Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

 

Ledwo się otrząsnąłem się z informacji, że prezydent Łodzi Hanna Zdanowska zaprojektowała fotel. Taki prawdziwy, do siedzenia i drzemki. Ledwo, ledwo… A już do Łodzi przyjechał premier Donald Tusk i projektuje fotel dla Zdanowskiej. Taki prezydencki. Na drugą, może trzecią kadencję. Tylko SLD i PiS chciałyby, by był to fotel z funkcją katapulty.

Obietnica poparcia Łodzi jako organizatora tzw. małego Expo, którą w złożył Tusk, dla przeciwników Zdanowskiej i Platformy Obywatelskiej jest szalenie nieporęczna. Decyzja za trzy lata, a nawet jak Łódź przegra, to i tak już wygrała. Przez te trzy lata z Warszawy musi popłynąć spora kasa na promocję zagraniczną. 30 mln zł w 2014 r. – jak nieoficjalnie słychać – a potem co rok o 10 mln zł więcej, do tego pieniądze na projekty rewitalizacyjne. Gdyby się okazało, że Łódź wygra, całe centrum musi lśnić, a przecież dziś, mimo że się rewitalizuje, to i tak są całe kwartały, które mogą grać w filmach o wojnie czeczeńskiej. Na to kasę musi dać państwo, bo Łódź w 2016-17 r. na inwestycje będzie miała niewiele.

Magistrat w komunikacie wylicza już zyski innych miast, które takie małe Expo organizowały, np. w niemieckim Hanowerze zostało po gościach 700 mln euro, a każdy taki gość zostawia od 17 do 70 euro dziennie, w sytuacji gdy jest ich w ciągu jednego tylko dnia około 20 tysięcy, a targi trwają trzy miesiące. Mnie w komunikacie magistratu jednak co innego uderzyło, a mianowicie wytłuszczony fragment, że „nie bez znaczenia będzie również społeczny i polityczny klimat panujący
w mieście, które aspiruje do organizacji EXPO”.

Tłumacząc to na ludzki język, w mieście nie będzie można już organizować referendów o odwołanie Hanny Zdanowskiej, bo przerżniemy już na starcie. Tak jak w bitwie o Europejską Stolicę Kultury 2016, kiedy to chwaliliśmy się „niestabilnością polityczną” po referendum, które de facto udało się tylko dlatego, że poparła je Platforma Obywatelska. Najlepiej oczywiście by nikt dla dobra Łodzi nie krytykował Hanny Zdanowskiej z obawy o „klimat”, a optymalnym wyjściem byłoby, gdyby nikt poza PO, nie wystawiał swoich kandydatów w wyborach na prezydenta Łodzi. Tusk, który w Łodzi chciał się pokazać się w roli odpowiedzialnego gospodarza kraju sam jednak nie uciekł od politycznego kontekstu swojej oferty dla Łodzi. Pytany o referendum warszawskie bez jakiegokolwiek przymusu stwierdził, że to od sukcesów „obu pań prezydentek Łodzi i Warszawy zależy też jego sukces” jako premiera i przywódcy PO. Czyli poparcie Łodzi w staraniach o Expo jest też polityczną inwestycją w Platformę. Platforma z tych wielkich miast prezydentów ma tylko w Łodzi i Warszawie, a Warszawę za chwilę może stracić. Gdyby za rok straciła tak duże miasto jak Łódź, wybory parlamentarne AD 2015 wygrać byłoby dwa razy trudniej. Zatem podjął pomysł Expo i tym samym projektuje dla Hanny Zdanowskiej fotel na drugą, może nawet trzecią kadencję.  SLD i PiS ma dziś nadzieję, że będzie to fotel z funkcją katapulty.

Zadałem to pytanie Marcinowi Mastalerkowi, posłowi PiS i szefowi okręgu łódzkiego, po tym, jak chyba po raz dwudziesty na drugiej z rzędu konferencji prasowej stwierdził, że Hanna Zdanowska (PO) to najgorszy prezydent Łodzi po 1989 r.

