nie da się wyłączyć”. Jednak się udało. Wyłączyli w nocy, kiedy nadszedł ziąb i ogrzewanie było konieczne…

Sorry, ale wicepremier Bieńkowska, najlepiej przez lata oceniana minister Tuska dołącza tym samym do elity polityków o głębokiej izolacji świadomościowej. Słyszę zachwyty, że jest szczera. Zatem i ja szczerze wyznam, że źle z nami, jeśli podniecamy się szczerością polityków. Problem nie leży w klimacie, tylko w braku profesjonalizmu. Pasażerowie płacą za bilety, należy im się wykonanie usługi. Jeżeli z powodu oblodzonej trakcji pociąg staje, to spółki kolejowe winny podstawić autobusy… Zresztą, co ja tu piszę… Wystarczy przewidzieć zimę. W Danii klimat też nie rozpieszcza, a na takie kryzysowe sytuacje przygotowano zapasowy tabor spalinowy. Problemy z „klimatem” i oblodzeniami trakcji mamy przecież rok w rok. Sorry, ale to, że nasz czarnoskóry poseł John Godson tej zimy jeszcze w pociągu nie zmarzł i nie opisał szczegółów zmarznięcia w interpelacji, tak jak to czynił dwa lata z rzędu, nie oznacza jeszcze, że w tym roku zimę odwołano.

W Łodzi jakiś czas temu krążyła plotka, jakoby marszałek województwa Witold Stępień kuszony był przez premier Bieńkowską fotelem wiceministra odpowiedzialnego za transport kolejowy. Sorry, ale w tę plotkę nie wierzyłem, myśląc, że kto jak kto, ale marszałek miałby kilka powodów, by wykorzystać taki awans jako „ucieczkę do przodu”. Cóż, jeśli to prawda, że takie propozycje były, a on nie skorzystał, to okazał się bardziej przewidujący od premier Bieńkowskiej. Może po prostu wiedział, że zima idzie. A w Polsce zima + kolej = oblodzona trakcja, zatem pociągi stoją, a ministrowie są grillowani. Na zimno.

Nam pozostaje tylko poddać się opinii Hanny Gronkiewicz – Waltz: „trzeba się przyzwyczajać, a nie pomstować”. Sorry, ale taki profesjonalizm rządzących.

Jeszcze chwila a rok 1989 przestanie się kojarzyć z okrągłym stołem, pierwszymi (pół)wolnymi wyborami i schyłkiem komunizmu. Zacznie się kojarzyć z amnestią i Mariuszem Trynkiewiczem. Pedofilem i mordercą. A także pierwszym w Polsce celebrytą penitencjarnym.

Ja się Trynkiewicza nie boję, boję się tylko, że za chwilę wyskoczy z mojej lodówki. Dzień za dniem jesteśmy świadkami licytacji, czy „bestia wyjdzie na wolność”, czy też trafi znów za kratki, tylko innego rodzaju. I mam niestety wrażenie, że gdyby Trynkiewicz nie wyszedł, to w paru redakcjach słychać będzie jęk zawodu. Dzień 11 lutego, czyli wyjścia czterokrotnego dzieciobójcy może przecież wyglądać tak: przed rzeszowskim pierdlem na specjalnym podeście, identycznym jak ten w Londynie, gdy miało się narodzić „royal baby”, ze dwustu fotoreporterow, a błyski fleszy jak fajerwerki w sylwestra. Nad więzieniem wszędobylski helikopter jednej ze stacji, dzięki któremu pół Polski może byłego więźnia śledzić, a koledzy w studio dodają jeszcze mapę, by nie było wątpliwości, gdzie obecnie jest. Dla tych co nie mogą relacja na żywo w portalach gazet, tak jak z meczu piłki nożnej, a następnego dnia szczegółowa relacja z tego, co Trynkiewicz kupił w sklepie i jak bardzo był zaskoczony tym, co oferuje Biedronka. Potem wypowiedzi matki, sąsiadów, zapewne zdjęcia tajniaków pilnujących Trynkiewicza, tak samo jak parę wozów transmisyjnych naszych telewizji, które mają poczucie misji. Dziwię się, że nie powstała jeszcze żadna aplikacja na androida w stylu „z Trynkiewiczem na żywo”. Kultura konsumpcji do absurdu doszła już dawno. Ale teraz lansuje na gwiazdę czterokrotnego zabójcę, wywołując przy tym psychozę strachu.

