Sprawa ta nie tylko poraża, lecz także przeraża. Jeśli potwierdzą się ustalenia prokuratury, to będzie można stwierdzić, że 52-letni łodzianin zgotował swoim dzieciom piekło. Zarzuty śledczych są jednoznaczne – gwałt, pedofilia i kazirodztwo, co oznacza, że syn i dwie córki ojca-pedofila przeszły gehennę. Chodzi o chłopca, który – według prokuratury – był molestowany w wieku 5 lat, o córkę, która została zgwałcona w wieku 18 lat i o drugą córkę, która też była molestowana i która mając zaledwie 13 lat popełniła samobójstwo.
W tym miejscu nasuwa się pytanie: czy jej desperacki, tragiczny krok nie był spowodowany toksycznymi relacjami z ojcem? Prokuratura jednak nie znalazła dowodów wpływu ojca na jej decyzję o odejściu z tego świata, więc nasze pytanie zostanie bez odpowiedzi. Może proces w tej ponurej sprawie, który odbędzie się w Sądzie Okręgowym  w Łodzi, uchyli rąbek tajemnicy.
Warto zwrócić uwagę na sekwencję zdarzeń. Otóż według śledczych, do molestowania obu córek dochodziło już w latach 2001 – 2007, gdy miały po kilka lat. W 2007 roku jedna z dziewczyn popełnia samobójstwo, co zapewne wstrząsnęło jej ojcem i zahamowało jego chore popędy, bowiem po raz kolejny dał o sobie znać dopiero w 2013 roku. Wtedy to – według prokuratury – zgwałcił córkę i molestował synka.
I dopiero po tych szokujących wydarzeniach do akcji wkracza matka dzieci, która o problemie zawiadamia fundację „Subvenio” w Łodzi (dziś już nie istnieje), a ta alarmuje prokuraturę, która wszczyna śledztwo zakończone aktem oskarżenia. Znamienne jest to, że matka nie powiadomiła policji ani prokuratury, tylko fundację. Czyżby nie do końca była przekonana o  winie męża? Szkoda, że uczyniła to tak późno. Inaczej mogłaby zaoszczędzić koszmaru swoim dzieciom, który zapewne zostanie w nich do końca życia.

Na co liczą „zaradne” panie księgowe, które biorą sprawy w swoje ręce i ze swoich firm macierzystych na potęgę wyprowadzają wielkie pieniądze? Dalibóg, nie wiem. Przecież to oczywiste, że wcześniej czy później ubytki w kasie zostaną wykryte, zaś na głowy winowajczyń posypią się gromy.

Podobno księgowe są w stanie wszystkiemu się oprzeć. Wszystkiemu  z wyjątkiem pokusy. Wszystko wskazuje na to, że  to święta prawda, bowiem codzienne obcowanie z banknotami i stojącymi otworem kontami bankowymi sprawia, że pokusa zwycięża.

Niedawno głośno było o pani Katarzynie, która z konta Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w Łodzi wyprowadziła 505 tys. zł. Jeśli liczyła na to, że przekręt nie ujrzy światła dziennego, to z całą pewnością tkwiła w „mylnym błędzie”. Drogowcy połapali się, że ktoś skubie ich kasę. Sprawa trafiła do sądu, który prawomocnie skazał księgową na dwa lata wiezienia w zawieszeniu na pięć lat. Dlatego nie poszła za kraty, bowiem musi oddać skradzioną fortunę, a w więzieniu trudno by jej było na nią zarobić. Z tego powodu – jakby powiedział bohater „Vabanku” – pozostała na powietrzu. Dla zdobycia pieniędzy rozkręciła interes. Zaczęła produkować kalendarze dla dzieci, na co dostała pożyczkę z urzędu pracy.

Upłynęło nieco wody w Nerze i mamy kolejną aferę z księgową w roli głównej. Tym razem do gmachu Temidy trafiła sprawa pani Agaty, która firmę irlandzką w Łodzi zubożyła – jak twierdzą śledczy – o 273 tys. zł. Kobieta miała na karku komorników i aby ich spłacić zaplanowała skok na kasę swojego ukochanego przedsiębiorstwa. Stąd trefne przelewy. Jej proces miał się zacząć tuż przed świętami Bożego Narodzenia, ale nie zaczął, bowiem oskarżona zostanie zbadana przez lekarzy i oni zadecydują czy może stawiać się na rozprawach.

