Archiwa tagu: Ghazni

Napisałem prośbę do Dowódcy PKW o urlop z argumentacja zgodna z rzeczywistością. Żadnego ściemniania. Dowódca wyraził zgodę. Otrzymałem bardzo dużą pomoc ze strony Kolegów z bazy oraz ludzi z Dowództwa Operacyjnego w kraju; szczególnie Roberta.  Jest dobrze. Co prawda w tym okresie, kiedy będę chciał lecieć (początek stycznia) nie będzie żadnego polskiego samolotu do kraju, ale do Madziuli polecę nawet dookoła świata. Szykuje się lot do Ramstein, a potem na własną rękę do kraju. Oby tylko wylecieć z Ghazni. W Bagram już coś załatwię. Oby tylko nie zredziło (kod RED oznacza zakaz lotów – powód pogoda lub ostrzał).

Po śniadaniu dostajemy potwierdzenie decyzji, że lecimy do Bagram. Czekamy na lotnisku, widać lądującą naszą CASĘ o nr 012. Załadunek, tankowanie i o 10:25 start do Bagram. W czasie lotu nad górami zrozumiałem dlaczego CASA pozbywa się połowy ładunku w Mazer e Sharif. Lot momentami dawał wrażenie, ze ocieramy się o wierzchołki gór. Widoki niesamowite. Część stoków jest zaśnieżona, w dole, u podnóża, widać nawet zieloną roślinność. Piloci lawirują między grzbietami gór i po niecałych 40 minutach zaczynamy gwałtowne schodzenie zakosami. O godzinie 11:15 lądujemy bez przeszkód w Bagram.

Baza w Bagram – pozostałość po armii radzieckiej – to prawdziwe miasto. Duże lotnisko, a obok infrastruktura logistyczna głównie amerykańska. Wjeżdżamy do PMC (Polish Military Compound). Kilkanaście minut oczekiwania na to, żeby się ktoś nami zainteresował.

Nagle zmiana decyzji i informacja, że „zaraz” lecimy do Ghazni. Na biegu pobieramy broń, hełm, kamizelkę kuloodporną i indywidualne zestawy medyczne. Cały ten mój majdan waży ze 150 kg, ale bez tego nie ma możliwości dostania się na pokład śmigłowca. Jedziemy na lotnisko (starym, poczciwym STAREM). Po kilkunastu minutach lądują dwie siedemnastki. Wyładowują zmianę wracającą i biorą nas na pokład. Jeden Mi-17 zabiera cargo. Do drugiego o nr 6111 pakujemy się my z bagażami. Kamizelki i hełmy na sobie. Startujemy o 15:30. Lecimy w osiem osób. Jeden gunman w otwartych drzwiach, drugi operuje przez otwarte okno; z „pekaśkami” gotowymi do użycia. Lot do Ghazni trwa 50 minut. Lądujemy w „porcie docelowym” o godzinie 16:25. Na lądowisku miła niespodzianka. Komendant szpitala ppłk lek. med. P. czeka na mnie z karetką. Pomógł mi załadować cały mój majdan do karetki. Po dojeździe do szpitala okazało się, że nocleg będę miał we wspólnym namiocie typu „Alaska”. Jesteśmy w siedem osób. To efekty rotacji na raty. No cóż taka kolej rzeczy.

Taka refleksja: mamy mocarstwowe sny, wysyłamy naszych żołnierzy w świat, a nie mamy chociaż jednego samolotu zdolnego do pokonania takiej trasy bez międzylądowania. Przebazowanie z Warszawy do Ghazni zajęło 4 dni(!). a to podobno i tak ekspressowe tempo…. 🙂