Zresztą stwierdził nie tylko on, bo ta ocena zyskała już wymiar legislacyjny w postaci specjalnej uchwały zarządu okręgu łódzkiego PiS. Tak na wszelki wypadek, gdyby komuś z PiS do głowy przyszło, że może jednak Zdanowska nie jest taka najgorsza, to trzeba było to uchwalić. Mastalerek jest nie w ciemię bity. Wie, że najlepszym można być tylko będąc w PiS, a jedynym prezydentem Łodzi, który miał jakikolwiek związek z logotypem PiS, był Jerzy Kropiwnicki, który to właśnie przez PiS został zgłoszony jako kandydat na prezydenta w 2006 r. Wiedział też, że gdyby odpowiedział, że najlepszym prezydentem był Kropiwnicki, przyłożyłby rękę do fali spekulacji, że to właśnie Kropiwnicki będzie kandydatem PiS w wyborach AD 2014. A na to sobie poseł pozwolić nie może, bo musi zadbać o to, by reklamować przyszłego kandydata PiS, a nie ewentualnego kandydata Łódzkiego Porozumienia Obywatelskiego.

W jego sytuacji odpowiedziałbym to pytanie tak: „nie było takiego prezydenta”. A poseł Mastalerek podejrzenie o bycie najlepszym jednak skierował w stronę Kropiwnickiego, odpowiadając, że wie, kto był najlepszym wiceprezydentem. To Marek Michalik, jego kolega, radny PiS. A u kogo tym wiceprezydentem był Michalik, jak nie u Kropiwnickiego…

O dziwo, co nie jest typowe, powiedział to poseł Mastalerek bez żadnej uchwały okręgowego PiS, choć może trzeba się takiej spodziewać w najbliższym czasie. A jeśli w najbliższym czasie PiS-owi narazi się wojewoda Jolanta Chełmińska, to należy nie tylko spodziewać się uchwały, że to najgorszy wojewoda łódzki po 1989 r. Prawdopodobne jest również, że w uzupełnieniu pojawi się uchwała, że najlepszym wojewodą łódzkim była Helena Pietraszkiewicz, oczywiście o ile ona nadal należy do PiS. Bo najlepszym dla PiS można być tylko wtedy, gdy się należy do PiS.

Wzrusza mnie luz wiceprezydenta Łodzi Radosława Stępnia (PO). Po tym, jak posłowie PiS pokazali interpelację z pieczątką wiceministra transportu, a w niej informację, że „zaistniała konieczność zabezpieczenia finansowania całości” budowy dworca Fabrycznego „ze środków krajowych”, wiceprezydent odparł, że „robienie sensacji z informacji znanych od miesięcy jest niepoważne”. Czytaj dalej

W Łodzi pojawiły się billboardy z wizerunkiem Tomasza Treli, szefa łódzkiego SLD. Zaledwie w środę pytałem go, w jaki sposób zamierza stać się na tyle rozpoznawalny, by liczyć się w wyborach na prezydenta Łodzi, bo przecież samo grillowanie prezydent Hanny Zdanowskiej (PO) nie wystarczy. Wymigał się od odpowiedzi wyświechtanym zdaniem, że kandydata SLD jeszcze nie ma… Kilka dni później pojawiły się billboardy, czyli wszystko jasne. To Trela będzie kandydatem SLD. Czytaj dalej

 Budżet obywatelski Łodzi to jest sprawa wyjątkowo obywatelska. 20 mln zł do podziału, prawie 800 wniosków od obywateli i obywatelka prezydent Łodzi wraz z obywatelami radnymi i obywatelami urzędnikami w pielgrzymce po mieszkaniach celem promocji.

Dobrze, że władza wychodzi do ludzi, tyle, że to zawsze dla władzy spore ryzyko. Przecież nawet w mało ryzykownej sprawie promocji głosowania na projekty budżetu obywatelskiego można się nadziać na nieelegancką uwagę, trudne pytanie, albo jeszcze na wskazanie palcem kolejnych problemów do rozwiązania.