Cóż, mamy okres świąteczny i pani Agata ma zapewne sporo czasu, aby się zastanowić, jaki biznes rozkręcić, żeby – w przypadku wyroku skazującego – wypełnić ubytki w szkatule firmy i w ten sposób zaspokoić Irlandczyków. A dla innych księgowych będzie to zapewne czas  na refleksję, że fortuna toczy się nie tylko kołem, ale nawet sądem.

Przepraszam państwa za opóźnienie, ale czekaliśmy na konwój z oskarżonym – słowa te sędziowie Sądu Okręgowego w Łodzi powtarzają jak mantrę. Chodzi o to, że policyjna eskorta, która w konwoju przewozi delikwentów z aresztu do sądu nagminnie się spóźnia, przez co rozprawy zaczynają się z 30-, a nawet 60-minutowym opóźnieniem.

Wydaje się, że o ile sędziowie, obrońcy i oskarżyciele oswoili się z tą nienormalną sytuacją, o tyle świadkowie i obserwatorzy procesów nie przyswoili sobie takich „standardów” i za czekanie na Godota na sądowych korytarzach ciskają gromy pod adresem sądu. Niesłusznie, bowiem przyczyn poślizgów i opóźnień należy szukać gdzie indziej.

Dla mnie jest czymś niepojętym, że w dobie lotów Arniego na Marsa konwój policyjny nie jest w stanie na czas dotrzeć do gmachu Temidy. Być może wina jest po stronie zakładu karnego, który na czas nie potrafi  przygotować do drogi osadzonego. Jeśli tak jest, to najwyższa pora, aby to zmienić.
Skoro wiadomo, że aresztant o godz. 9 musi stawić się w sądzie, to chyba nic prostszego, jak obudzić go o właściwej porze, odziać, nakarmić, klepnąć na dobrą wróżbę i odprawić do policyjnego furgonu, który komunikiem pogna do sądu.

Jeśli więzień nie zdążył przełknąć śniadania, to też żaden problem.  Jestem przekonany, że policjanci z wydziału konwojowego, w ramach ocieplania swego wizerunku, zatrzymają się pod Mc Donalds, kupią oskarżonemu hamburgera i popędzą na rozprawę.

Można? Można. Dlatego moim pragnieniem jest, aby policja i służba więzienna zdała wreszcie egzamin i tak sobie zorganizowała pracę, żeby oskarżeni na czas meldowali się w sądzie. I aby sędzia – ku zdumieniu i oszołomieniu prawników i publiczności – mógł oznajmić, że proces zaczynamy bez opóźnienia, ponieważ konwój ZNÓW przybył punktualnie.

To był proces w iście amerykańskim stylu. Chodzi o zawrotne  tempo, bowiem bardzo rzadko zdarza się w Łodzi, aby proces  karny zaczął się i skończył tego samego dnia.

A tak się stało w łódzkim Sądzie Okręgowym w przypadku 21-letniego Daniela S., który potłuczoną butelką, tzw. tulipanem, zaatakował i obrabował przechodnia. Do napadu doszło podczas tegorocznych juwenaliów na osiedlu studenckim Lumumbowo w Łodzi. Oskarżony przyznał się do winy i został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat.

Co znamienne, w momencie zdarzenia napastnik i napadnięty byli studentami. A to oznacza upadek obyczajów wśród braci studenckiej. Kiedyś nie do pomyślenia było, aby żak żakowi – niczym podrzędny rzezimieszek – machał przed nosem „tulipanem” i żądał pieniędzy. Wprawdzie student-oprych  tłumaczył się w śledztwie, że był po paru głębszych, coś mu odbiło i chciał zaimponować koleżance, ale mnie nie przekonał. Ongiś też bywały juwenalia na „Lumumbowie”  i studenci za kołnierz nie wylewali. Kto nie pamięta tych czasów może sięgnąć po wywiady prasowe Krzysztofa Skiby, w których między wierszami trunek leje się strumieniami. 
A mimo to „tulipany” nie były w użyciu.

I jeszcze ciekawostka. Jako publiczność na rozprawie Daniela S. pojawili się studenci Wydziału Prawa UŁ. Czy ich obecność zdopingowała skład orzekający do poprowadzenia procesu po amerykańsku, czyli szybko i sprawnie? Nie wiem. Jeśli jednak tak było, to chciałbym, aby studenci częściej zaglądali do gmachu Temidy. Najlepiej codziennie.

Jestem zaniepokojony. Policjanci wciąż nie schwytali bandytów, którzy pobili i obrabowali Pawła Zarychtę, komendanta policji powiatowej w Pabianicach, podczas przejażdżki rowerowej na tzw. Uroczysku w pobliżu lotniska w Łodzi na Lublinku.

