Archiwum kategorii: Felietony Asi

Witam Państwa. Mimo, założenia, że  czas odpocząć od onkologicznych tematów, dzisiaj kolejny felieton z rakiem w tle. Jak przypuszczam, nie ostatni.

Przypomniałam sobie, jak rok temu leżałam na dnie oceanu rozpaczy. Informacja, że mam raka oznaczała dla mnie tyle co wyrok śmierci, a ja wcale nie chciałam jeszcze umierać. Z perspektywy roku, mogę śmiało powiedzieć, że jak do tej pory miałam szczęście. Tydzień po wybadaniu guza byłam już u onkologa, za dwa dni na usg, w kolejnym dniu biopsja i za dwa tygodnie operacja. Po miesiącu rozpoczęłam półroczne leczenie chemioterapią, a następnie sześciotygodniową radioterapię. Na nic nie musiałam czekać. Mimo tego, że jestem medykiem, diagnoza sprawiła, że  poczułam się jak dziecko we mgle. Nie miałam pojęcia gdzie się zgłosić, jak będzie przebiegało moje leczenie i czy jest ktoś kto pomoże mi nie zwariować z rozpaczy. Trafiłam na wspaniałego lekarza, który wyprowadził mnie z labiryntu, ale ilu jest takich? W dużych ośrodkach onkologicznych lekarze mają dla pacjentów minuty, i nie z ich złej woli to wynika. Zatem? Wadliwy system opieki zdrowotnej? W ciągu ubiegłego roku poznałam wielu pacjentów onkologicznych, usłyszałam ich historie, niestety nie wszyscy mieli tyle szczęścia co ja. Często zaczyna się już od wizyty w POZcie. Pacjent informuje lekarza, że czuje się źle. Nie potrafi jednoznacznie stwierdzić co mu dolega, jest wciąż osłabiony, ma małą tolerancję wysiłku, zawroty głowy. Słyszy, że to taki okres przesilenia wiosennego, jesiennego, zimowego. Mijają miesiące. Brakuje onkologicznej czujności, potraktowania pacjenta „całościowo”, wykonania badań i poskładania objawów w logiczną całość. I znów pytanie, kto zawiódł ? System czy człowiek? Kiedy pojawia się koncepcja konsultacji onkologicznej,  pacjent czeka w kolejce. Czeka na wizytę, czeka na usg, czeka na tomograf, czeka na zabieg itd. Niestety, rak nie poczeka. Organizacja naszych instytucji ochrony zdrowia pozostawia wiele do życzenia. Dlatego też ruszyła ogólnopolska kampania organizowana przez Polską Koalicję Pacjentów Onkologicznych pod nazwą „Pacjent wykluczony”. W logo kampanii zobaczycie Państwo labirynt. Zagubiło się w nim wielu chorych ludzi.„Pacjent wykluczony” to taki, który nie znajduje oparcia w systemie opieki zdrowotnej w Polsce. Kim jest?  Jest osobą chorą, u której zbyt późno wykryto nowotwór mimo przeprowadzonych badań. Jest osobą chorą, której obowiązujący system opieki zdrowotnej utrudnia dostęp do specjalistów onkologów. Jest osobą chorą, bez dostępu do rzetelnej informacji. Celem kampanii jest zwrócenie uwagi społeczeństwa i administracji państwowej na problemy pacjentów onkologicznych, dostarczenie im informacji dotyczących możliwości uzyskania szybkiego dostępu do leczenia, również niestandardowego oraz realna pomoc prawna. Patronat honorowy nad kampanią objęła Naczelna Rada Adwokacka oraz Rzecznik Praw Pacjenta. I co Państwo na taką inicjatywę?  Mnie się podoba. Całkiem niedawno postanowiłam przekonać się na własnej skórze, czy naprawdę nasz system jest wadliwy. W tym celu poczyniłam w Ulubionym Ośrodku małą prowokację. Godzinę stałam w kolejce do rejestracji, by umówić się na kontrolną wizytę onkologiczną w poradni. Pani w okienku patrzyła na mnie z politowaniem, nie było możliwości wyznaczenia wizyty do lekarza na najbliższe miesiące. Część pacjentów onkologicznych (do których i ja należę) świetnie sobie radzi w takich sytuacjach. Np. moja koleżanka, która jako młoda kobieta przeszła operację mastektomii a następnie usunięcia jajników, potrafi dochodzić swoich praw z siłą tsunami. Ostatnio Nawet Pan Dyrektor Szanowny dzwonił do niej z przeprosinami, a niemożliwe terminy badań stały się możliwe. Cóż, cuda czasem się zdarzają. Niestety nie wszyscy mają taką siłę perswazji jak ona, tudzież znajomego lekarza, koleżankę pielęgniarkę albo wujka w laboratorium. Pacjent wykluczony walczy nie tylko z chorobą, walczy również z medyczną rzeczywistością. Często czuje się pokrzywdzony, oszukany, bezradny, wypluty przez system. W takiej sytuacji nie wystarczy tylko wsparcie emocjonalne, konieczne jest wsparcie merytoryczne ekspertów medycznych oraz prawnych. Wszystkim, którzy potrzebują takiej właśnie pomocy, polecam odwiedzenie strony www.pacjentwykluczony.pl  A Państwu i sobie życzę szczęścia. Nie wiem tylko, czy bardziej potrzebne jest w życiu codziennym, czy może raczej w chorowaniu.

Witam Państwa. Z racji przebywania  na długotrwałym zwolnieniu z pracy, mam ostatnimi czasy, możliwość oglądania telewizji śniadaniowej. Oglądam więc i oczy przecieram ze zdziwienia.