Stąd wcale mnie dziwi, że prezydent Łodzi Hannie Zdanowskiej umyślni doradcy jako miejsca pielgrzymowania wskazali osiedla Barciński Park, Manhattan, Teofilów, Retkinię czy Olechów. A dlaczego nie biedne rejony Wschodniej, Abramowskiego, Wojska Polskiego czy Organizacji WiN? Tam namawiać do głosowania to byłoby prawdziwe wyzwanie i takaż odwaga, tyle, że pani prezydent na niektórych „kwadratach” mogłaby zostać potraktowana odmownie, a niemiłe uwagi mogłyby poranić prezydenckie uszy. A jakie problemy mogliby podrzucić pani prezydent mieszkańcy Barciński Park? Że henna nie wyszła? Że na ścianie miał być kolor „kawa z mlekiem”, a wyszedł brązowy? Wybór był zatem prosty.

 

Ale w żaden sposób nie przeczy to faktowi, że taka kampania „door to door” i tak jest ciężka, czasem bolesna, jednak korzyści ubocznych jest mnóstwo. Choćby wyborczych, bo ściskanie rączek, ba, nawet samo przedstawianie się, niechby tylko przez domofon, przy wyborach może się zwrócić. Oczywiście prezydent ma alibi, chodzi o sprawę ważną i pieniądze nieliche. Nikt nie powie, że prezydent dba o promocję jej samej, przecież promować budżet to obowiązek jaki? Obywatelski rzecz jasna. Choć gdzieś już słyszałem kąśliwy komentarz, że Hannę Zdanowską do promocji zatrudniły te fundacje, które na promowanie budżetu obywatelskiego otrzymały z budżetu Łodzi 200 tys. zł. A trasa pielgrzymek niektórych (nawet opozycyjnych) radnych zaangażowanych w promocję budżetu w naturalny sposób pokrywa się z ich okręgami wyborczymi. A wybory już za rok.

Odejście Johna Godsona z PO to mało. Na forach jest gnojony, a Ali Koussan, znany restaurator i członek PO wzywa go do złożenia mandatu posła. W liście otwartym (portal „GW”) podnosi, że Godson „oszukał wyborców” za pomocą poglądów „odpowiadających poglądom naszych politycznych przeciwników”. Cóż, Godsona, jeśli komuś nie odpowiada, można z polityki wyautować w prosty sposób…

Ale zanim podam przepis, pragnę krótko pochylić się nad oryginalną logiką zastosowaną przez pana Koussana. Na początku listu pada zdanie „został Pan (Godson – red.) wybrany przez wyborców z regionu łódzkiego z listy Platformy”. Pod koniec listu zaś czytamy, że  „głosom kolegów i koleżanek, do których wystosował Pan list z podziękowaniami (czyli członków PO – red.), zawdzięcza Pan obecne miejsce w Sejmie”. Komu więc Godson zawdzięcza mandat posła? Wyborcom czy członkom PO? Wyborców Godson miał prawie 30 tys. Z kolei członków PO w 9 okręgu wyborczym jest dokładnie 1683 (sprawdziłem w bazie wyborczej Regionu Łódzkiego PO), a niewielu z nich głosowało na Godsona. Oczywiście wiem, że pan Koussan liczyć umie, dlatego tej osobliwej logiki nie kładę na karb matematyki, a nawyku, jaki obserwuję u członków PO. Otóż jest to dowód na to, że nie tylko frontmani tej partii szczelnie izolują się od rzeczywistości, ale doły partyjne również. Bo jak inaczej tłumaczyć ten trend w myśleniu, że PO wszystko co ma, zawdzięcza tylko „koleżankom i kolegom z PO”?

