Miesięczne archiwum: Grudzień 2013

Absurdalnego, podszytego sarkazmem poczucia humoru życzę Polakom w tym Nowym Roku. A to dlatego, że od ostatnich moich życzeń noworocznych świat, a przede wszystkim nasza umordowana ojczyzna, niewiele się zmieniły, a każdym razie wciąż trawią ją paradoksy, których bez zaimpregnowania rozumu warstwą ironii zaakceptować się nie da. A już Łódź, gdyby tylko paradoks był do wzięcia, po prostu by go wzięła za męża. Dodam przeto, że paradoks to jednak eufemizm, albowiem w dyskursie publicznym staram się nie nadużywać wulgaryzmów

Bo też Polska i Łódź są fenomenami, w których:

– premier powiada, że nacjonalizacja OFE byłaby okradaniem obywateli, po czym okrada obywateli

– prezes największej partii opozycyjnej powiada, że UE zabiera nam niepodległość, po czym jedzie do Ukraińców i namawia ich by nie rezygnowali z aspiracji do UE

– prezydent Łodzi Hanna Zdanowska najpierw składa wniosek o usunięcie z PO siódemki radnych, a gdy już zostają wyrzuceni (w ośmioro), traci większość w Radzie Miejskiej, przegrywa głosowania i pisze do opozycji listy o… „opamiętanie się”.

– Ta opozycja (SLD, PiS i Łódź 2020) zaś uparcie nie chce dać zgody na przelanie paru milionów zł dla jednej Fundacji Sztuki Świata m.in. za koszty poniesione w EC1, choć ta fundacja tak czy siak wygra je przed sądem. Tylko że wtedy będzie drożej.

– wiceprezydent Łodzi Marek Cieślak w lipcu ogłasza, że dofinansowanie unijne dla tejże EC1 „nie jest zagrożone, a pewne”, w grudniu mówi, że jednak „istnieje ryzyko utraty”, przy czym opiera tę tezę na analizie napisanej… w lutym.

– wiceprezydent Łodzi Krzysztof Piątkowski jednego dnia powiada, że Łódź wybuduje ćwierć stadionu za ponad 90 mln zł, a następnego dnia przyznaje, że… miasto nie ma pieniędzy na ZUS dla nauczycieli, opłaty za ogrzewanie, energię, gaz w szkołach.

– wicemarszałek województwa Marcin Bugajski mówi publicznie studentom UŁ, by szukali „nisz” na rynku pracy, a tak jak on zrobią kariery. Nie zająknął się jednak nawet słowem, że jego kariera jest faktem raczej nie przez wzgląd na kompetencje, a przez fakt posiadania legitymacji PO.

– marszałek województwa Witold Stępień zachwyca się badaniami GUS, z których wynika, że 71 proc. mieszkańców województwa jest zadowolonych z życia. To akurat jeden z najniższych wskaźników w skali 16 województw, a z tych samych badań GUS wynika, że 14 proc. mieszkańców Łódzkiego podlega wykluczeniu społecznemu. I to jeden z „najlepszych” wyników w skali 16 województw, 5 proc. wyższy od średniej krajowej. Ale o tym marszałek nie wspomniał

– były też „sympatyczne paradoksy”. Np. małżonka Marka Mazura, przewodniczącego sejmiku z PSL, rzuciła karierę dyrektorki Miejskiej i Powiatowej Biblioteki w Opocznie by zostać bibliotekarką w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. J. Piłsudskiego. Po prostu wygrała konkurs. Cóż, powroty do ideałów pracy u podstaw zawsze trzeba cenić.

Był to zatem rok okrutnych paradoksów, przykłady można by mnożyć, choć nie był rokiem wyborczym. Wyborczy właśnie przed nami. Będzie jak teatr absurdu Hermanna Hessego, do którego „wejście kosztuje rozum”. A zatem owocnego impregnowania mózgów ironią i sarkazmem w Nowym Roku życzę… A Łodzi rozwodu z paradoksem.

David Lynch nakręci thriller „Tumult w EC1”. Twierdzi, że w konflikcie o starą elektrownię, który trawi polityczno-kulturalną Łódź jest wszystko charakterystyczne w jego filmach, czyli nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Sensacyjna informacja podbija amerykańskie serwisy. Światowej sławy reżyser długo się opierał, jednak w końcu potwierdził nieoficjalne wieści.
– Kocham Łódź, bo jest emejzing – rzucił reporterowi Fox News. – Ta stara elektrownia jest fascynująca, nie dziwi mnie, że idzie o nią taki fight. Jest tam wszystko, co mnie interesuje w filmie: intryga, kłamstwo, pieniądze, stanowiska, tajemnica, mrok, niedopowiedzenia i żenada. Nic nie jest takim, jakim się wydaje. Tak jak w moich filmach.