Na ekranie sesja fotograficzna nagich modelek, z których każda waży ponad 150 kg !Prowadząca program stwierdziła, że jest to poza granicami dobrego smaku. Ja byłam podobnego zdania. Przez chwilę. Zaraz, zaraz a kto niedawno pozował do sesji z łysą głową? Jedno z moich ulubionych zdjęć, które uważam za piękne, jest zdaniem koleżanki PRZERAŻAJĄCE. Hmm… de gustibus non disputandum est. Mało tego, niedawno udostępniłam na moim profilu fb album „The scar Project.”  Zdjęcia pokazują kobiety z bliznami po operacjach mastektomii. Myślę, że podobnie jak w przypadku sesji otyłych modelek, autor nie miał na celu  ukazania piękna. Chodzi o to, by pokazać  rzeczy ważne.  Otyłość jest niewątpliwie ważnym problemem. Proszę zwrócić uwagę, że piszę o OTYŁOŚCI, nie o fanaberii , że komuś z takich czy innych powodów nagle  przybyło kilka kilogramów kochanego ciałka. O otyłości mówimy, gdy wskaźnik BMI wynosi ponad 30, o nadwadze gdy BMI zawiera się w przedziale 25-29, wyłączając kulturystów oczywiście. Dawniej otyłość była postrzegana jako symbol dostatku i bogactwa, a u kobiety — piękna i płodności. Obecnie propagowany jest ideał człowieka szczupłego i wysportowanego. I cóż ja widzę w ulubionym programie śniadaniowym? Siedzi w studiu pani psycholog, fantastyczna kobieta i mądrze mówi zazwyczaj, ale nie tym razem. Tak na moje oko, ma ok. 3o kg nadwagi. Opowiada, że czuje się świetnie, jest szczęśliwa, pewna siebie i uważa, że każdy ma prawo wyglądać jak chce i guzik innym do tego. A my jak wiadomo, społeczeństwem nietolerancyjnym jesteśmy, więc się krzywimy na widok grubasów. A w ogóle, to kto powiedział, że wszyscy powinni wyglądać jak pani prowadząca program w rozmiarze 36. Powoli. Nie nerwowo. Nie o względy estetyczne tu chodzi. Otyłość jest chorobą. W wielu przypadkach jedzenie staje się nałogiem. Takim samym jak picie alkoholu, zażywanie narkotyków czy hazard. Dopóki sama zainteresowana osoba nie dostrzeże, że ma problem i nie zechce sobie pomóc, na nic wysiłki innych. Pani psycholog problemu nie widzi,  większość alkoholików też nie. Kilka tygodni temu na konferencji naukowej usłyszałam termin „globotyłośc”, czyli problem zaczyna być globalny i mówi się o nim otwarcie w wielu krajach.  Tak sobie myślę, że skoro sesja „Pięknołyse” miała zadanie oswajać społeczeństwo z widokiem łysych kobiet, tak sesja otyłych , ma oswajać z wizerunkiem kobiety otyłej. Proszę mnie źle nie zrozumieć, mnie naprawdę nie robi różnicy jak kto wygląda, ale mam wrażenie, że od tego oswajania do lansowania otyłości jest niebezpiecznie blisko. Czuję się więc w obowiązku kilka edukacyjnych zdań napisać. Każdy jest sam odpowiedzialny za własne zdrowie i nie zamierzam nikomu grozić palcem, ale należy wiedzieć, że otyłość zabija. Nadciśnienie, cukrzyca, choroba wieńcowa, hiperlipidemia (podwyższony poziom cholesterolu i trójglicerydów) są gwarantowane, dodatkowo w pakiecie promocyjnym  zespół bezdechu sennego, znacznie wzrastające prawdopodobieństwo zachorowania na choroby nowotworowe, choroby zwyrodnieniowe stawów i bóle kręgosłupa. Im wcześniej pojmiemy ogrom zagrożeń płynących z lekceważenia postępującej znacznej nadwagi czy otyłości, tym lepiej dla nas. Tym bardziej, że większość przyczyn i objawów tego schorzenia możemy usunąć we własnym zakresie, bez skomplikowanych kuracji i połykania garściami coraz droższych lekarstw. Co prawda przyczyny powstawania otyłości mogą być różne (powinien ustalić je lekarz), ale droga utraty zbędnych kilogramów jest jedna: Mniej jeść, więcej się ruszać! Każda osoba otyła je za dużo w stosunku do potrzeb własnego organizmu. Dopiero przeprowadzenie wnikliwej analizy pokazuje gdzie „ukryte są” kalorie. Okazuje się, że taka osoba zjada wielokrotnie więcej niż na początku deklaruje. Często poważną przeszkodą są  głęboko zakorzenione nawyki i upodobania żywieniowe. Redukcja masy ciała  może przebiegać szybciej lub wolniej, ale nie ma człowieka, który nie mógłby schudnąć. Uwaga! Jeśli decydujemy się na skuteczny program zmniejszenia masy ciała, potrzebna jest wytrwałość, cierpliwość oraz znajomość podstawowych zasad racjonalnego żywienia. Gorąco zachęcam Państwa do podjęcia wyzwania. Wszystkim, którzy zachcą zawalczyć o własne zdrowie życzę powodzenia. Jak mówi najpopularniejsza trenerka osobista Polek „Nie przytyłaś wczoraj, nie schudniesz jutro”. Cierpliwości!

Witam Państwa. Dzisiaj będzie mniej opowieści, więcej konkretów. Temat transplantacji narządów wciąż jest gorący. Tu i ówdzie w programach telewizyjnych pojawiają się panowie z „Poltransplantu” wyjaśniając zawiłe kwestie dotyczące pobierania narządów do przeszczepu.

