Miesięczne archiwum: Październik 2013

Zagotowało się trochę wokół SLD, bo po absolutorium dla zarządu partii uradowany łódzki radny, a także wiceprzewodniczący SLD w województwie, czyli Piotr Bors, był tak zachwycony sukcesem, że w te pędy na twitterze podziękował wszystkim „koleżanką i kolegą”.

Nie wiem czy to przez ustawienia iPada, dysleksję czy zwyczajny antytalent ortograficzny, podobny do antytalentu historycznego jego pryncypała Dariusza Jońskiego. Bors powinien nad tym zapanować bez względu na to, czym to coś jest, albo dać sobie spokój z twitterami i facebookami, bo jednak radny, który pracuje nad dokumentami stanowiącymi lokalne prawo winien zasady pisowni znać. To bezsprzeczne. Mimo, że kłopoty ortograficzno-historyczne naszych lewicowych elit to po prostu temat zastępczy, o wiele bardziej żenuje mnie lansowanie tego tematu przez elity liberalne, czyli PO.

Młodzieżówka PO szykuje już happening o talentach Borsa, ale to nie kto inny jak Tomasz Kacprzak, były szef Rady Miejskiej z Borsa najczęściej się wyśmiewa, a nawet szydzi. OK, jego sprawa. Tyle, że właśnie Tomasz Kacprzak był w regionie łódzkim szefem kampanii prezydenta Bronisława Komorowskiego. A to przecież pan prezydent wpisując się do księgi kondolencyjnej w Ambasadzie Japonii użył słów „bul” zamiast „ból” oraz „nadzieji” zamiast „nadziei”. Błędy równie drastyczne jak te Borsa. Tyle, że Tomasz Kacprzak jakoś prezydenta Komorowskiego za te błędy nie krytykował, ani nie wyśmiewał… Wspólny mianownik tej absurdalnej historii ortograficznej jest taki, że ironizując z wpadki Borsa, radny Kacprzak de facto wyśmiewa bliskiego sobie prezydenta, choć zapewne bez użycia świadomości. Bo jeśli byłoby inaczej, to rozumiem że nie wchodziłby w tak delikatny, a zarazem naznaczony hipokryzją temat. Osoby publiczne z kłopotami ortograficznymi (jakkolwiek groteskowo to brzmi) trzeba uczyć, nie publicznie wyszydzać. Przed ortografią niby jesteśmy równi, ale wielu z nas gdyby miało wybierać, pewno wolałoby radnego analfabetę, niż prezydenta z podobnym felerem. Dlatego akurat politycy PO winni być ostatnimi, którzy wytykają błędy ortograficzne innym dorosłym ludziom, jeśli oczywiście mają szacunek dla prezydenta RP, który wywodzi się z ich środowiska. W innym przypadku zadają swemu prezydentowi prawdziwy ból, właśnie taki przez „o” z kreską.

Za jakieś dwa, trzy tygodnie w klubie SLD łódzkiej Rady Miejskiej ma dojść do sprawnie wyreżyserowanego przewrotu. Abdykuje jego szef, radny Władysław Skwarka, a zastąpić ma go Tomasz Trela, szef SLD w Łodzi, starannie ukrywany jako przyszły kandydat partii na prezydenta miasta.

To taki mały element strategii SLD na promowanie swego nieoficjalnego kandydata, bo póki co w szerszej świadomości łodzian nie zaistniał, nie ma się też co łudzić, że pomogą przy tym Sojuszowi te „niezwykłe billboardy” z jego wizerunkiem, które zawisły w Łodzi. SLD miało szansę, by radnego Trelę wypromować nieco mocniej, bo były przymiarki, by włożył buty szefa Rady Miejskiej, ale w partii wybrano strategię nie na zysk SLD, tylko rozwałkę w PO, stąd to wyrzuceni z PO radni podsunęli kandydatkę na szefa Rady. Co dalej?

