Miesięczne archiwum: Listopad 2013

Marcin Mastalerek, poseł PiS i szef okręgu łódzkiego został „tymczasowym wicerzecznikiem PiS” . To coś jak p.o zastępcy kierownika i to na czas określony. Absurdalne, ale i tak mu się opłaci

Łódzcy radni PO ironizują, że skoro jednego Adama Hofmana zastąpiło aż trzech posłów (prócz Mastalerka jeszcze Andrzej Duda i Maciej Łopiński), to Mastalerek jest jak 1/3 Hofmana, czyli kaliber niewielki. Sam myślę sobie, że zachwyty nad zdolnościami medialnymi tymczasowego rzecznika Dudy są grubo przesadzone. On nie porywa, nie jest błyskotliwy, jest po prostu miły, co w PiS nie jest na porządku dziennym, więc może o to chodziło. Dlatego potrzebny był jeszcze tymczasowy wicerzecznik Mastalerek.Ten jest nieco sztywny, zdystansowany i bardzo oficjalny, ale już w dosadności języka i arogancji dosyć biegły, jak jego protektor w PiS Joachim Brudziński. Przy miękkości Dudy to Mastalerek będzie tym pitbullem, by nie rzec mastiffem, w każdym razie złym policjantem młotkującym Platformę.

Dlatego nie nabijajmy się tymczasowo z posła Mastalerka, bo nawet jeśli jest tylko tymczasowo 1/3 Hofmana, to i tak będzie teraz twarzą z telewizora. W PiS twarze z telewizora, nawet tymczasowe, mają łatwiejszy dostęp do prezesa Kaczyńskiego, który znany jest z tego, że tymczasowy nie jest. Mieć dostęp do prezesa to mieć jakiś jakiś rodzaj miękkiej władzy, tymczasowej oczywiście. Zresztą poseł Mastalerek awansował ostatnio do komitetu politycznego, i to nie tymczasowo. Może łódzkie elity PiS się cieszą, bo to jest strefa wpływów. Ale w sumie to też dla tych elit gorzka informacja: trzeba było z centrali przysłać do Łodzi Mastalerka, by prezes miał kogo awansować, bo nikt stąd wcześniej takich awansów się nie doczekał. Nawet tymczasowo.

Jeszcze w październiku Andrzej Biernat powiedział mi, że posada ministra sportu kompletnie go nie interesuje, bo zarządzanie partią zabiera dużo czasu. Parę tygodni później stwierdził, że „premierowi się nie odmawia”.

Wygląda jednak na to, że tym razem to premier nie mógł odmówić tzw. spółdzielni Biernata, czyli teamowi, który zawsze i wszędzie popiera Donalda Tuska, szczególnie wtedy, gdy ktoś zbyt wysoko mu wyrasta, jak Grzegorz Schetyna. Oczywiście bardzo się cieszę z tej nominacji, bo zaledwie dzień przed rekonstrukcją gderałem, że Łódź nie ma ministra, a choćby był to nawet minister sportu, najmniej istotny resort w rządzie, to i tak tę Łódź wzmacnia. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że ten resort jest tak mało istotny, że Tusk rzeczywiście chciał go zlikwidować i wcielić do MEN, jednak opornie zareagowała spółdzielnia, więc koniec końców nagrodził lojalnego towarzysza, który po prostu chciał przejść do historii jako minister. A nie oszukujmy się: ministra środowiska czy nauki nie dałoby się z posła Biernata zrobić. Zresztą widać to było nawet po pozostałych nominacjach, gdzie dominowała raczej fachowość, w sytuacji gdy nominacja Biernata była w poprzek pozostałym, bo tylko on spośród nowych ministrów odgrywa jakąś partyjną rolę.

Sam jestem ciekaw, jak Andrzej Biernat pociągnie tę funkcję. Wizerunkowo resortu (ale też i rządu) ze swą siermiężną filozofią wypowiedzi raczej nie podniesie, w PO już są tacy, którzy tęsknią za Joanną Muchą. Może zaimponuje niekonwencjonalnymi rozwiązaniami i stylem zarządzania? Nie wiadomo, bo problem jest taki, że nowy minister jak dotąd nie pełnił żadnej funkcji, która wiązałaby się z dużą odpowiedzialnością, a przecież nie można tego powiedzieć o zarządzaniu basenem w Konstantynowie Łódzkim, nawet jeśli potem przekształcił się w Centrum Sportu i Rekreacji.

Widać, że Tusk nie jest pewien „dorżnięcia watahy” schetynowców, stąd bezpieczniej było Biernata i spółdzielnię wzmocnić ministerstwem. Szkopuł tylko w tym, że to stołek na dwa lata. Ten gest Tuska w dłuższej perspektywie może być obliczony na pozbycie się Biernata, bo to stara metoda Tuska. Stosuje ją nawet wtedy, gdy przecenia nagły wzrost wagi lojalnego kolegi. Bo co dalej? Jeśli PO wygra, to znów resort sportu dla Biernata? On przecież nie jest Bieńkowską czy Sikorskim. To jest chyba szczyt kariery politycznej Andrzeja Biernata, który może nawet nie potrwać dwa lata, jeśli doszłoby do przedterminowych wyborów. Dlatego jeśli ma w jakiś sposób pomóc sportowi (i regionowi), proponowałbym szybko brać się do roboty i jednak popracować nad zmianą wizerunku. Bo sformułowanie „przejść do historii” ma naprawdę wieloraki sens i często wiąże się po prostu z rozwiązaniem stosunku pracy.

Fajny film nakręciła promocja Łodzi na okoliczność przebudowy trasy W-Z, zwanej też „budową”, choć istnieje od lat 70-tych. Jest dynamicznie, pozytywnie, a najważniejsze, że z przesłaniem. Klip mi się naprawdę podoba, mimo tego paradoksu, że nadal nie rozumiem, po kiego został nakręcony.