Są już pierwsze przecieki na temat obsady. Do roli prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej agenci próbowali zaangażować Sharon Stone . Pomysł jednak upadł, bo reżyser zwątpił, że gwiazda znajdzie w sobie tyle talentu, by oddać osobliwą mieszankę bezwzględności w sprawowaniu władzy z nadchodzącym jej kresem. Dlatego teraz największe szanse ma Meryl Streep, o której Lynch miał powiedzieć, że idealnie odegra kobietę „zabijającą Łódź”. Sama Streep na razie nie chce komentować sprawy, wymijająco rzuciła reporterom, że odpowie szczegółowo na pytania, gdy pozna tajniki programu „Fotoshop” .Natomiast rolą Marka Żydowicza zachwycony był Tom Cruise, ale odpadł przez zbyt białe zęby, a sam Lynch przyznał, że ma duży problem, bo wątpi, czy „ktokolwiek na świecie jest w stanie oddać stopień skomplikowania i megalomanii charakteru jego przyjaciela Marka, nawet Robert Więckiewicz”. Reżyser dodał, że może sobie pozwolić na szczerość, bo jest jedynym na świecie człowiekiem, którego Marek Żydowicz nie odważy się pozwać do sądu za zniesławienie.

Kolejny kłopot to poszukiwanie odtwórcy roli byłego wiceprezydenta Łodzi Włodzimierza Tomaszewskiego, którego Lynch po prostu nie pamięta z czasów, gdy bywał w tym mieście. Jest też masa chętnych do ról łódzkich radnych i urzędników, czyli epizodów wybitnie drugoplanowych: szefa klubu PiS Piotra Adamczyka chciał zagrać jeden z rosyjskich aktorów, ale Lynchowi podpowiedziano, że radny pewnikiem zagrozi procesem. W rolę Łukasza Magina wcieli się Edward Norton, który zdążył już zwierzyć się w dziennikarzom „jak wielkim wyzwaniem będzie charakteryzacja”. Tomasza Kacprzaka z PO chce zagrać Jim Carrey, który zrywa z wizerunkiem „Głupiego i Głupszego”, a o rolę Tomasza Treli (SLD) walczy Dariusz Joński. Sam Lynch chce zagrać Cezarego Grabarczyka i już zaczął ćwiczenia z podnoszenia kciuka, choć konsultanci podpowiadają, że jedyne co ich łączy to tylko podobieństwo fryzur.

Do reżysera dotarli reporterzy łódzkiego ośrodka TVP z pytaniem, kiedy zamierza przybyć do Łodzi na zdjęcia próbne.
– Na koniec Grudnia – wypalił reżyser, czym przeraził pytających, bo uznali, że to groźba nie mająca nic wspólnego z kalendarzem.

Prezydent Łodzi Hanna Zdanowska napisała dramatyczny list do radnych opozycji : (…) „zachłyśnięci nieoczekiwanie zdobytą większością. (..) Opamiętajcie się”. Fakt, przydałoby się. Ale prezydent nie wspomina, że to ona z klubem PO wcześniej zachłysnęła się większością i dlatego ją utraciła. I to wcale nie „nieoczekiwanie”

W ciągu ostatniego roku dwa razy oficjalnie pytałem prezydent Zdanowską, czy się nie obawia utraty większości, bo to nie jest problem czysto partyjny, a może się przełożyć na zarządzanie miastem, a zatem i na łodzian. Odpowiedź z maja 2013: „Ależ prezydent Kropiwnicki rządził tak przez siedem lat, zyskując poparcie dla swych projektów (…). Poza tym większość kluczowych decyzji mojej prezydentury już zapadła (…). W ciągu 2,5 roku mojej prezydentury skumulowałam wszystkie dobre decyzje dla miasta. Dobre i trudne, ale też wystarczające, by zmienić jakość życia w mieście”.