Postaram się wyjaśnić Państwu, jak wygląda to zagadnienie w świetle prawa. W Polsce dokumentem zawierającym dokładne i jasne podstawy prawne transplantologii jest Ustawa o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu tkanek i narządów z 1 lipca 2005 roku (DZ.U. nr 169, poz.1411)- uznaje ona tzw. zgodę domniemaną na pobranie narządów po śmierci. Chyba, że osoba dorosła i zdolna do czynności prawnych wyraziła sprzeciw, dotyczący pobrania narządów do transplantacji po jej śmierci. W przypadku dzieci sprzeciw w ich imieniu mogą wyrazić rodzice lub opiekunowie prawni. Dopuszczalne są trzy formy wyrażenia sprzeciwu: 1. wpis w Centralnym Rejestrze Sprzeciwów (CRS) prowadzonym przez Centrum Organizacyjno-Koordynacyjne do Spraw Transplantacji „Poltransplant”, 2. oświadczenie pisemne zaopatrzone we własnoręczny podpis, 3.oświadczenie ustne złożone w obecności co najmniej dwóch świadków, pisemnie przez nich potwierdzone. Proszę pamiętać, że wspomniana ustawa nie przewiduje wyrażenia zgody przez rodzinę zmarłego na  pobranie narządów w celu przeszczepienia. Zwłoki ludzkie nie stanowią rzeczy, a więc nie dotyczy ich prawo własności, nie należą do spadku, ani nie mogą  stanowić przedmiotu obrotu prawnego. Dysponowanie własnymi narządami jest autonomiczną decyzją każdego człowieka. W przypadku śmierci osoby bliskiej ochronie prawnej podlega dobro osobiste najbliższej rodziny, które stanowi jej sfera uczuciowa w związku z kultem pamięci po utracie osoby bliskiej. W praktyce klinicznej lekarze zawsze rozmawiają z rodziną. Przepisy prawa nie wyczerpują różnorodności sytuacji życiowych, a względy społeczno-obyczajowe nie pozwalają na ignorowanie  opinii rodziny pacjenta. W świetle prawa członkowie rodziny nie mogą, a także, jak wskazują badania – nie chcą podejmować decyzji za zmarłego. W badaniu przeprowadzonym na zlecenie Polskiej Unii Medycyny Transplantacyjnej na reprezentatywnej  próbie Polaków, aż 71% respondentów stwierdziło, że nie sprzeciwiałoby się pobraniu narządów od bliskiej osoby, jeśli ona sama za życia nie wyraziła sprzeciwu. Po przekazaniu informacji o śmierci, lekarz stara się ustalić w rozmowie z rodziną jakie było stanowisko zmarłego w omawianej kwestii. Zakładając, że najbliżsi krewni najlepiej  znali  zmarłego,  wiedzą jakie było jego nastawienie wobec pobrania narządów do przeszczepienia, i będą chcieli postąpić zgodnie z jego wolą. Zdarza się, że mimo zaangażowania lekarzy, że rodzina jest bardzo negatywnie nastawiona, co uniemożliwia pobranie. Wobec takiego stanowiska odstępuje się od dalszych procedur medycznych. Czasem zdecydowany opór powoduje fakt, że rodzina nie jest przekonana ,czy pacjent naprawdę zmarł, obawia się manipulacji, np. że ktoś odniesie korzyści kosztem ich bliskiego. Negatywne reakcje pojawiają się  również gdy, krewni boją się, że normalna procedura pogrzebowa będzie niemożliwa, albo, że ciało będzie okaleczone, lub boją się opinii ważnych osób z otoczenia społecznego (np. Co powie teściowa, jak się dowie? Czy ksiądz będzie chciał pochować ciało? A jeśli sąsiedzi dowiedzą się, że go oddałam „na przeszczepy?) Wiele osób nie wie o przychylnym nastawieniu Papieża, nie zna stanowiska Kościoła katolickiego, ma wątpliwości czy  osoba bez wewnętrznych organów ma szanse na życie wieczne. Jednak wbrew powszechnym poglądom, często się zdarza, że krewni sami wychodzą z propozycją oddania narządów zmarłego do transplantacji. Niektórym bliskim ułatwia to przeżycie rozstania, nadaje śmierci jakiś symboliczny wymiar i sens. Jeżeli dojdzie do pobrania i transplantacji narządów,  często bliscy zmarłego pytają , kim jest biorca. Również biorcy narządów pytają kim był dawca, jak zmarł, czy mogą się spotkać  z jego rodziną. Szczegółowe informacje na ten temat nie są udzielane. Drodzy Państwo, w XXI wieku przeszczepianie organów staje się  coraz bardziej skuteczną metodą ratowania zdrowia i życia ludzi, polecam Państwa uwadze kampanię „Porozmawiaj o transplantacji”. Zakończę słowami Jana Pawła II, wygłoszonymi podczas XVIII Międzynarodowego Kongresu Światowego Towarzystwa Transplantologicznego : „Należy zaszczepiać w sercach ludzi, zwłaszcza młodych, szczere i głębokie przekonanie, że świat potrzebuje braterskiej miłości, której wyrazem może być decyzja o darowaniu narządów.”

transp

Opowiem dzisiaj Państwu historię.