Co by nie mówić o ludziach łódzkiego SLD, to trudno powiedzieć, że są oderwani od rzeczywistości politycznej, no może czasami za wyjątkiem posła Dariusza Jońskiego. I ta rzeczywistość wcale im nie podpowiada, że wystartuje Trela i zmiecie wszystkich swym wynikiem, łącznie z Hanną Zdanowską i kandydatem PiS, kimkolwiek by on nie był . Nie zdziwiłbym się, gdyby Trela zrobił najgorszy wynik dla SLD w ostatnich latach. Ale Joński, choć mocno rozpoznawalny, nie tylko nie chce startować ze względu na karierę w stolicy, ale nawet gdyby chciał, raczej miałby kłopot. Po nieoficjalnych zapowiedziach wyborczych (ludzie Jońskiego z Łodzi mają startować do sejmiku) widać, że poseł zachował wpływy w województwie, w Łodzi zaś rządzi Tomasz Trela i jego ludzie, i to ludzie mocno wyposzczeni z braku publicznych posad. Dlatego celem SLD nie są raczej najbliższe wybory, tylko te w 2018 r. Teraz radny Trela się tylko wyborczo przetrze, nieco podpromuje, ale to wyniki do Rady Miejskiej będą kluczowe, bo mogą pozwolić mu zostać wiceprezydentem. Bycie wiceprezydentem pozwoli zaś nakarmić głodny Sojusz i już z rozpoznawalnym kandydatem jechać na wybory AD 2018. Czyli z perspektywy głodnego działacza „lepszy Trela w garści, niż Joński na dachu”.

Niewykluczone zresztą, że SLD na ten temat z PO już rozmawiał, bo przecież i PO potrzebuje wsparcia SLD w rozgrywce budżetowej. Umiarkowany, ale i upragniony sukces przyjdzie jednak tylko w momencie zwycięstwa Zdanowskiej. Tej samej, którą Sojusz dziś tak mocno krytykuje i będzie krytykował aż do ciszy wyborczej.

Wybory w łódzkiej Platformie Obywatelskiej wedle przewidywań były rzeczywiście nudną formalnością i wymianą uprzejmości. Ale z braku laku kilka „zaskakujących” wydarzeń jednak miało miejsce.

– (skrywaną) irytację wśród delegatów Koła Aktywności wzbudził europoseł Jacek Saryusz – Wolski wybiegając z sali na początku przemówienia Hanny Zdanowskiej z telefonem przy uchu. To może oznaczać, że Jose Manuel Barroso mógł dokładnie nie wiedzieć, o której godzinie przemawia Zdanowska.Bo któż inny mógł wywołać europosła z sali w tak ważnym momencie…

– Prowadząca zjazd Elżbieta Królikowska – Kińska miała kłopoty z wyliczeniem zwykłej większości z 263, czyli podzieleniem tej liczby przez 2. Na szczęście krótkotrwałe, pani poseł jest przecież absolwentką  wydziału matematyki, fizyki i chemii UŁ

– Cezary Grabarczyk zdementował  informację jakoby przegrał wybory na szefa łódzkiej PO z Maciejem Grubskim w 2006 r. bo w ogóle w nich nie startował. A to znaczy, że Grubski przypominając to zwycięstwo wielokrotnie mijał się z prawdą lub prawdziwe są pogłoski o jego wybiórczej pamięci. Jedno nie wyklucza drugiego.

– Przy kawie przypomniano niegdyś tradycyjne w PO rozszyfrowanie skrótu KGB, czyli: Kacprzak Grubski Bugajski

– Wynik Zdanowskiej (252 głosy za, 2 przeciw) imponuje. Szczególnie w kontekście regulaminu, który przewidywał głosowanie metodą „nieskreślania” kandydata, gdy się go popiera. Nie chwalono się zatem posiadaniem długopisów, a być może na wyborach miało je tylko dwie osoby .

– Andrzej Biernat publicznie ocenił, że „minus dwa głosy to żaden wynik”. W rzeczywistości, przy ponad 250 głosach „za”,  jest to świetny wynik, bliski 100 procent. Ale akurat poseł Biernat nie jest absolwentem wydziału matematyki, fizyki i chemii UŁ.

– Tomasz Kacprzak został ponownie wiceprzewodniczącym PO. To jego pierwszy polityczny sukces w tym roku, a mamy już październik. Bogacz Misztal będzie zawiedziony.

– Rośnie frakcja PiS w PO. Krzysztof Piątkowski wszedł do zarządu partii w Łodzi, a początkowo podawano nawet, że w randze wiceprzewodniczącego. Na wyborach pojawiły się inne świeże nabytki się m.in. Czesław Telatycki i Mariusz Bogacz (nie mylić z bogaczem Misztalem) oraz Marek Cieślak i Krzysztof Dudek jako weterani transferów z PiS.

– W kuluarach nikt nie próbował robić sztucznego szumu wokół siebie. Nie było Bartosza Domaszewicza.

– Hitem zjazdu był efektowny klip „Łódź jest piękna” ze zrewitalizowanymi obiektami, młodziutką działaczką PO i panią prezydent. Początkowo fama głosiła, że klip ma pomóc Łodzi w zdobyciu Expo International, ale pani prezydent zaprzeczyła: klip powstał na potrzeby wyborów w PO. Czyli nawet w partii nie wierzą, że pani prezydent zmienia Łódź i trzeba im filmy puszczać przed głosowaniem…