Teraz okazuje się, że trzeba wzywać do opamiętania, bo do talentów Jerzego Kropiwnickiego pani prezydent daleko. Jest tak dlatego, że utratę większości zawdzięcza ona zarządowi PO w Łodzi, czyli sobie samej, bo jest przewodniczącą tegoż zarządu. To na jej wniosek skierowano do sądu partyjnego PO inne wnioski: o usunięcie siódemki radnych z partii. We wnioskach zastosowano prostą technologię biernatyzmu polegającą na usunięciu przeszkód personalnych, jednak wspartą dosyć wyrafinowaną zasadą wartościowania kar za to samo przewinienie. Jednych usunięto, drugich zawieszono, a wszystko wyliczono tak, by większość klubu PO w Radzie Miejskiej była zachowana. To miało rozbić tę grupę radnych potocznie zwanych florystami od nazwiska Krzysztofa Kwiatkowskiego, ich protektora.

Tyle, że ich nie rozbito, a to o nich rozbił się klub PO ze swoją większością. A poszło przecież o pierdołowatą sprawę, bo o utrzymanie doraźnej komisji ds. NCŁ, czego chcieli floryści, a Zdanowska i większość klubu PO nie. Chcieli postawić florystów do pionu, o to floryści wyprostowali ich. Co szkodziło klubowi PO zgodzić się na tę komisję? A jeśli już nie było zgody, czy nie można było wycofać wniosków z sądu? Można było to zrobić jeszcze w maju, bo było już z grubsza jasne, że florystów opuści ich mentor awansując do NIK. PO wycofując wniosek mogła się z nimi dogadać, bo oni z PO odchodzić nie chcieli, pisali odwołania. Tyle, że to właśnie w maju prezydent oznajmiła, że „większość kluczowych decyzji jej prezydentury już zapadła”. Czym jest takie stwierdzenie, jeśli nie zachłyśnięciem się większością? Dziwię się zatem dramatyzowaniu Zdanowskiej, bo zgodnie z jej logiką ważne dla miasta decyzje podjęła wcześniej.

Potem była sekwencja porażek: utrata szefa Rady Miejskiej, utrata większości, a teraz ledwo się dogadano w kwestii obniżek opłat za odpady, ciągle trwa awantura o EC1, o to, kto ma prowadzić projekt Expo, a przed nami jeszcze wojna o budżet. Nie byłoby tego, gdyby PO próbowała utrzymać tych radnych, zamiast manifestować siłę. Co się dziwić, że floryści dołożyli ręce do porażek PO? W polityce jest tak samo jak w naturze: jeśli kopniesz psa, to nie licz, że upokorzony nie będzie chciał się odgryźć.

Opamiętanie by się rzeczywiście przydało, bo SLD, PiS i floryści czasem działają na oślep, czysto obstrukcyjnie. Ale prezydent nie powinna zrzucać winy na opozycję. Pozbywając się części klubu liczyła na ustawkę z SLD, ale kto rozsądny pójdzie na współpracę rok przed wyborami… I bez ironii, ten list to dowód na polityczną krótkowzroczność Zdanowskiej, bo prezydent sama sobie i kolegom z PO zawdzięcza to, co teraz ma: realizowanie się w sztuce epistolografii, czyli pisania listów. Chyba, że uda się po nauki „zyskiwania poparcia dla swych projektów” do Kropiwnickiego

Zaledwie w ciągu 10 dni od nominacji na ministra sportu, dymisji Andrzeja Biernata zażądały posłanka Solidarnej Polski Beata Kempa i europosłanka SLD Joanna Senyszyn. Obie m.in. za seksistowskie zachowania nowego ministra. Ale ministra bronią posłowie PO, którzy powiadają, że… już zmienił seksistowski wizerunek.

Według materiału tygodnika „Wprost”, bo to jego materiał był kanwą żądań obu posłanek, nowy minister kilkanaście lat temu zasłynął z donosu na samego siebie na policji, gdy po pijanemu uderzył samochodem w paletę z kostką brukową. W tym samym artykule można przeczytać, jak „wstawiony Andrzej Biernat zaczyna się łapać za genitalia, wykonywać dziwne ruchy, a to, co mówił, nie nadaje się do powtórzenia. Generalnie było to coś na zasadzie: chodź, maleńka, pokażę ci, jak wygląda prawdziwy facet” – to anonimowe posłanki zwierzają się dziennikarce „Wprost” o sytuacji z sejmowej restauracji „Za kratą”.

