Minister na dwa lata albo i krócej

Kategorie: Blog Marcina Dardy

Jeszcze w październiku Andrzej Biernat powiedział mi, że posada ministra sportu kompletnie go nie interesuje, bo zarządzanie partią zabiera dużo czasu. Parę tygodni później stwierdził, że „premierowi się nie odmawia”.

Wygląda jednak na to, że tym razem to premier nie mógł odmówić tzw. spółdzielni Biernata, czyli teamowi, który zawsze i wszędzie popiera Donalda Tuska, szczególnie wtedy, gdy ktoś zbyt wysoko mu wyrasta, jak Grzegorz Schetyna. Oczywiście bardzo się cieszę z tej nominacji, bo zaledwie dzień przed rekonstrukcją gderałem, że Łódź nie ma ministra, a choćby był to nawet minister sportu, najmniej istotny resort w rządzie, to i tak tę Łódź wzmacnia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że ten resort jest tak mało istotny, że Tusk rzeczywiście chciał go zlikwidować i wcielić do MEN, jednak opornie zareagowała spółdzielnia, więc koniec końców nagrodził lojalnego towarzysza, który po prostu chciał przejść do historii jako minister. A nie oszukujmy się: ministra środowiska czy nauki nie dałoby się z posła Biernata zrobić. Zresztą widać to było nawet po pozostałych nominacjach, gdzie dominowała raczej fachowość, w sytuacji gdy nominacja Biernata była w poprzek pozostałym, bo tylko on spośród nowych ministrów odgrywa jakąś partyjną rolę.

Sam jestem ciekaw, jak Andrzej Biernat pociągnie tę funkcję. Wizerunkowo resortu (ale też i rządu) ze swą siermiężną filozofią wypowiedzi raczej nie podniesie, w PO już są tacy, którzy tęsknią za Joanną Muchą. Może zaimponuje niekonwencjonalnymi rozwiązaniami i stylem zarządzania? Nie wiadomo, bo problem jest taki, że nowy minister jak dotąd nie pełnił żadnej funkcji, która wiązałaby się z dużą odpowiedzialnością, a przecież nie można tego powiedzieć o zarządzaniu basenem w Konstantynowie Łódzkim, nawet jeśli potem przekształcił się w Centrum Sportu i Rekreacji.

Widać, że Tusk nie jest pewien „dorżnięcia watahy” schetynowców, stąd bezpieczniej było Biernata i spółdzielnię wzmocnić ministerstwem. Szkopuł tylko w tym, że to stołek na dwa lata. Ten gest Tuska w dłuższej perspektywie może być obliczony na pozbycie się Biernata, bo to stara metoda Tuska. Stosuje ją nawet wtedy, gdy przecenia nagły wzrost wagi lojalnego kolegi. Bo co dalej? Jeśli PO wygra, to znów resort sportu dla Biernata? On przecież nie jest Bieńkowską czy Sikorskim. To jest chyba szczyt kariery politycznej Andrzeja Biernata, który może nawet nie potrwać dwa lata, jeśli doszłoby do przedterminowych wyborów. Dlatego jeśli ma w jakiś sposób pomóc sportowi (i regionowi), proponowałbym szybko brać się do roboty i jednak popracować nad zmianą wizerunku. Bo sformułowanie „przejść do historii” ma naprawdę wieloraki sens i często wiąże się po prostu z rozwiązaniem stosunku pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.