Miesięczne archiwum: Kwiecień 2014

Klimaks?

Kategorie: Blog Asi

Jak przystało na prawie pięćdziesiętnioletnią kobietę w okresie klimakterium, łamie mnie w gnatach. Zastanawiam się, czy to już osteoporoza, czy może mam przerzuty do kości, albo może po prostu powinnam spojrzeć sobie w pesel.

Nic to, znaczy, że żyję. Ponieważ wiosna rozgościła się na dobre, posadziłam już kwiaty na balkonie i liczę na to, że nie będzie mrozu. Najwyżej wstawię skrzynki na noc do domu i już. Kwiaty też są babcine, czyli pelargonie i komarzyce. Z moich doświadczeń ogrodniczych wynika, że najbardziej odporne na kaprysy pogody, moją sklerozę jeśli chodzi o podlewanie i inwazję różnego typu robactwa.  Uwielbiam kwiaty! Często zastanawiam się, czemu nie pracuję w kwiaciarni. Hmmm… niewykluczone.

Teraz z innej beczki. Sis już przymyka oko na moje blogowe poczynania. Całe szczęście, bo nie sposób o niej nie pisać. Pamiętam jak przymierzała moje turbany i mówiła, że wygląda fatalnie hi hi. Żebyście ją widzieli teraz! Jest zjawiskowa w swoich nakryciach głowy! Przepiękne, ręcznie robione turbany. Postaram się zamieścić link, dla wszystkich zainteresowanych. Słowo daję, że na jakieś wieczorowe wyjście pożyczę od niej, zamiast walczyć z moją szczeciną za pomocą suszarki i innych fryzjerskich narzędzi. Poza tym, Sis jest twarzą promującą makijaż permanentny medyczny. Naprawdę można uniknąć wyglądu manekina podczas chemioterapii. Lekarze od raka mają różne zdania na ten temat, zależy na jakiego się trafi. Klucz do sukcesu polega na tym, żeby zdecydować się na zabieg przed rozpoczęciem tankowania dragów. Potem jest różnie, a to odporność spada, a to dołączają się inne dolegliwości. Lepiej wykonać makijaż permanentny przed permanentnym wyłysieniem, bo wtedy widać linię brwi i koronę rzęs, moim zdaniem warto. Na szczęście nasz rodzinny Anioł Stróż ma bardzo liberalne podejście do naszych pomysłów na upiększanie siebie. Tak tak, rodzinny, bo jak do tej pory ma pod swoimi skrzydłami pięć kobiet z naszej rodziny, nie chcę krakać, ale będzie więcej. Daje chłop radę, szacun wielki. Mam takie chwile, że jestem już zmęczona tym rakiem i ciągłym przerabianiem tematu, od lat, odkąd pamiętam… Ale nie da się inaczej, no nie da się. Skurczybyk jest wpisany w nasze życie, pasażer na gapę, nieproszony gość na urodzinach i rodzinnych świętach, jest i już… Niejednokrotnie przeklęty, ale czasem puszczamy do niego oko… tak trzeba… Dużo zabiera, ale dużo daje. Byle tylko życia nam przedwcześnie nie zabrał, bo zamierzamy świętować 80te urodziny w liliowych kapeluszach. Ale! Póki co, żyjmy chwilą! Łapcie każdy wiosenny dzień, kwitną już bzy, jest obłędnie! Córka przyniosła mi konwalie, owady jakieś bzyczą, Bosman bryka w trawie i pożera dmuchawce. Życzę wszystkim szalonej majówki, cokolwiek zaplanujecie. Nawet jeśli będą to zajęcia domowe, to też mogą być szalone, wiem co mówię 😉

sis1A oto wspomniana wcześniej 🙂

Witam serdecznie po świętach.