Sam minister Biernat tygodnikowi „Wprost” komentarza odmówił, a na stronie ministerstwa w zakładce „sprostowania i polemiki” jako najnowsze widnieją jeszcze wpisy z czasów ministry Joanny Muchy. Czyli nie ma dementi. W łódzkiej PO z kolei mówią to, co wszyscy: że to dobrze, że Andrzej jest ministrem (oficjalnie), albo, że Tusk wziął go do rządu, by się sam wykończył (nieoficjalnie). Jednak tych seksistowskich zachowań za bardzo nie krytykowano, a jednemu z polityków, wysokiego nawet szczebla, wyrwało się, że „Michael Jackson też się łapał za jaja i to przed tysiącami ludzi, a nikt nie mówił, że jest zboczony”. Zresztą i we „Wprost” ministra w obronę wzięli posłowie, choć znów anonimowo. Ci zeznali tygodnikowi, że minister Biernat zmienia wizerunek, czyli wobec kobiet nie zachowuje się już obscenicznie, imprezuje tylko w zamkniętym gronie, a kupił sobie nawet okulary, choć to tylko „zerówki”.

Cóż… Zupełnie nieanonimowo powiem, że jeśli to wszystko jest prawdą, a funkcja ministra zmienia Andrzeja Biernata, to Donald Tusk dosyć drogo wycenił jego „resocjalizację”, rachunek zresztą wręczając wyborcom. Minister zarabia przecież nawet 180 tys. zł rocznie. Czego to się nie robi, „by żyło się lepiej”, a na pewno z godnym wizerunkiem…

Łódzka straż miejska od stycznia będzie miała nowego komendanta. Obecnego, Dariusza Grzybowskiego prezydent Hanna Zdanowska odwoła z końcem grudnia, choć mówi…. że jest z niego zadowolona. Grzybowski zapłaci więc posadą za to, że ceni jego robotę prezydent Łodzi.

Zwalnianie komendanta straży miejskiej za to, że w opinii zwierzchnika pracuje dobrze, wcale nie musi być jakimś diabolicznym paradoksem, jeśli przyjrzymy się kontekstowi. Oto w informacjach o nadchodzącym zmierzchu komendanta czytamy przecież, że mają zmienić się priorytety tej formacji, czyli mniej mandatów, choćby za niewłaściwe parkowanie, a miast egzekucji więcej patroli i dbałości o bezpieczeństwo. Dziś ekscytujemy się odejściem Grzybowskiego, a dokładnie rok temu wszystkich zszokowały plany budżetowe, które dla strażników zaprojektowały władze – 2,2 mln zł tylko za zdjęcia z fotoradaru, czyli 100 proc. więcej niż w 2011 r., ogółem zaś w 2013 r. budżet miasta miał dzięki mandatom zyskać ponad 10,5 mln zł. Te plany korygowano, bo przecież miało być jeszcze osiem fotoradarów stacjonarnych, które miały wyciągnąć w sumie 5,2 mln zł i uratować etaty 40 strażników. Komendant Grzybowski przebrał się nawet na balu karnawałowym za maga, ale wiele nie wyczarował. Już w lipcu okazało się, że pierwsze półrocze strażnicy wyrobili tylko ćwierć normy, bo niecałe 2,5 mln zł, poza tym w końcu nie zainstalowano tych ośmiu fotoradarów. I dobrze, przecież wpływy z nich planowano w taki sposób, jakby projektanci budżetu i niektórzy radni zwyczajnie zachęcali do niezdejmowania nogi z gazu, bo inaczej nici z wpływów do kasy miasta…

Teraz ma być inaczej, bez tego księgowego podejścia. Na blogu prezydent napisała m.in. że „Straż Miejska nie może być sposobem na podreperowanie budżetu miasta”. Tylko kto, jeśli nie ona lub podlegli jej urzędnicy robili z tej straży maszynkę do zarabiania pieniędzy? Nie ma się jednak co prezydent Zdanowskiej dziwić, że chce to zmienić, idzie przecież rok wyborczy. Ludzi wystarczająco już szlag trafia przez korki, nie ma co jeszcze razić ich strażnikiem, którego mało kto w Łodzi akceptuje, tym bardziej, jeśli on musi wykonać normę mandatową.

Paradoksalnie takiego przestawienia wajchy priorytetów w straży miejskiej mógłby dokonać sam Grzybowski, o ile to przestawienie w ogóle jest oczywiście możliwe . Tylko kto uwierzyłby Zdanowskiej w reformę, gdyby firmowała ją stara twarz kojarzona z mandatami. Trzeba zatem nowej twarzy, „ludzkiej”, z konkursu, takiej w sam raz na rok wyborczy. W takim oto kontekście można być z kogoś zadowolonym, a i tak wywalić go na pysk.