Nie tak dawno temu, w nie tak odległej klinice  hospitalizowano młodego mężczyznę. Młodzieniec przez całe swoje życie był okazem zdrowia. Tego dnia źle się poczuł, stracił przytomność i trafi w oddział intensywnej terapii. Wyglądałby jakby spał, gdyby nie to, że oddychała za niego maszyna i oplatała go gęsta sieć przewodów , kabelków, dreników, a wokół było mnóstwo urządzeń migających różnymi kolorami. Rodzice byli przerażeni.  Wkrótce usłyszeli od lekarzy, że mózg ich syna nie żyje. Przyczyną była  wrodzona wada naczyń tętniczych mózgu, zwana tętniakiem, doszło do krwawienia wewnątrz czaszki. Rozpacz, pytania – wyjaśnienia lekarzy, i znowu pytania „Dlaczego?”, „Jak to możliwe?”, „Czy na pewno?”. Czasu  było  niewiele, śmierć już nastąpiła, ale przy pomocy aparatury medycznej i leków udawało się jeszcze utrzymywać przy życiu niektóre organy. Zapadła decyzja o pobraniu narządów do przeszczepu. „Może ta śmierć nie będzie taka bezsensowna?” –  matka mężczyzny patrzyła mi głęboko w oczy –  ” Może uratuje życie innym”.  Sztab ludzi w kilku miastach jednocześnie podjął działania, gwarantujące wytypowanie najbardziej odpowiednich biorców. To tak jak szukanie brakującego elementu puzzli do  obrazka. Nie może być pierwszy z brzegu, musi idealnie pasować do całości. Rusza machina koordynacji, dziesiątki telefonów, maili, dziesiątki ludzi, stres, emocje. Startuje śmigłowiec z zespołem specjalistów na pokładzie, którzy pobiorą serce od dawcy. Mają tylko 4 do 6 godzin na to, żeby podjęło ono pracę w ciele innego człowieka. Dwa zespoły operacyjne, w dwóch odległych miastach, podejmują pracę tym samym czasie. W jednej klinice dawca serca,  w drugiej biorca i upływający nieubłaganie czas.  Psuje się pogoda, właśnie spadł pierwszy śnieg, zawieja, będą problemy z lądowaniem. Miasto stanęło w korkach, trzeba zaangażować policję, żeby umożliwiła przejazd karetki. Jesteście Państwo ciekawi jak zakończyła się ta historia? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Tragicznie- młody człowiek odszedł na zawsze, rodzina i znajomi pogrążyli się w żałobie na długie miesiące. Szczęśliwie- kobieta dostała nowe życie, dostała zdrowe serce, dwóm biorcom przeszczepiono nerki, mężczyzna otrzymał zdrową wątrobę, a wraz z nią drugą datę „narodzin”. Pobranie wielonarządowe zakończyło się sukcesem. Takie historie pisze życie. Znam ich jeszcze wiele, wystarczyłoby na tomik opowiadań. Zawsze gdy myślę o przeszczepianiu narządów, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to trochę zabawy w Pana Boga. Nie tylko ja z resztą. Właśnie powstaje film biograficzny o życiu profesora Religi,  będzie nosił tytuł „Bogowie”. To będzie na pewno piękna, prawdziwa historia, już nie mogę się doczekać. Ale ostrożnie z wiedzą czerpaną z filmów. Szczególnie tych mrożących krew w żyłach, w których szajka nawiedzonych lekarzy porywa ludzi, pobiera im nerki, a potem wszczepia innym ,w przysposobionym do tego celu tajnym gabinecie zabiegowym. Scenariusz do filmu idealny, ale z medycznego punktu widzenia, niemożliwy do wykonania. Wokół przeszczepiania narządów krąży wiele mitów. Kim najczęściej są dawcy? Według opinii społecznej to motocykliści. Bzdura. Nawet jeśli na skutek urazu nastąpi śmierć mózgu, narządy mają zazwyczaj  tak liczne obrażenia, że nie nadają się do przeszczepu. A gdyby ktoś chciał oddać nerkę najlepszemu przyjacielowi, co wtedy? Przecież można żyć tylko z jedną . Zgadza się. Pobranie narządu od żyjącego dawcy jest możliwe, kiedy biorca wobec dawcy jest krewnym w linii prostej, rodzeństwem, małżonkiem lub osobą przysposobioną (adoptowaną). W innych przypadkach o możliwości pobrania narządu o żyjącego dawcy decyduje sąd rejonowy po bardzo wnikliwym postępowaniu. Z medycznego punktu widzenia sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Pobranie narządu nie może w istotny sposób upośledzać stanu zdrowia dawcy, czyli pobranie serca od żyjącej osoby nie wchodzi w grę. Sam narząd musi być  „dobrej jakości” i musi „idealnie pasować” do biorcy, w przeciwnym razie organizm odrzuci przeszczep. Wszystkie procedury transplantologiczne poprzedzają  szczegółowe badania biorców, dawcy, zmarłego  czy też żyjącego, jak również badania samych narządów, które będą przeszczepione. Ja np. z uwagi na onkologiczną przeszłość dawcą narządów być nie mogę, mimo że wyrażałam taką wolę niejednokrotnie. No właśnie. Czy wola wyrażona za życia wystarczy? Czy rodzina zmarłego musi wyrazić zgodę na pobranie narządów? W następnym felietonie postaram się wyjaśnić  Państwu te kwestie.

ReligaHistoryczne zdjęcie. Profesor Religa po trwającej 23 godz. operacji przeszczepienia serca.

Drodzy Państwo, bywają takie dni, kiedy siedzę przed komputerem  targana różnymi emocjami i nie wiem od czego mam zacząć pisanie. Setki myśli kłębią się w głowie. Tak jest teraz. Od dawna miałam w głowie temat felietonu dla Państwa, jakbym czekała na odpowiedni czas. Czas nadszedł.

Po pierwsze za sprawą kalendarza, bo w Dzień Zaduszny warto pozostać przy tematyce śmierci, po drugie za sprawą afery medialnej, dotyczącej pobierania narządów do przeszczepów. Już raz niefortunne wystąpienie Pana Z. rozłożyło polską transplantologię na łopatki. Pamiętam jak w tym czasie członkowie rodziny chorego ciągnęli nas za rękawy  wykrzykując rozpaczliwie, żeby tylko nie pobierać narządów. Zdaje się, że szykuje się powtórka z rozrywki. W mojej pracy miałam okazję sprawować opiekę nad dawcami narządów, być przy nich na bloku operacyjnym, jak również dyżurować  przy biorcach narządów w pierwszych dobach po przeszczepie. Chcę się podzielić z Państwem  emocjami, jakie zgromadziłam przez lata pracy, oraz wiedzą, która być może pomoże podejść do tematu w bardziej merytoryczny sposób . Przeraziło mnie skandaliczne wystąpienie Pana Profesora T. na sympozjum anestezjologicznym w Poznaniu. Z fragmentów wypowiedzi pokazywanych przez media wynika, że właściwie narządy pobierane są od żywych ludzi, albo wręcz zabijamy żyjących dla pozyskania organów. No i co z tego, że Pan T. jest specjalistą od rehabilitacji, a nie od intensywnej terapii, co z tego, że będzie miał wytoczone procesy przez lekarzy transplantologów i anestezjologów, poooszłoooo w Polskę! Wiele osób, które są obok medycznego świata, czerpie swoją wiedzę z seriali, przejmujących dogłębnie filmów fabularnych oraz strzępków informacji podawanych przez media. Ja również chętnie oglądam serial „Lekarze”, ale wiem, że są to fikcyjne historie osadzone w medycznych ramach. Postanowiłam, że podejmę temat dawców narządów, popierając kampanię społeczną „Nie zabieraj ze sobą organów do nieba, potrzebne są na ziemi.” Obalę trochę stereotypów, może dzięki temu ktoś z Państwa zechce zgłębić  temat. Będzie to kilka felietonów z cyklu „Co każdy Polak wiedzieć powinien”, napisanych bez zbędnego wymądrzania się i skomplikowanej medycznej nomenklatury. Czasem ktoś mnie zapyta o trudne sytuacje, z którymi spotkałam się podczas pracy. Pamiętam dyżur w wigilijną noc, kiedy weszłam w oddział ujrzałam mężczyznę, trzymającego za rękę swoją żonę.Za pół godziny miała być przewieziona na blok operacyjny celem pobrania narządów. Kobieta już nie żyła, ale  jej serce pracowało, jak to możliwe? Otóż z medycznego punktu widzenia, śmierć jest zjawiskiem zdysocjowanym, co oznacza, że przez pewien czas funkcje niektórych układów lub ich części mogą być zachowane, niezależnie od innych, które wcześniej już obumarły. Śmierć  człowieka następuję wtedy, kiedy umiera jego mózg.  Dzięki zdobyczom medycyny, w niektórych przypadkach, proces umierania udaje się „rozciągnąć w czasie”, tak żeby przez krótki okres utrzymać przy życiu narządy, które mogą jeszcze uratować życie innym ludziom. Orzeczenie o śmierci mózgu, to bardzo skomplikowana, kilkuetapowa, trwająca kilkanaście godzin  procedura . Zaczyna się od obserwacji i wysunięcia podejrzenia, poprzez kilkakrotne badania kliniczne i instrumentalne. Komisja stwierdzająca zgon składa się z trzech lekarzy specjalistów, z których co najmniej jeden musi być  z dziedziny anestezjologii i intensywnej terapii, a jeden z dziedziny neurologii  bądź neurochirurgii. Po co Państwu te szczegóły? Chcę, żebyście Państwo mieli świadomość, że tu nie ma miejsca na pomyłkę. Orzeczenie śmierci mózgu człowieka, jest równoznaczne ze stwierdzeniem zgonu, którego data i godzina widnieją w protokole. Jest to bezsprzeczne i nie budzące cienia wątpliwości. Ja wiem, że w filmach pokazywane są różne nieziemskie historie, że ktoś słyszał, że ten czy tamten miał być dawcą i wyzdrowiał, że Pan T. odstawia szopę w telewizji. Niestety, śmierć jest nieodwracalna, a medycy nie potrafią wskrzeszać umarłych. Byłam świadkiem dramatycznej historii, kiedy córka widząc zapis akcji serca na monitorze, nie chciała przyjąć do wiadomości, że jej matka nie żyje, kiedy młoda kobieta siedziała z dziećmi przy łóżku swojego męża… przykro mi. Kilkadziesiąt lat temu, takie sytuacje nie miałyby miejsca, zgon nastąpiłby w ciągu kilku minut. A dziś, dzięki rozwojowi medycyny, śmierć zyskała nowe oblicze. Czasem dzięki niej, można podarować innym kilka nowych żyć. Pozostawiam Państwa w jesiennej zadumie i zapraszam na ciąg dalszy  za tydzień.