Mój niepokój bierze się stąd, że jeśli stróże prawa nie mogą wytropić sprawców napadu na prominentnego funkcjonariusza, to co dopiero mówić o przypadkach, gdy ofiarą napastników pada przeciętny Jan Kowalski. Policjanci zapewne postawili sobie za punkt honoru, aby schwytać prześladowców komendanta. I stają na głowie, aby ich namierzyć i pochwycić. I wcale im się nie dziwię.

Chciałbym jednak, aby z podobnym zaangażowaniem ścigali złoczyńców, którzy na Polesiu skatowali  Kowalskiego, na Bałutach obrabowali Malinowskiego, zaś w Śródmieściu wybili zęby Nowakowi. Niestety, moja wiara, że sprawcy takich napadów nie unikną ławy oskarżonych maleje. A to dlatego, że bandyci z „Uroczyska” wciąż są na wolności i wkrótce mogą dopaść kolejną ofiarę.

Paweł Zarychta jechał na rowerze po cywilu i raczej nic nie wskazuje na to, że spotkała go zemsta ze strony oprychów, którym kiedyś zaszedł za skórę. A to oznacza, że na malowniczym „Uroczysku” z lasem i stawem, które upodobali sobie cykliści z różnych stron miasta, znów może dojść do brutalnego napadu.

Aby rozwiać obawy i przeciąć spekulacje pozostaje tylko jedno rozwiązanie: ująć sprawców napadu na „Uroczysku”. A więc śledczy – do dzieła!

Miłośnicy mocnych trunków w Łodzi zbuntowali się i teraz – złapani na ulicy przez patrol straży miejskiej – za żadne skarby nie chcą być odstawiani do izby wytrzeźwień, lecz błagają, aby ich zawieźć na sygnale do VI komisariatu przy ul. Wysokiej. Sytuacja jest na tyle poważna, że w sprawie tej ma się odbyć debata na szczycie z udziałem przedstawicieli władz miasta i służb mundurowych.

Tymczasem szefowie policji zastanawiają się, jak spożytkować wizerunkowo i propagandowo nieoczekiwaną, ale w pełni zasłużoną sławę, jaką VI komisariat zdobył w całej Polsce. Podobno pojawiły się pomysły, aby oficjalna nazwa placówki brzmiała: komisariat „Pod Wesołym Funkcjonariuszem” i żeby nad wejściem umieścić portrety honorowych patronów: Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza.

Niektórzy szeregowi pracownicy ponoć postulują, aby przy dyżurce zainstalować i oddać w ajencję wyszynk całodobowy, ale z tym może być problem, bowiem uroczysty bankiet w VI komisariacie – przez złe języki nazywany libacją – został źle odebrany przez przełożonych. A przecież już na pierwszy rzut oka widać, że biorący udział w imprezie policjanci, którzy na co dzień są aktywnymi członkami Klubu Anonimowych Abstynentów, są niewinni.

A to dlatego, że po ciężkiej służbie wzmacniali się nie pierwszym lepszym alkoholem z kontrabandy, lecz  szlachetnymi trunkami z górnej półki monopolowej. Ponadto biesiadowali po godzinach pracy, wznosili toasty za zdrowie komendanta i śpiewali starą pieśń resortową: „A kto nie wypije, tego we dwa kije”. Niestety, niektórzy ponuracy odebrali te słowa jako groźby karalne, zaalarmowali media i mleko z procentami się rozlało.

Skutemu kajdankami i dzwoniącemu łańcuchami 34-letniemu Rafałowi P. zapewne pociemniało w oczach, gdy usłyszał wyrok dożywocia. Tego nikt się nie spodziewał. A to dlatego, że prokurator domagał się dla niego 25 lat więzienia za pamiętny napad rabunkowy w 2000 roku w centrum Skierniewic, którego ofiarą padł śmiertelnie postrzelony w głowę jubiler.

Tymczasem sąd najpewniej bezwiednie nawiązał do westernu „Unforgiven” z Clintem Eastwoodem i na głowę bandyty Rafała P., który do końca zachował pokerowy wyraz twarzy, spadł najwyższy wymiar kary. Było to dla niego jak grom z jasnego nieba, po którym pozbiera się dopiero wtedy, jeśli wniesie apelację, która okaże się skuteczna. Inaczej do końca swoich dni będzie za kratami rozpamiętywał czasy, gdy był silny, zwarty i gotowy – do napadów rabunkowych.