Jestem obrażona na wagę łazienkową, moim zdaniem na pewno jest zepsuta, więc nie wchodzę na nią, bo i po co. Małżonek wszedł i stwierdził, że źle działa, wystarczy. Przez okres świątecznych spotkań, czyli w moim przypadku od czwartku, odżywiałam się prawie wyłącznie ciastami. Serio. Uwielbiam! Uwielbiam! Uwielbiam! W akcie pokuty ruszyłam wczoraj do parku. Szybkim krokiem, ale niezbyt szybkim, bo pani doktór od jajników zakazała ćwiczeń fizycznych przez trzy miesiące. Nie wiem czy marsze kwalifikują się do ćwiczeń fizycznych, pewnie nie, ale mając na uwadze fakt, że dwa tygodnie temu miałam zabieg, trochę bałam się forsować. Po południu sforsowała mnie Sis. Wykorzystujemy ostatnie dni wolności przed kolejnym tankowaniem dragów, więc wyciągnęła mnie do Manu. Poniżej zamieszczam zdjęcie, na którym widać jak pięknie się wystroiłyśmy, wcale się uprzednio nie umawiając. Tak jest zazwyczaj w kwestii kolorów, fasonów, fryzur i biżuterii. Z resztą jeden z pierwszych wpisów na blogu opowiada o tym. Hmmm… fajnie jest. Wróciłam wieczorem i padłam. Dzisiaj sprzątam świąteczne dekoracje, bo zewsząd uśmiechają się do mnie baranki, króliczki i jajka. Upajam się wiosną… Wąchajcie, podziwiajcie i dajcie się uwieść…

sis A to my w wiosennym wydaniu 🙂

Wesołych!

Kategorie: Blog Asi

Wspaniałych  Świąt życzę Wam moi mili czytelnicy 🙂

Ciasta nam się udały wybornie, humory dopisują, świąteczny spacer zaliczony. Jest przepięknie. Uwielbiam gdy w Wielkanoc budzą mnie dzwony kościelne o 6 rano, pamiętam, że babcia chodziła do kościoła. Może w przyszłym roku się wybiorę… kto wie. Ale póki co, poświętuję jeszcze z rodzinką. Pogadamy, poprzytulamy się, może nawet skubniemy coś z lodówki. Od wtorku nadejdzie czas na postanowienia poświąteczne hi hi. Nie zapominajcie, że jutro dyngus 😉

Noc

Kategorie: Blog Asi

Nawieszałam w domu obzdób świątecznych, oraz zakupiłam obrus w zające. Na szyby ponaklejałam radosną twórczość moich dziewczynek sprzed lat, czyli jajka malowane farbami witrażowymi. Mam jeszcze wiele takich cudeniek na różne okoliczności, które przechowuję jak relikwie. Tym samym, uważam sezon świąteczny za otwarty!

Naród oszalał. Przy moim ryniarzu nie ma miejsca do zaparkowania. Ludzie tłumnie ruszyli na zakupy, nawet deszcz ich nie przestraszył. Mnie z resztą też nie. Zdecydowanie wolę to świąteczne zamieszanie na ryniarzu niż w supermarkecie, ma swój klimat. Wracam pamięcią do Wielkanocy ubiegłego roku… Śniegu po kolana, moja głowa przemalowana na wielkanocne jajko i cudowny sernik z wiśniami i czekoladą mojego pomysłu i wykonania. Niewiarygodne, że już rok minął. Sernik będzie, nic poza tym, zupełnie nowa rzeczywistość. Odkąd pamiętam, lubiłam wszystko planować. Gdy miałam 14 lat, oświadczyłam mamie, że mój obecny mąż będzie moim mężem. Wiedziałam ile będę miała dzieci i kiedy, jaką chcę podjąć pracę itd. itd. Bez planów nie było życia, lubiłam mieć poczucie kontroli. Okres Wielkanocny to czas rozmów z Panem Bogiem, nie będę mu opowiadała o swoich planach. Chociaż może powinnam, co by Dobrodzieja rozśmieszyć. Opowiem o tym co mnie cieszy, o swoich marzeniach, podziękuję za to co było i nie zapytam co będzie. Nie jestem człowiekiem wielkiej wiary, nie grzeję ławki co niedziela w kościele, nie opowiadam obcemu facetowi o swoich grzechach, kłamiąc „że więcej nie pamiętam, ale za wszystkie żałuję”, nie przyjmuję księdza po kolędzie, bo jak mnie któregoś roku wnerwił, to obiecałam sobie, że nigdy więcej! Jednak chylę czoła przed Najwyższym, w chwilach trwogi proszę o pomoc i słyszę szum skrzydeł Anioła nad głową. Czasem sobie rozmawiamy i widzę jak się uśmiecha zza chmury. Swoim życiem dajemy świadectwo czy jesteśmy blisko Boga, a nie całowaniem plastikowej lalki, tak uważam. Ale mnie naszło jakoś. Bardzo szanuję ludzi, którzy głęboko wierzą i bardzo im zazdroszczę. Wszystko są w stanie sobie wytłumaczyć, jak już w niczym nie mogą się dogadać, to na płaszczyźnie wiary znajdą porozumienie, są szczęśliwi i spokojni, tak ich postrzegam. Po prostu wierzą. Można ich poznać po tym, że nigdy nie strzelą focha, gdy im powiedzieć, że chodzenie do spowiedzi jest bez sensu. Uśmiechną się życzliwie i pomodlą za ciebie. Tacy są. Ale to nie tematy na nocne rozważania, może kiedyś poznam osobę, z którą będę mogła długo i szczerze porozmawiać. Byle nie był to ksiądz, bo uprzedzona jestem. Albo może lepiej, żeby był? W końcu tylko krowa nie zmienia poglądów. Tak czy inaczej, czas spać… Nie zapomnę podziękować Stwórcy za kolejny udany dzień 🙂