Witam Państwa. Taka kolej rzeczy, świat powoli traci kolory, zbliża się listopad, a wraz z nim Święto Zmarłych. Jedno z niewielu świąt, kiedy nie na miejscu jest życzyć „Wesołych!”, przynajmniej w naszej kulturze. Czytaj dalej

Właśnie wróciłam z  jesiennego spaceru, dotleniona, szczęśliwa, wiec zamierzam się tym szczęściem z Państwem podzielić. Obiecałam, że zacznę się ruszać i obietnicy dotrzymuję. Kto jeszcze się przyłączy?

Co prawda o zmianie przyzwyczajeń możemy mówić, gdy owa zmiana trwa co najmniej trzy miesiące, ale i tak zamierzam się pochwalić moim dwutygodniowym codziennym maszerowaniem. Wszak słowo pisane, ma większą moc sprawczą niż przemyślenia w głowie. Dystans 3km może się niektórym wydawać śmieszny, ale jak sobie przypomnę,  że jeszcze niedawno idąc do sklepu po drugiej stronie ulicy musiałam trzy razy odpoczywać, odczuwam radość wszechogarniającą. W kontekście tragicznego finału  (dla jednego z uczestników) biegu w Warszawie, czuję się w obowiązku  napisać kilka słów na ten temat. O zbawiennym wpływie wysiłku fizycznego już wspominałam, a że sport to zdrowie, wiemy od przedszkola. Wszystko się zgadza. Tak sobie wyobrażam, że może ktoś zalegający do tej pory na kanapie , po przeczytaniu jednego z moich felietonów, postanowił zmienić swoje życie na lepsze, zrzucić kilka kilogramów, jeść zdrowo, nie palić i  zacząć uprawiać sporty wszelakie. Założył dres i postanowił pobiegać po okolicznym parku. Hola hola! Radziłabym przed tak radykalną zmianą zasięgnąć porady lekarza. Warto sprawdzić, jak nasze serce poradzi sobie z wysiłkiem. Próba wysiłkowa, powszechnie znane badanie, pod kontrolą lekarza i zapisu EKG, może być odpowiedzią, na ile możemy obciążyć  układ krążenia. To po pierwsze. Po drugie, nie każdy rodzaj aktywności fizycznej jest odpowiedni dla każdej osoby. Ja chodzę na zajęcia z jogi, ale dla kobiet po leczeniu min. raka piersi i instruktorka wie, jakich ćwiczeń nie mogę wykonywać. Mój tato pomyka na rowerze, ale z zapiętym pulsometrem, bo kardiolog określił, jakie maksymalnie może mieć tętno.  Znam sporo osób, które zmianę trybu życia na prozdrowotny zakończyły z kontuzją kręgosłupa, stawów, nadwyrężonymi ścięgnami, pęcherzami na dłoniach i bólami mięśni. Na strychach i w piwnicach wielu domów kurzą się narzędzia tortur zakupione pod wpływem chwilowego entuzjazmu lub w ramach realizacji postanowień noworocznych. Tak to zazwyczaj się kończy, gdy zaczynamy zbyt intensywnie i radykalnie zmieniać swoje życie. Wiele można osiągnąć, ale metodą systematyczności i drobnych kroczków. Przypadek śmierci młodego biegacza, który zmarł na mecie na skutek niewydolności krążeniowo-oddechowej rozpętał medialną burzę. Tęgie głowy badają przyczynę, rodzina szuka winnych wśród medyków, którzy jej zdaniem za późno przybyli na miejsce zdarzenia. Nie mnie sądzić i wydawać wyroki, są inni ludzie, którzy za to biorą pieniądze. Niemniej jednak, korzystając z okazji , kilka zdań do Państwa skieruję. Otóż. Nagłe zatrzymania krążenia z powodów kardiologicznych, są główną przyczyną zgonów ludzi dorosłych w Europie. Proszę sobie uzmysłowić, że sytuacja poszkodowanego jest na tyle zła, że jego szanse na przeżycie epizodu zatrzymania krążenia, to tylko kilka do kilkunastu procent. Bezdyskusyjnie czas jest jednym z kluczowych elementów zwiększających  te szanse, ale nie jedynym. Bywa , że  zatrzymanie krążenia następuje w oddziale kardiologii w obecności zespołu reanimacyjnego, akcję podejmuje się natychmiast, a pacjent umiera. Moim zdaniem powinniście Państwo o takich rzeczach wiedzieć, zwłaszcza, że lincze medyków  i obarczanie ich winą za śmierć ludzi są ostatnio bardzo modne. Jeśli spojrzeć prawdzie w oczy, to okaże się, że w dużej mierze sami sobie robimy krzywdę. Wieloletni palacze są świetnym na to przykładem. Onkolodzy biją na alarm! Kobiety umierają na raka płuc! Jeszcze nie tak dawno, ten nowotwór zabijał głównie mężczyzn. Ale skoro kobiety zaczęły palić jak mężczyźni, to również umierają jak mężczyźni.” Palenie zabija”, tak jest napisane na paczce papierosów. Tyle, że nie nazajutrz, a za dwadzieścia lat. Kara śmierci odroczona na dwadzieścia lat traci moc. Gwarantuję, że gdyby było napisane „Za rok umrzesz”, nikt by nie sięgnął po papierosa.  Palacze odczuwają przyjemność przy inhalowaniu się dymem tytoniowym. Czyli nagrodę otrzymują natychmiast, a ukarani będą za kilkanaście lat. Taka pułapka psychologiczna.  Drodzy Państwo… apeluję o rozsądek. Medycyna XXI wieku wiele może, ale lekarze to nie cudotwórcy i nie są w stanie naprawić wielu krzywd, które sami sobie wyrządzacie. Każda zmiana zaczyna się od podjęcia decyzji, a co w głowie to i w ciele. Twierdzenie „Chcieć, znaczy móc”, naprawdę  nie jest pustym sloganem, więc trzymam za Was kciuki i życzę podejmowania mądrych decyzji.