„Kara 25 lat więzienia byłaby rażąco niesprawiedliwa” – podkreślił sędzia nawiązując do żądań zbitego z pantałyku i zaskoczonego takim obrotem sprawy prokuratora. Chodzi bowiem o to, że bardzo rzadko się zdarza, iż sąd przebija wyrok zaproponowany przez oskarżyciela. Muszą być ku temu ważkie powody i okoliczności. I takowe – jak sądzę – były.

W sprawie tej na ławie oskarżonych oprócz Rafała P. zasiadał 31-letni Cezary Z. W trakcie napadu w Skierniewicach pierwszy uzbrojony był w pistolet, drugi w paralizator. Podczas procesu obaj oskarżeni obrzucali się winą za śmiertelny strzał, który – jak podkreślali – padł podczas szamotaniny, bowiem jubiler nieopatrznie wziął uzbrojonych bandytów za pętaków i chciał ich wysłać w kosmos, czyli wyrzucić ze sklepu.

Sąd mógł uznać, że strzał faktycznie był przypadkowy i Rafał P. zasłużył jedynie na 25 lat za kratami. Jednak sąd poszedł innym tropem i wyjaśnił – dla mnie przekonywująco – że dla głównego sprawcy nie ma okoliczności łagodzących. A to dlatego, że nabył broń i starannie przygotował się do skoku na jubilera oraz nie ratował go, lecz rabował, gdy padł feralny strzał. Ponadto zacierał za sobą ślady, żeby zmylić pościg i zaledwie po kilku miesiącach wrócił do bandyckiego rzemiosła napadając z bronią na bank w Białej Rawskiej.

„W tej sytuacji tylko dożywocie będzie karą adekwatną i sprawiedliwą” – stwierdził sędzia. I pod tymi słowami można się podpisać obiema rękami. Tym bardziej, że jest szansa, iż tak surowy wyrok będzie jak zimny prysznic dla tych, którym marzą się napady z „gnatem” w ręku.

Sygnał ostrzegawczy dla prezesów, którzy spółdzielnie mieszkaniowe traktują jak prywatny folwark. Sąd Okręgowy w Łodzi  uchylił uchwałę Rady Nadzorczej SM „Śródmieście” o wyrzuceniu ze spółdzielni szóstki lokatorów. Ci płakali i skakali z radości oraz padali sobie w ramiona, zaś prawnik spółdzielni zwiesił nos na kwintę i sprawiał wrażenie, jakby chciał się zapaść pod ziemię.

Lokatorzy nigdy nie mieli wątpliwości, że ich wyrzucenie to kara ówczesnego wszechwładnego i gromowładnego prezesa Krzysztofa D. (resztę nazwiska zarekwirowała prokuratura) za to, że protestowali przeciw pamiętnej wycince drzew na skwerze przy ul. Piotrkowskiej. Władze spółdzielni wzięły ich niemal za gierkowskich warchołów i gomułkowskich podżegaczy zimnowojennych. Lokatorzy z hukiem wylecieli ze spółdzielni, bowiem zarzucono im, że działają na jej szkodę i chcą skłócić spółdzielców. Jeśli włodarze SM „Śródmieście” myśleli, że wykluczeni położą uszy po sobie i będą siedzieć cicho jak struś pod miotłą, to srodze się pomylili. Lokatorzy skierowali sprawę do sądu i wygrali w cuglach, bowiem sędzia na decyzji i pokrętnej argumentacji władz spółdzielni nie zostawiła suchej nitki.

Niestety, Krzysztof D. nie dotarł do gmachu Temidy na finał sprawy. A szkoda, mógłby bowiem zobaczyć, jak przemija chwała świata. Jego świata. Jako Król Manhattanu uważany był jednego z najpotężniejszych prezesów łódzkich spółdzielni mieszkaniowych. Był to taki lokalny capo di tutti capi. Prawdziwy szef szefów. I nagle wszystko zaczęło się walić. Najpierw prokuratura postawiła mu zarzuty i odsunęła go okresowo od fotelu prezesa, a potem rada nadzorcza spółdzielni postawiła kropkę nad „i” wysyłając go na zieloną trawkę. „I jak tu żyć?” – pyta zapewne biedny pan Krzysztof. Cóż, nie pozostaje mu chyba nic innego, jak założyć plantację papryki.

Warto zauważyć, że jednoznaczne orzeczenie sądu to przestroga dla szefów spółdzielni i ich zauszników, aby nie traktowali lokatorów jak pionków na szachownicy. Można bowiem odnieść wrażenie, że niektórzy bossowie spółdzielczy, przekonani o swojej omnipotencji, nie liczą się z lokatorami i robią co chcą wiedząc, że włos im z głowy nie spadnie. O tym, że jest to błędne przekonanie udowodnili lokatorzy ze „Śródmieścia”. Czy ich śladem pójdą inni?

