Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Sygnał ostrzegawczy dla prezesów, którzy spółdzielnie mieszkaniowe traktują jak prywatny folwark. Sąd Okręgowy w Łodzi  uchylił uchwałę Rady Nadzorczej SM „Śródmieście” o wyrzuceniu ze spółdzielni szóstki lokatorów. Ci płakali i skakali z radości oraz padali sobie w ramiona, zaś prawnik spółdzielni zwiesił nos na kwintę i sprawiał wrażenie, jakby chciał się zapaść pod ziemię.

Lokatorzy nigdy nie mieli wątpliwości, że ich wyrzucenie to kara ówczesnego wszechwładnego i gromowładnego prezesa Krzysztofa D. (resztę nazwiska zarekwirowała prokuratura) za to, że protestowali przeciw pamiętnej wycince drzew na skwerze przy ul. Piotrkowskiej. Władze spółdzielni wzięły ich niemal za gierkowskich warchołów i gomułkowskich podżegaczy zimnowojennych. Lokatorzy z hukiem wylecieli ze spółdzielni, bowiem zarzucono im, że działają na jej szkodę i chcą skłócić spółdzielców. Jeśli włodarze SM „Śródmieście” myśleli, że wykluczeni położą uszy po sobie i będą siedzieć cicho jak struś pod miotłą, to srodze się pomylili. Lokatorzy skierowali sprawę do sądu i wygrali w cuglach, bowiem sędzia na decyzji i pokrętnej argumentacji władz spółdzielni nie zostawiła suchej nitki.

Niestety, Krzysztof D. nie dotarł do gmachu Temidy na finał sprawy. A szkoda, mógłby bowiem zobaczyć, jak przemija chwała świata. Jego świata. Jako Król Manhattanu uważany był jednego z najpotężniejszych prezesów łódzkich spółdzielni mieszkaniowych. Był to taki lokalny capo di tutti capi. Prawdziwy szef szefów. I nagle wszystko zaczęło się walić. Najpierw prokuratura postawiła mu zarzuty i odsunęła go okresowo od fotelu prezesa, a potem rada nadzorcza spółdzielni postawiła kropkę nad „i” wysyłając go na zieloną trawkę. „I jak tu żyć?” – pyta zapewne biedny pan Krzysztof. Cóż, nie pozostaje mu chyba nic innego, jak założyć plantację papryki.

Warto zauważyć, że jednoznaczne orzeczenie sądu to przestroga dla szefów spółdzielni i ich zauszników, aby nie traktowali lokatorów jak pionków na szachownicy. Można bowiem odnieść wrażenie, że niektórzy bossowie spółdzielczy, przekonani o swojej omnipotencji, nie liczą się z lokatorami i robią co chcą wiedząc, że włos im z głowy nie spadnie. O tym, że jest to błędne przekonanie udowodnili lokatorzy ze „Śródmieścia”. Czy ich śladem pójdą inni?

Trafił do nas tajny gryps przypadkowo znaleziony pod murami zakładu karnego przy ul. Smutnej w Łodzi. Oto jego treść.

Witaj, „Kudłaty”. To ja, „Czarny Melon”. Nie uwierzysz, ale znów trafiłem za kraty. Sam jestem zdumiony, gdyż skok na bank zaplanowałem i opracowałem według najlepszych wzorów i dokonań gangu Olsena. A wszystko przez nieuprzejmą, czarnobrewą kasjerkę. Pokazałem jej mojego okazałego colta, uśmiechnąłem się szarmancko i grzecznie zażądałem łupu, ale ona widać była głucha na jedno ucho, bowiem dała mi łupu-cupu. Musiała się naoglądać filmów z Chuckiem Norrisem, bo jak mnie zdjęli ze ściany, to w banku byli już gliniarze.

Wprawdzie tłumaczyłem w prokuraturze, że w banku kwestowałem na rzecz będących w ciężkiej potrzebie naszych braci na Ukrainie, którym Rosjanie chcą zrobić kęsim, ale śledczy mi nie uwierzyli. Wyłuszczyłem im, że colt był darem na rzecz Majdanu, a kominiarka oznaką skromności, aby nikt nie rozpoznał kwestarza i darczyńcy, ale wszystkie moje słowa przypominały rzucanie grochem o  ścianę. Kropkę nad „i”  postawił zaś nieustraszony pogromca złoczyńców – prokurator Kopania, który w telewizji chwalił się, że prokuratura odniosła kolejny znaczący sukces i złapała wyjątkowo groźnego przestępcę. Sukces? Jaki sukces. Zaprawdę powiadam Ci, mój „Kudłaty”, pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niźli łódzka prokuratura odniesie znaczący sukces. Dobrze, że pan prokurator mnie  teraz nie czyta, bo dopiero dałby mi popalić. I to bynajmniej nie „Camele”.

Stąd mój pobyt na Smutnej. Póki co idzie wytrzymać. Na przykład wczoraj zwiedzaliśmy z przewodnikiem celę Pęczaka. Na razie siedzi w niej dwóch szopenfeldziarzy, ale to się zmieni, bowiem cela ma trafić do ewidencji zabytków. Dlatego szefowie zakładu przygotowują stałą ekspozycję, której ozdobą mają być cenne pamiątki po upadłym baronie lewicy: firanki z wypasionego mercedesa oraz piąty szczebel drabiny do kariery, która w dzieciństwie przyśniła się przyszłemu parlamentarzyście. Poza tym atrakcji nie brakuje. Porucznik Sobczak obiecał mi nawet, że jak będę grzeczny, to będzie puszczał przez radiowęzeł mój ulubiony kawałek – „Jailhouse rock”.

Mam nadzieję, że wkrótce mnie odwiedzisz. Tylko pamiętaj, abyś czujnie i roztropnie jechał przez miasto, bo możesz się natknąć na słoneczny patrol aspirant Boratyńskiej. Nie ukrywam, że to jedna z najlepszych, a przez to najgroźniejszych  policjantek między Odrą a Bugiem. Poznałem ją zaraz po tym, jak wysadziłem bankomat na Kopernika i z pełnymi kasetami pędziłem swoim passatem na z góry upatrzone pozycje. Nawet nie zauważyłem, jak puściła się za mną w pościg, dopadła przy Wróblewskiego, szarpnęła drzwiami i gdy huknęła: – „Ręce do góry!”, to aż mi się alarm w aucie włączył. To właśnie po tej wpadce nabawiłem się frustracji i stanów lękowych. Tak więc błagam Cię, „Kudłaty”, jak będziesz przedzierał się na miasto, strzeż się patrolu słonecznego. Do rychłego zobaczenia!