A komu John Godson nie pasuje, to sposób usunięcia go z polityki sam John Godson sufluje. Wystarczy wypełnić ankietę, którą poseł indaguje łodzian na ulicach, ale też przy pomocy swojej strony internetowej. Wyniki tej ankiety mają posłowi pomóc w podjęciu decyzji a propos jego politycznej przyszłości. Wystarczy zatem ankietę ściągnąć, a na pytania odpowiedzieć według wzoru:

Przy pytaniu „E”, czyli „Jak Pan/Pani ocenia pracę posła Johna Godsona?” nielubiący Godsona wybiera odpowiedź „bardzo źle”.

„F”, czyli „Według Pana/Pani Poseł Godson powinien:

1. Kandydować na Prezydenta Łodzi 2. Kontynuować pracę w Sejmie 3. Kandydować do Parlamentu Europejskiego 4. Zrezygnować z polityki 5. Nie mam zdania 6. Kandydować do ….. ”  nielubiący Godsona opcjonalnie wybiera odpowiedź nr 4, bądź nr 6, w miejsce wielokropka wpisując, że „powinien kandydować” np. do trójki klasowej albo rady rodziców.

Pytanie G: „Czy Pan/Pani zagłosowałby/zagłosowałaby na Johna Godsona w przypadku jego kandydowania na:
1. Prezydenta Miasta Łodzi? 2. Posła do Parlamentu Europejskiego? 3.Posła do Sejmu RP?”. Jako, że przy każdym pytaniu opcje są trzy (tak, nie, nie wiem), nielubiący Godsona wybiera „nie”.

Godson posłucha albo nie, bo zdaje się, że decyzję i tak już podjął. Ale zamiast „hejtować” po forach, wystarczy wypełnić ankietę. Kulturalnie, po bożemu, bez nagonki i listów – apeli o dziwacznej logice ocena pracy dotrze do zainteresowanego. I to by była, proszę państwa, cywilizowana forma „hejterstwa”

Jerzy Kropiwnicki ministrem finansów w rządzie PiS? To jedna z opcji  Jarosława Kaczyńskiego. Realna? Nie przywiązywałbym większej wagi do słów Kaczyńskiego, który jeszcze premierem nie jest, a wypowiada je na dwa lata przed wyborami, których jeszcze nie wygrał. Natomiast ta „nominacja” wzmacnia Kropiwnickiego przed wyborami samorządowymi, które już za rok.

Wzmacnia przede wszystkim względem łódzkiego PiS. Bo to już nie jest PiS Jarosława Jagiełły, dla którego Kropiwnicki był naturalnym sojusznikiem. Teraz PiS w Łodzi to poseł Marcin Mastalerek, który ludzi Jagiełły się pozbywa i buduje partię w zasadzie od początku, oraz wciąż PiS Janiny Goss, która pilnuje swoich wpływów. I ten PiS w Łodzi wie, że nie ma na tyle rozpoznawalnego kandydata, by powalczyć w Łodzi o drugą turę wyborów prezydenckich i tylko popierając Kropiwnickiego (tak jak w kampanii z 2006 r.) jest w stanie tę drugą turę zdobyć. Ale wie też PiS, że nie po to od nowa buduje partię, by popierać kogoś, kto do PiS nie należy i nawet gdyby Kropiwnicki wygrał, nie będzie „swój” i trudno byłoby na niego wpływać. Kropiwnicki w tej nowej, mastalerkowej części łódzkiego PiS jest uznawany za „zdrajcę”: nie przyjął od prezesa Kaczyńskiego propozycji startu do Senatu, nie okazał cierpliwości i przyjął posadę doradcy prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wszyscy wiedzą, że to instytucja niezależna, jednak w PiS mówią, że to tak, jakby pracować dla Tuska. A to „zdrada”.  I lepiej jest poczekać do wyborów AD 2018, bo „jak będziemy mieli premiera, to w Łodzi PiS wygra prezydenta nawet z małpką na rowerze jako kandydatem”.