Psychozę strachu właśnie, bo to nie Trynkiewicz powinien być osobliwym bohaterem tych materiałów prasowych, telewizyjnych i radiowych, a większości tak właśnie jest. „Bohaterami” winni być posłowie sejmu kontraktowego z 1989 r. którzy mieli za sobą odsiadki, dlatego też pomyśleli o amnestii dla wielokrotnych zabójców, nie myśląc o przywróceniu w zamian dożywocia, a przecież intencją sądu skazującego Trynkiewicza na karę śmierci było to, by on już nie wrócił między ludzi. Wspaniałomyślny, krótkowzroczny gest, prowadzący do tego, że policjanci za moment będą odciągani od innych, ważnych zadań, by pilnować byłego więźnia, albo jeszcze chronić go przed linczem. Druga grupa bohaterów to dzisiejszy sejm i rząd: pierwszy skonstruował specustawę zbyt późno i to taką, która prawdopodobnie nie wytrzyma zderzenia z Trybunałem Konstytucyjnym, drugi nie dość, że ustawa była spóźniona, to jeszcze ją trzy tygodnie przetrzymał, jakby mu zależało na wywołaniu histerii mediów. Dziś ta sprawa to taki niechciany, ale niestety prawdziwy symbol 25 lat polskiej transformacji, bo pokazuje stosunek państwa do obywateli.

A Trynkiewicz ma to, na co ćwierć wieku temu liczyć nie mógł: jest pedofilem – mordercą, który swoje odsiedział, ale i celebrytą, bo taka jest ta nasza kultura konsumpcji: lansuje ludzi, nawet wątpliwych, a dopiero potem tematy. Ponury absurd polega na tym, że gdyby odzyskał wolność, to niewykluczone, że jeszcze zarobi na telewizyjnych talk-shows, a one na nim.

Po tym jak pijany motorniczy zabił w Łodzi dwie osoby (trzecia zmarła dwa dni po wypadku), prezydent Łodzi Hanna Zdanowska zapowiedziała kontrole trzeźwości motorniczych i kierowców MPK przed wyjazdem w trasy jak i podczas pracy. To oczywiście dobrze, nawet bardzo dobrze. Ale polecałbym skromnie pani prezydent głębszą penetrację problemu, jaki może istnieć w należącej do niej spółce.

Otóż nie jestem lekarzem, ale wiem, że jeśli ktoś pije alkohol w pracy, to znaczy, że musi. A jeśli musi, to jest raczej pewne, że jest alkoholikiem. Co mi się w oczy rzuciło w relacjach z tej łódzkiej tragedii to fakt, że ów motorniczy zaraz po wypadku występował w tradycyjnym mundurku MPK, ale już na filmie z monitoringu ze sklepu, w którym w przerwie w pracy dwa razy kupował alkohol, był „po cywilnemu”. O takie szczegóły zadbał zapewne by nie zwracać na siebie uwagi obsługi i klientów sklepu, a wiadomo, że choroba ta ma etapy bardzo racjonalnego planowania rytuałów spożywczych. Druga rzecz to sam asortyment: cztery „małpki” nalewki 36 proc. i cztery piwa świadczą raczej o chęci wejścia w błogi, acz subiektywnie uważany za „kontrolowalny” stan, niż chęci upicia się do nieprzytomności. Niestety może to świadczyć także o tym, że ów motorniczy miał po prostu opracowany system wprowadzania się w pracy w błogi stan, a jest możliwe, że robił to częściej. Miał 1,2 promila alkoholu w organizmie, a taka dawka nie powinna pozbawiać nawet czasowo przytomności człowieka o jego posturze, może zaś położyć człowieka w pewnym stadium choroby alkoholowej.

Już z powietrza wokół MPK można wyłapać ciekawostki, że zatrzymany „pił od lat, i dlatego właśnie nie dostał posady kierowcy autobusu w MPK, potem był kontrolerem biletów, ale i wtedy pił, aż w końcu został motorniczym”. A przecież by nim zostać trzeba przejść testy psychologiczne. Pytam zatem jak sito eliminacyjne MPK przepuszcza takiego człowieka dając mu pod odpowiedzialność tysiące pasażerów (i przechodniów), komu te badania psychologiczne zleca i za co płaci, skoro ktoś taki może prowadzić tramwaj? Na stronie MPK wciąż wisi tzw. Polityka Jakości, a w niej mowa m.in. o „zapewnieniu bezpieczeństwa i komfortu jazdy”. Faktycznie, pasażerowie tego dnia byli bezpieczniejsi. Liczę, że prokuratura powoła bardzo wielu świadków z MPK, bo wyjaśnienie tej tragedii to jedno, ale wyjaśnienie głębszych jej przyczyn powinno być nawet ważniejsze, by łodzianie tramwajami jeździli, a nie tracili pod nimi życie.