A to fantastyczny blog, dla miłośników medycznych i około medycznych klimatów. Miłej lektury.

http://lekarski.blog.polityka.pl/informacje/

Tydzień po usunięciu jajników czuję się świetnie.

Miałam tylko dwa niekontrolowane wybuchy płaczu, ale nie jestem pewna, czy to w związku ze spadającym poziomem estrogenów, czy tak po prostu. Postanowiłam, że nie będę już zrzędzić jak stara baba i raczej skupię się na tym co w życiu jest piękne i optymistyczne. Powodów do zachwytu wiosną nie brakuje. Jak co roku jest oszałamiająca! Myślę o świątecznych smakołykach i o tym jakie kwiatki posadzę w skrzynkach na balkonie. Dzięki Bosmanowi jestem zmuszona podziwiać okoliczności przyrody kilka razy dziennie. Już od drugiego dnia po zabiegu zaczęłam spacery wokół bloku, z każdym dniem nabieram więcej sił. Jakoś nie mam poczucia, że utraciłam część kobiecości. Chyba dość szybko przystosowuję się do zaistniałych sytuacji. Jest inaczej, co nie znaczy, że gorzej. Życie po chorobie nowotworowej nie będzie już nigdy takie samo. Najważniejsze, że jest, a jego jakość jest całkiem zadowalająca.  Dzisiaj trochę sennie, deszcz dzwoni o parapety, a ja oddaję się błogiemu wylegiwaniu pod kocem. Jedyne co mnie niepokoi, to nieodparta chęć zjedzenia  czekolady z całymi orzechami laskowymi, ewentualnie pudełka ptasiego mleczka. Każdy dzień to walka ze swoimi słabościami, nie ma przebacz. Pozdrawiam wszystkich łasuchów, święta idą! 🙂

Znalazłam ciekawą lekturę, czytajta kobitki!

http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,127763,15767073,Czy_nowotwor_narzadow_rodnych_jest_koncem_kobiecosci_.html

Tak mi się spodobał pobyt w SPA, że leżę z maską kakaową na twarzy popijając pachnącą kawusię. Efekt wizualny jest dramatyczny, bo wyglądam jakbym się guanem wymazała.