I pomyśleć, że kiedyś nie lubiłam jesieni. Nie lubiłam, to bardzo delikatnie powiedziane. Bałam się jej panicznie. Przerażały mnie opadające liście. Pamiętam, jak komuś mówiłam, że kojarzą mi się ze spadającymi po chemii włosami. Ot , proroctwo…

A przecież jesień jest taka piękna! Bogactwo kolorów i smaków, rześkie poranki, a później dotyk babiego lata na twarzy w słoneczny dzień. Jeziora o świcie wyglądają jak parujący talerz z gorącą zupą. Na początku byłam zła, gdy mój pies o wschodzie słońca obudził mnie, żebym wyszła z nim na spacer, ale gdy ujrzałam kłębiącą się parę nad taflą wody i wielką kulę słońca nad lasem… Jesienne żeglowanie jest urocze. Zastanawiam się, czy kiedyś jesień była mniej malownicza? Nie pachniało grzybami? Nie było korali jarzębiny? Były… Więc dlaczego ich nie dostrzegałam? Bo na czym innym koncentrowałam uwagę. A poczucie szczęścia i dostrzeganie piękna, nie zależy od tego co nas otacza, ale od tego, w jaki sposób na to patrzymy i co chcemy zobaczyć. Taka mnie jesienna zaduma naszła Drodzy Państwo, bo to już rok niebawem minie, odkąd po raz pierwszy usłyszałam od lekarza, że prawdopodobnie mam raka. W ciągu minionych miesięcy poddałam się dwóm zabiegom operacyjnym, półrocznej chemioterapii i sześciotygodniowej radioterapii . Zmieniałam kolory i długości włosów, rozmiary garderoby, moje nastroje falowały jak wzburzone morze. Teraz po zakończonym leczeniu, spoglądam w lustro i widzę inną osobę. A to dopiero początek zmian mam wrażenie. Nadszedł czas powrotu do stanu sprzed choroby. Włożenia między bajki historii, która mi się przydarzyła i wyciągnięcia z niej mądrości życiowej na przyszłość. Tak też zamierzam uczynić. Ale zanim to nastąpi i zamknę definitywnie rozdział poświęcony zmaganiu się leczeniem onkologicznym, opowiem jeszcze o różowym październiku. Dlaczego różowy, nie mam pojęcia, ale obiecuję, że zgłębię temat. Mnie akurat różowy kojarzy się z lalką Barbie, dziewczynką w wieku przedszkolnym, ewentualnie infantylną blond-lalą w białych kozaczkach, zsolaryzowaną na ciemny mahoń. Ale nie kolor jest istotny. Ważny jest cel. Różowości w październiku jest mnóstwo. Marsze różowej wstążki, wiece, konkursy fotograficzne w różowych strojach, spoty i kampanie reklamowe  zachęcające kobiety do… no właśnie… do tego, aby chciały żyć. Brzmi dziwnie? Sama jestem zdziwiona, tym co widzę.  A widzę kobiety, które w popłochu czmychają, kiedy zachęcam je do nauki samobadania piersi, zmieszane, zawstydzone. Pewnie im się nie podoba na ziemskim padole i nie zależy im na tym, żeby zostać tu jak najdłużej. Szanuję to, w końcu nic na siłę.  Rozmawiałam z kobietami, które z dumą oświadczały, że lekarz je bada raz w roku, a co dwa lata robią mammografię. Jak to fajnie jest zrzucić na kogoś odpowiedzialność za własne zdrowie. Ja wybadałam u siebie guz, w czasie kiedy miałam aktualne badania, moja koleżanka dwa miesiące po mammografii. Przypomnienie z poradni genetycznej o terminie kolejnych badań otrzymałam będąc już po operacji raka piersi.  Ale co tam, może są kobiety, które nie lubią własnych piersi i chętnie by się ich pozbyły. No bo jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że po zauważeniu niewielkiego guzka nie gnają natychmiast do lekarza? Powiem więcej. Moje koleżanki pielęgniarki przeprowadziły ankietę dotyczącą wiedzy nt profilaktyki raka piersi w naszej grupie zawodowej. Wyniki wcale nie były dla mnie zaskoczeniem. Okazało się, że merytorycznie jesteśmy świetnie przygotowane do zagadnienia, ale własne piersi dogłębnie dotyka tylko niewielki procent nas-pań pielęgniarek wszechstronnie wyedukowanych. O zgrozo!  A co z wami panowie?  Z moich obserwacji i nie tylko, wynika, że uwielbiacie kobiece piersi. W Internecie znalazłam nawet „Balladę o cyckach” w kilku częściach. Może więc warto zadbać o to, żeby ukochanych cycków nie stracić, ba, żeby nie stracić ich posiadaczki. Skoro już i tak dotykacie, miętosicie, przytulacie i co tam jeszcze chcecie, to nauczcie się jak to robić, żeby przy okazji wybadać ewentualne guzki. To po pierwsze. A po drugie sprawcie, żeby wasze kobiety(matki, żony, córki, siostry) poddawały się regularnie badaniom profilaktycznym. Jak to zrobicie, to już wasza sprawa. Jestem przekonana, że pomysłów nie zabraknie. Prośba, groźbą, przekupstwem, jakkolwiek, cel uświęca środki. Marzy mi się Polska, gdzie nie będzie już wykonywana mastektomia, bo wszystkie nowotwory będę wykrywane we wczesnym stadium. Żeby dodać Państwu otuchy, powiem, że trend jest dobry, mamy szansę żeby moje marzenie się spełniło. Czego nam wszystkim  płci obojga życzę.