Przez 45 sekund widzimy i słyszymy, że budowa trasy W-Z to największe wyzwanie inwestycyjne w powojennej historii Łodzi, oraz, że wrocławianie i katowiczanie też narzekali na korki i spóźnienia do pracy, na komunikację miejską, a teraz mają piękne drogi i obwodnice. Potem kilkoro zwykłych i przypadkowych ludzi (wedle zapewnień magistratu) opowiada swoimi słowami – mówiąc w skrócie – że po prostu warto być cierpliwym, bo się opłaci.

Mnie się to kojarzy z gierkowskim pytaniem „pomożecie?”, oraz z dniem pieszego pasażera w „Misiu” Barei i wesołym Romkiem, absorbującym uwagę pasażerów, gdy wysiada trakcja. Tyle tylko, że to miś na miarę XXI wieku, miś na jakiego nas stać, choć ciągle nie rozumiem po co powstał. Daremny trud, skoro i bez tej propagandowej produkcji wiadomo, że nie ma wyjścia i „radę trzeba dać”. To tak, jakby po amputacji nogi pacjentowi pokazywać film o protezach, by wysnuł tezę, że jeśli cierpliwie będzie się rehabilitował, to kiedyś będzie chodził. Tylko to będzie już „inne” chodzenie…

Tak samo jest z przebudową trasy W-Z, bo budowa „tunelu” wcale nie oznacza, że nie będzie tam korków, skoro samochody wyjadą wprost na czerwone światło przy ul. Kilińskiego… Tak, wiem, że to inwestycja w tramwaje, i nie chodzi w niej o „zrobienie dobrze” kierowcom, tyle tylko, że to głównie do nich skierowany jest przekaz klipu . Dlatego wydaje mi się tak absurdalny i szkoda tych 37 tys. zł, które magistrat wyda na emisję klipu w telewizjach, a nie przekonuje mnie argument, że to tylko równowartość dwóch zegarków eksministra Nowaka. Liczę zatem, że nie taki był powód jego produkcji…

To naprawdę fantastycznie, że prezydent Łodzi Hanna Zdanowska od rana jeździ komunikacją miejską razem z łodzianami doglądając jak w tym cyklonie remontów i pozamykanych ulic radzi sobie MPK. Powtarzam – fantastycznie, choć trąci to zwykłą pokazówką.

Pani prezydent nie od dziś sprawdza się w bezpośrednich relacjach z łodzianami i ustawkach z mediami, a teraz pokazuje, jak bardzo jest empatyczna, bo przecież dzieli z całą Łodzią tę niedolę jeżdżąc od Kozin na Retkinię, to znów do Śródmieścia. Tyle, że jest to tylko pokazówka, bo przecież jej obecność w tramwaju nie spowoduje, że pojazd dostanie szybciej zielone światło, a korek się rozładuje. Przypomnę tylko, że prezydent sama publicznie wspominała, jak bardzo się obawia, że kumulacja modernizacji, remontów i budów może przekreślić jej szanse na drugą kadencję. Lepiej się zatem pokazać, może ktoś przy urnie wyborczej sobie przypomni, jak prezydent tramwajem jechała i bierze odpowiedzialność za tę korkową apokalipsę. Z drugiej strony popis daremny, bo kto ma tę odpowiedzialność wziąć, jeśli nie ona? Gdyby jednak wybory odbyły się 4 listopada AD 2013, na Hannę Zdanowską głosowaliby chyba tylko jej radni…

Ale myli się ten, kto powie, że ja sobie z prezydent Zdanowskiej kpię. Jakby na tę „piarowską” zagrywkę nie spojrzeć, to trzeba jednak mieć potworną odwagę, by w tej sytuacji pojawiać się publicznie. Jakby nie patrzeć tłok był, a ustawka prezydent Zdanowskiej nie przypominała w niczym ustawki prezydenta Jerzego Kropiwnickiego, któremu podstawiono czysty i pusty autobus „57”. Przekornie powiem jednak, że mam nadzieję, iż jest to pokazówka, bo w przeciwnym razie w grę wchodzić może brak zaufania do współpracowników. Przecież prezydentka powinna spokojnie urzędować nie przejmując się, że coś nie gra w sytuacji gdy zamykana jest główna arteria między wschodem a zachodem miasta, bo ma przecież od tego wiceprezydenta Radosława Stępnia i szefa Zarządu Dróg i Transportu Grzegorza Nitę, których komplementuje jako wybitnych fachowców. A jeśli tak, to dlaczego nie może polegać na ich relacjach? Mijają się z prawdą? Jednak nie są wybitnymi fachmenami?

Jeszcze dwie sprawy. Osobiście wolałbym, żeby pani prezydent przejechała się nie tylko przeładowanym tramwajem czy autobusem, a prywatnym samochodem, co jednak byłoby trudne. Bo iluż dziennikarzy zmieści się do osobówki, by na bieżąco śledzić ocenę sytuacji jej autorstwa? A chciałbym zobaczyć minę pani prezydent choćby na widok aut stojących na ul. Radwańskiej, Sienkiewicza, Brzeźnej czy Nawrot. Stojących, mimo że świeci zielone światło.. Druga sprawa to fakt, że jeśli już raz się prezydent przejechała komunikacją miejską i „nie było źle”, to powinna MPK-iem jeździć co dzień, najlepiej którymś z tramwajów, które stały na Piotrkowskiej pierwszego wieczoru rewolucji drogowej od Żwirki do Muzeum Włókiennictwa ani drgnąwszy, a w drugą stronę nie jechało nic. Takiej pokazówki bym sobie życzył, bo może ze strachu by ruszyły.