Natomiast dla zaplecza Kropiwnickiego, czyli Łódzkiego Porozumienia Obywatelskiego jest jasne, że ta ciepła wypowiedź pod adresem byłego prezydenta Łodzi jest prostym sygnałem, że Kaczyński poprze go szyldem PiS w przyszłorocznych wyborach. Mówią w ŁPO, logicznie zresztą, że to nie lokalny PiS tę decyzję podejmie, zatem ocena jego „zdrady” raz, że prymitywna i nierzeczywista, a dwa, że bez znaczenia. Nie wiadomo oczywiście czy Kropiwnicki zechce startować, na razie tylko nie zaprzecza, a przecież miałby coś do udowodnienia po przegranym referendum. Tylko, że tu, by przestraszyć sypiącą się PO i prezydent Hannę Zdanowską, trzeba iść razem z PiS. W PiS zaś mówią, że to niemożliwe, a owa „nominacja” na ministra finansów jest bez znaczenia, bo prezes przy okazji wymienił kilka innych nazwisk.

Pamiętam, że dla PiS niemożliwa była też koalicja z SLD, na każdym szczeblu. A po przedterminowych wyborach w Elblągu, „niemożliwe” stało się faktem. W Łodzi o reelekcję Hanny Zdanowskiej boi się nawet Hanna Zdanowska, a PiS jeśli jest PiS-em, to  powinien chcieć to wykorzystać, tym bardziej, że im słupki rosną, a Platformie topnieją. Dla nich odbić z rąk PO trzecie co do wielkości miasto w kraju na rok przed wyborami parlamentarnymi, które PiS „ma” wygrać, byłoby „golem do szatni”. Kaczyński powinien to wiedzieć.

Był Aleksandrów Łódzki, jest wojewódzki. Niewielkie podłódzkie miasteczko staje się „duchową” stolicą regionu i ringiem, na którym ciosy wymienia ksiądz z arcybiskupem.

Msze odprawia w Aleksandrowie już nie tylko zbuntowany, objęty suspensą ks. Jacek Stasiak, ale i sprawca suspensy, metropolita łódzki abp. Marek Jędraszewski. Dzień po filmie „Łamiąc suspensę II” w reżyserii ks. Stasiaka (także główna rola), mogliśmy zobaczyć propagandowy dramat z matematycznym przesłaniem pt. „Kościół jest niepodzielny” ze scenariuszem i główną rolą abp. Jędraszewskiego. Zanim dziennikarze w najbliższą niedzielę pojadą obejrzeć „Łamiąc suspensę III” , mogliśmy zobaczyć ks. Stasiaka w dokumencie w reżyserii Tomasza Lisa. To jest dopiero rozmach i iście menedżerskie zarządzania własnym buntem. Bo czym teraz księdza może przebić arcybiskup? Wystąpieniem w programie Wojewódzkiego? Pewno by się nadział na pytania o abp. Juliusza Paetza…

Zanim wszyscy wybiorą się na „Łamiąc suspensę III” warto dopisać, że ks. Stasiakowi trudno będzie przebić swój monolog z „dwójki”. To tam padło słynne zdanie „(…)Brałem silne leki, które działają jak narkotyk. Nie mogłem zrozumieć dekretu, więc jest nieważny”. Dramat płynnie przechodzi w komedię, choć kto wie, czy się nie opłaci. Jarosław Kaczyński też kiedyś tłumaczył, że był „na prochach”. Po latach niepowodzeń odbiera wypłatę: bije Tuska w sondażach. Teraz sympatia publiczności jest po stronie księdza, bo arcybiskup jest silniejszy, poza tym „obcy” i chce zabrać „ich” kościół. Argumenty prawa kanonicznego nie są nawet na drugim planie.

To, co dzieje się między kuria a księdzem z Aleksandrowa de facto jest kolejnym polskim serialem pt. „Czy Kościół jest nasz, czy ich”. Czy słucha wiernych, czy też wierni nie słuchają jego. Według oficjalnej wykładni kurii, każdy kto uczestniczy w nabożeństwach ks. Stasiaka, po prostu grzeszy. Widać grzech bardzo pociąga mieszkańców Aleksandrowa. Pytanie tylko czy oglądający księdza i arcybiskupa Bóg jeszcze wierzy sam w siebie…