Zrzut ekranu 2013-08-22 o 23.57.47 fot. Daria Matczuk

4523_8973_480[1]

„Płoną góry, płoną lasy…” Jeśli ktoś z Państwa jeszcze nie był jesienią w Bieszczadach, gorąco zachęcam. Ja byłam dokładnie rok temu, niezapomniane wrażenia!

Pamiętam, że oczarowana widokami, z pewnym niepokojem, opowiadałam o tym, że jest mi tak cudownie w życiu, że aż boję się zapeszyć. Niebawem dowiedziałam się ,że mam raka. Za kilka dni zakończę leczenie. Odczuwam potrzebę zrobienia rachunku sumienia, podsumowania, zamknięcia pewnego rozdziału w życiu. Wzięłam rozwód z rakiem, ale mam wrażenie, że gdzieś podstępnie na mnie czyha, więc ciągle muszę być czujna. Ale właściwie, to każdy z nas powinien być. Pierwsze lata będą pewnie najgorsze, bo jeśli pojawia się wznowa, to najczęściej właśnie w tym okresie, więc poczucie siedzenia na bombie zegarowej nieustannie towarzyszy pacjentom, którzy ukończyli leczenie onkologiczne. Ale może nie wszystkim? A gdyby tak spróbować ująć miecz Damoklesa? Kiedy Damokles zazdrościł potęgi i dobrobytu Dionizjuszowi, ten pozwolił mu zażywać rozkoszy bogactwa swojego stołu, ale nad głową kazał zawiesić miecz uwiązany na końskim włosie.  „Syndromem miecza Damoklesa”, określa się pacjentów po zakończonym leczeniu, fizycznie zdrowych, ale psychicznie pozostających nadal w cieniu choroby. Towarzyszy im nieustanne poczucie lęku,  a każda zdrowotna dysfunkcja wywołuje atak paniki.  Wcale mnie to nie dziwi, bo „Jestem wyleczona” powiem sobie  dopiero po pięciu latach, co nie oznacza, że choroba nie wróci. Rak uczy pokory. Onkologia ciągle kojarzy się ze śmiercią i tragedią. Obiecuję, że dołożę wszelkich starań, żeby nie zamęczyć mojego onkologa i nie popadać w histerię z powodu bólu brzucha lub kręgosłupa. Oj niełatwo będzie, niełatwo. Trzeba czasu, żeby się ze stereotypami uporać .Ale dzieje się pozytywnie! Niedawno znalazłam informację, że firma Matel wyprodukowała lalki Barbie, które nie mają włosów. Za to w komplecie dostępne są kolorowe peruki, turbany, piżamki i buty. Lalki otrzymały dzieci z oddziałów onkologicznych. Co Państwo na taką inicjatywę? Mnie bardzo się podoba, czym skorupka za młodu…  W trakcie  leczenia, zamiast pogrążać się w jałowym smutku, postanowiłam podziałać w  dziedzinie oswajania demonicznego wizerunku chorób nowotworowych, czego Państwo jesteście świadkami. Nie oznacza to, że nie rozumiem i nie wspieram osób, które nie mają ochoty pozować do zdjęć z łysą głową  i oznajmiać całemu światu, że chorowały bądź chorują na raka. Każdy z nas  na swój sposób stawia czoła chorobie, ważne, aby pozostał w zgodzie z samym sobą. Nie zamierzam również  nikogo terroryzować pozytywnym myśleniem. Już w przedszkolu pani przedstawiała nam wzorce do naśladowania „Zobacz jaki Jaś jest dzielny, wcale nie płacze”. Zawsze znajdzie się ktoś z kogo należy brać przykład. Tyle, że nie zawsze uda się  podołać i zamiast motywować sprawiamy, że wiele osób czuje się gorszymi. Teraz często słyszę „Jesteś dzielna, ja bym tak nie umiała”. Też jestem sobą mile zaskoczona. Serio. Nikt nie jest w stanie ocenić własnego potencjału, dopóki  nie znajdzie się w trudnej sytuacji. Ale wcale nie trzeba postępować podobnie do mnie (chyba, że ktoś ma ochotę), by być dzielnym w chorobie. Każdy chorujący, niekoniecznie na raka, ma codziennie bitwę do rozegrania, a dopóki walczy, jest zwycięzcą. Ważne by nie wałczyć samotnie. Ja z racji wykonywanego zawodu (jestem pielęgniarką anestezjologiczną), zarówno w pracy, jak i w życiu kieruję się zasadą: Jeśli uważasz, czujesz, że sytuacja robi się trudna, że tracisz kontrolę „WEZWIJ POMOC”.  Nie ma co bawić się supermena. Pomocny może być telefon do przyjaciela ( to taki ktoś, kto bez wahania odbierze połączenie o 3 w nocy, wysłucha twojego bełkotu przez łzy i  udzieli wsparcia), spotkanie z dobrym znajomym, wolontariuszem z fundacji, niedawno poznaną osobą w poczekalni, która emanuje pozytywną energią i chętnie się nią podzieli, lub psychoonkologiem. Tych ostatnich jest ciągle za mało, ale są jeszcze psychologowie i psychiatrzy. Zapewniam, że nie gryzą. Sposobów jest mnóstwo, tylko czasem człowiek nie ma siły, chęci i umiejętności by je znaleźć. Dlatego nauczmy się wcześniej wysyłać sygnał SOS, bo może się zdarzyć, że ta umiejętność uratuje nam życie. Dziękuję wszystkim, którzy odbierali moje wołanie o pomoc. Obiecuję, że podzielę się dobrem, które otrzymałam, bo to  jedno z niewielu zjawisk, że coś się mnoży, jeśli się dzieli. Taki paradoks… im więcej życzliwości, szacunku i dobra dajemy, tym więcej do nas wraca.