Trafił do nas tajny gryps przypadkowo znaleziony pod murami zakładu karnego przy ul. Smutnej w Łodzi. Oto jego treść.

Witaj, „Kudłaty”. To ja, „Czarny Melon”. Nie uwierzysz, ale znów trafiłem za kraty. Sam jestem zdumiony, gdyż skok na bank zaplanowałem i opracowałem według najlepszych wzorów i dokonań gangu Olsena. A wszystko przez nieuprzejmą, czarnobrewą kasjerkę. Pokazałem jej mojego okazałego colta, uśmiechnąłem się szarmancko i grzecznie zażądałem łupu, ale ona widać była głucha na jedno ucho, bowiem dała mi łupu-cupu. Musiała się naoglądać filmów z Chuckiem Norrisem, bo jak mnie zdjęli ze ściany, to w banku byli już gliniarze.

Wprawdzie tłumaczyłem w prokuraturze, że w banku kwestowałem na rzecz będących w ciężkiej potrzebie naszych braci na Ukrainie, którym Rosjanie chcą zrobić kęsim, ale śledczy mi nie uwierzyli. Wyłuszczyłem im, że colt był darem na rzecz Majdanu, a kominiarka oznaką skromności, aby nikt nie rozpoznał kwestarza i darczyńcy, ale wszystkie moje słowa przypominały rzucanie grochem o  ścianę. Kropkę nad „i”  postawił zaś nieustraszony pogromca złoczyńców – prokurator Kopania, który w telewizji chwalił się, że prokuratura odniosła kolejny znaczący sukces i złapała wyjątkowo groźnego przestępcę. Sukces? Jaki sukces. Zaprawdę powiadam Ci, mój „Kudłaty”, pierwej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niźli łódzka prokuratura odniesie znaczący sukces. Dobrze, że pan prokurator mnie  teraz nie czyta, bo dopiero dałby mi popalić. I to bynajmniej nie „Camele”.

Stąd mój pobyt na Smutnej. Póki co idzie wytrzymać. Na przykład wczoraj zwiedzaliśmy z przewodnikiem celę Pęczaka. Na razie siedzi w niej dwóch szopenfeldziarzy, ale to się zmieni, bowiem cela ma trafić do ewidencji zabytków. Dlatego szefowie zakładu przygotowują stałą ekspozycję, której ozdobą mają być cenne pamiątki po upadłym baronie lewicy: firanki z wypasionego mercedesa oraz piąty szczebel drabiny do kariery, która w dzieciństwie przyśniła się przyszłemu parlamentarzyście. Poza tym atrakcji nie brakuje. Porucznik Sobczak obiecał mi nawet, że jak będę grzeczny, to będzie puszczał przez radiowęzeł mój ulubiony kawałek – „Jailhouse rock”.

Mam nadzieję, że wkrótce mnie odwiedzisz. Tylko pamiętaj, abyś czujnie i roztropnie jechał przez miasto, bo możesz się natknąć na słoneczny patrol aspirant Boratyńskiej. Nie ukrywam, że to jedna z najlepszych, a przez to najgroźniejszych  policjantek między Odrą a Bugiem. Poznałem ją zaraz po tym, jak wysadziłem bankomat na Kopernika i z pełnymi kasetami pędziłem swoim passatem na z góry upatrzone pozycje. Nawet nie zauważyłem, jak puściła się za mną w pościg, dopadła przy Wróblewskiego, szarpnęła drzwiami i gdy huknęła: – „Ręce do góry!”, to aż mi się alarm w aucie włączył. To właśnie po tej wpadce nabawiłem się frustracji i stanów lękowych. Tak więc błagam Cię, „Kudłaty”, jak będziesz przedzierał się na miasto, strzeż się patrolu słonecznego. Do rychłego zobaczenia!

Takiego finału drugiego procesu tzw. zbrojnego ramienia łódzkiej ośmiornicy w Sądzie Okręgowym mało kto się spodziewał. Chodzi oczywiście o jednego z głównych oskarżonych – Roberta R. z Pabianic, byłego mistrza Europy juniorów w strzelaniu sportowym z pistoletu.

Prokuratura uznała go za killera mafii i zarzuciła mu, że w ramach mafijnych porachunków przyjął zlecenie na „skasowanie” dwóch gangsterów – „Ryby” i „Boksera”. Pierwszy z nich został zastrzelony po wyjściu z siłowni, a drugi postrzelony i w głowę ciężko zraniony pod swoim domem. Czytaj dalej