Miesięczne archiwum: Listopad 2014

Przepraszam państwa za opóźnienie, ale czekaliśmy na konwój z oskarżonym – słowa te sędziowie Sądu Okręgowego w Łodzi powtarzają jak mantrę. Chodzi o to, że policyjna eskorta, która w konwoju przewozi delikwentów z aresztu do sądu nagminnie się spóźnia, przez co rozprawy zaczynają się z 30-, a nawet 60-minutowym opóźnieniem.

Wydaje się, że o ile sędziowie, obrońcy i oskarżyciele oswoili się z tą nienormalną sytuacją, o tyle świadkowie i obserwatorzy procesów nie przyswoili sobie takich „standardów” i za czekanie na Godota na sądowych korytarzach ciskają gromy pod adresem sądu. Niesłusznie, bowiem przyczyn poślizgów i opóźnień należy szukać gdzie indziej.

Dla mnie jest czymś niepojętym, że w dobie lotów Arniego na Marsa konwój policyjny nie jest w stanie na czas dotrzeć do gmachu Temidy. Być może wina jest po stronie zakładu karnego, który na czas nie potrafi  przygotować do drogi osadzonego. Jeśli tak jest, to najwyższa pora, aby to zmienić.
Skoro wiadomo, że aresztant o godz. 9 musi stawić się w sądzie, to chyba nic prostszego, jak obudzić go o właściwej porze, odziać, nakarmić, klepnąć na dobrą wróżbę i odprawić do policyjnego furgonu, który komunikiem pogna do sądu.

Jeśli więzień nie zdążył przełknąć śniadania, to też żaden problem.  Jestem przekonany, że policjanci z wydziału konwojowego, w ramach ocieplania swego wizerunku, zatrzymają się pod Mc Donalds, kupią oskarżonemu hamburgera i popędzą na rozprawę.

Można? Można. Dlatego moim pragnieniem jest, aby policja i służba więzienna zdała wreszcie egzamin i tak sobie zorganizowała pracę, żeby oskarżeni na czas meldowali się w sądzie. I aby sędzia – ku zdumieniu i oszołomieniu prawników i publiczności – mógł oznajmić, że proces zaczynamy bez opóźnienia, ponieważ konwój ZNÓW przybył punktualnie.

To był proces w iście amerykańskim stylu. Chodzi o zawrotne  tempo, bowiem bardzo rzadko zdarza się w Łodzi, aby proces  karny zaczął się i skończył tego samego dnia.

A tak się stało w łódzkim Sądzie Okręgowym w przypadku 21-letniego Daniela S., który potłuczoną butelką, tzw. tulipanem, zaatakował i obrabował przechodnia. Do napadu doszło podczas tegorocznych juwenaliów na osiedlu studenckim Lumumbowo w Łodzi. Oskarżony przyznał się do winy i został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat.

Co znamienne, w momencie zdarzenia napastnik i napadnięty byli studentami. A to oznacza upadek obyczajów wśród braci studenckiej. Kiedyś nie do pomyślenia było, aby żak żakowi – niczym podrzędny rzezimieszek – machał przed nosem „tulipanem” i żądał pieniędzy. Wprawdzie student-oprych  tłumaczył się w śledztwie, że był po paru głębszych, coś mu odbiło i chciał zaimponować koleżance, ale mnie nie przekonał. Ongiś też bywały juwenalia na „Lumumbowie”  i studenci za kołnierz nie wylewali. Kto nie pamięta tych czasów może sięgnąć po wywiady prasowe Krzysztofa Skiby, w których między wierszami trunek leje się strumieniami. 
A mimo to „tulipany” nie były w użyciu.

I jeszcze ciekawostka. Jako publiczność na rozprawie Daniela S. pojawili się studenci Wydziału Prawa UŁ. Czy ich obecność zdopingowała skład orzekający do poprowadzenia procesu po amerykańsku, czyli szybko i sprawnie? Nie wiem. Jeśli jednak tak było, to chciałbym, aby studenci częściej zaglądali do gmachu Temidy. Najlepiej codziennie.