Zrzut ekranu 2013-08-22 o 23.58.58

„A ja jestem proszę pana na zakręcie…”  po głowie kołaczą mi się słowa tej piosenki. Podobno w każdy zakręt można wejść z każdą prędkością, tylko można nie wyjść. Należy więc zwolnic.

No to zwolniłam. Życie wyhamowało. Nie wiem czy to jesień , czy zwolnienie tempa sprawiają, że myśli mnie nachodzą przeróżne. Żeby nie wiem jak długo rozmyślać, część pytań i tak pozostanie bez odpowiedzi. Każdy, kogo spotyka w życiu coś złego, wcześniej czy później pyta rozżalony  ”Dlaczego ja?” Ja już nie pytam,  ten etap mam za sobą. Wiele kobiet, które zachorowały na raka piersi, próbuje dociec, co dokładnie spowodowało chorobę. Pojawiają się przypuszczenia :stres, nieprawidłowa dieta czy uraz piersi. Odpowiedzi jednoznacznej niestety nie ma, ale warto wspomnieć o czynnikach ryzyka i prawdopodobieństwie wystąpienia choroby. Kto z Państwa gra w „totka” i płaci podatek od marzeń? Prawdopodobieństwo trafienia szóstki jest bardzo niewielkie, a jednak gramy. Znacznie większe jest prawdopodobieństwo zachorowania na raka płuc, przy wieloletnim paleniu papierosów, a mało kto z tego powodu rzuca palenie. Ileż razy słyszałam od pacjentów” Siostro… (pacjentom wybaczam ten sposób zwracania się do mnie, ale gdy dziennikarze piszą lub mówią o pielęgniarkach per „siostry” toczę pianę!) mój stryj  palił dwie paczki dziennie i dożył stu lat.” Po prostu był częścią statystyki. Podobnie jak młoda kobieta, która prowadzi zdrowy styl życia, nikt w jej rodzinie nie chorował na raka, a ona zachorowała. Dlaczego? Bo tak jest i już. Wszystkiemu winna statystyka. Statystycznie najwięcej osób chorujących na raka płuc to palacze. Statystycznie najwięcej zachorowań na raka szyjki macicy odnotowuje się u kobiet, które miały wielu partnerów seksualnych. Statystycznie najczęściej na raka skóry chorują osoby poddawane długotrwałej ekspozycji na promienie UV itd. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze jest niewielki procent tych „niestatystycznych”. Jak moja koleżanka, wzór ekologicznego, zdrowego odżywiania oraz prozdrowotnego trybu życia. Gdy dowiedziała się, że ma raka czuła się wręcz oszukana przez los. Wcale się nie dziwię. Zewsząd słyszymy, że największy wpływ na nasze zdrowie ma styl życia. I wszystko się zgadza. Preferując antyrak-lifestyle,  zmniejszamy PRAWDOPODOBIEŃSTWO  zachorowania na raka. Gwarancji, że nie zachorujemy, nie ma. Czynników rakotwórczych jest mnóstwo. Niektóre działają na nas z zewnątrz, inne  mamy w sobie. Znając owe czynniki ryzyka  możemy je eliminować. Przynajmniej niektóre. Pamiętają Państwo azbest? 20 lat ekspozycji na azbest i prawdopodobieństwo zachorowania na raka płuc wynosi prawie 100%. Azbest udało się wyeliminować.  Sprawa robi się bardziej skomplikowana jeżeli mówimy o genetyce. Statystycznie, tylko niewielki procent raków piersi ma charakter dziedziczny, ale jeśli już jest mutacja genu BRCA1,  prawdopodobieństwo zachorowania na raka wzrasta  do 85 procent. Ależ to zagmatwane! A my byśmy chcieli mieć pewność i poczucie kontroli. Niestety, nikt nam karty gwarancyjnej nie podstempluje. Ale! Zróbmy wszystko co możemy, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania na raka. Nudą powieje teraz, bo nic odkrywczego nie napiszę. Jednakże, powtarzanie podstawą nauki, więc  powtórzę za „mózgami narodu” po raz enty. Przeanalizujmy swoją dietę. Wiedza nt zdrowego odżywiania jest ogólnie dostępna. Myślmy o tym co zjadamy. Nie popadając w paranoję oczywiście, nie zachęcam nikogo do siania zboża w skrzynce na balkonie i produkowania mąki. Alkohol oprócz tego, że robi z mózgu budyń, jest również substancją rakotwórczą, warto o tym pamiętać. Palenie to po pierwsze obciach, po drugie cichy zabójca. Policzyłam, znałam 6 osób, które  zmarły na raka płuc. Wieloletni palacze. Może mam niefart, ale takie są fakty. Bądźmy łowcami cieni, z resztą brązowa opalenizna jest już dawno niemodna. Patrzmy czym się trujemy. Wiele substancji chemicznych używanych na co dzień jest karcinogennych. Wyginajmy śmiało ciało! Apeluję do Państwa i do siebie. Zadbajmy o regularny wysiłek fizyczny, nie musi być wyczynowy, wystarczy umiarkowany. To ogólnie dostępne panaceum na wiele dolegliwości… hmm… podobno uzależnia. Mam nadzieję, że i mnie wkrótce uzależni, bo wstyd się przyznać, ale jestem ofiarą motoryzacji i notorycznych zwolnień z wf-u. Pamiętajcie Państwo o „przeglądach technicznych” własnego ciała. I zadbajcie koniecznie o psyche. Każdy może znaleźć swój sposób na poszukiwanie szczęścia, lub zaczerpnąć go od innych. Szczęśliwi żyją dłużej. A co to szczęście? Tę kwestię pozostawiam Państwu do rozważania na długie, jesienne wieczory.