Mam nadzieję, że Pan Listonosz nie zadzwoni do drzwi, bo chłopina mógłby tego widoku nie przeżyć. I tak już naraziłam go na stresy, gdy otwierałam drzwi z twarzą manekina, podczas chemioterapii. Łapał powietrze jak ryba, ale na szczęście na mój radosny uśmiech, odpowiedział również uśmiechem i to pewnie uchroniło go przed zawałem mięśnia sercowego. Podczas naszego (mojego i koleżanki po fachu, współtowarzyszki niedoli) pobytu w CZMP, sala szpitalna naprawdę  zamieniła się w SPA. Były maseczki na twarz, cudowne peelingi na ciało, manicure, pedicure oraz połyskujące balsamy, którymi wysmarowałyśmy się  jadąc na blok operacyjny. Ku uciesze wszystkich z resztą. Trochę jakby nam się imprezy pomyliły. Jak na profesjonalne SPA przystało, miałyśmy łazienkę przy sali, ale niestety prysznic nie działał. Nie było kurków, ani tego węża ze słuchawką, czy jak to się zwie. Popylałyśmy więc pod prysznic w drugi koniec oddziału. To akurat nie było uciążliwe. Bardziej denerwowały nas kombinacje alpejskie jakie trzeba było pod prysznicem uskuteczniać. Wąż się zaginał, więc leciała albo zimna woda, albo wrzątek, no chyba, że to zagięcie trzymało się drugą ręką, żeby było wyprostowane. Hmm… zastanawiamy się z koleżanką, czy to naprawdę aż takie koszty dla dyrekcji, żeby naprawić prysznice? Mój w domu co jakiś czas się psuje i nie zauważyłam, żeby jakoś bardzo obciążało to budżet domowy. Ale oddział widocznie cienko przędzie. Polecono nam,  zakupienie dla siebie enemy. Czyli lewatywy, tak dla niewtajemniczonych. Minęły już czasy, kiedy pani pielęgniarka wlewała pacjentowi do brzucha dwa litry wody z mydłem. Świat idzie do przodu. W kwestii lewatyw również. Teraz roztwór ma objętość 200ml, za to moc dynamitu. Zastanawiam się tylko, dlaczego pacjent przebywając w szpitalu musi sam sobie owy roztwór zakupić. Zapytam stosownym pismem w NFZcie, a to się zdziwią. Nie ukrywam, że trudno mi wejść w rolę pacjenta. Bardzo trudno. Przypomina mi się sytuacja, kiedy jeden ze znakomitych profesorów, życzył sobie, żeby mu zrobiono po zabiegu operacyjnym to i to. Pielęgniarka grzecznie odpowiedziała, że nie może bez zlecenia lekarskiego. Na co on, że też jest lekarzem, i to nie byle jakim! I wyrwał jej kartę zleceń. No to ja też sobie życzyłam, że chcę dostać leki „na ogłupienie” od rana, a nie godzinę przed operacją, bo właśnie TERAZ czuję się zdenerwowana i TERAZ chcę. Pielęgniarki, lekarze, nauczyciele i adwokaci to jedni z najtrudniejszych pacjentów. Cóż taka robota. Osobowość zawodowa pielęgniarki wymaga taktu, profesjonalizmu, grzeczności i uśmiechu. W sieci reklamowanych „restauracji”, mimo że pani przy kasie wie, że sprzedaje syf, ma obowiązek być miła i uśmiechać się, bo na tym również polega jej praca. Pani w banku, stewardesa, czy dziewczyna w pierwszym lepszym sklepie z ciuchami i kosmetykami, pyta z uśmiechem „W czym mogę pomóc?”. Pracodawcy nie obchodzi, że ma chore dziecko, umierającą matkę i męża alkoholika. Uśmiech i grzeczność są częścią jej pracy, jeśli nie, oznacza to, że nie posiada wystarczających kompetencji. Nie mylić z kwalifikacjami, bo to co innego. Zastanawiam się więc, jak to możliwe, że pielęgniarki warczą na pacjentów. Może trochę niefortunnie zadzwoniłam dzwonkiem o 19.00, kiedy jest zmiana dyżuru, za co uniżenie przepraszam, że w ogóle śmiałam dotknąć dzwonka. Ale rzygać mi się chciało jak jasna cholera. Pani salowa oświadczyła, że teraz jest raport i nikt do mnie nie przyjdzie. Dobra, raport rzecz święta, sama zdawałam, to wiem. Ale za pół godziny, pół godziny kiedy liczyłam każdą minutę, bo pot siódmy mnie oblewał i żołądek podchodził mi do gardła, przestałam grzecznie prosić. I gówno mnie obchodziło, że koleżanka dopiero co przyszła do pracy i jeszcze nie widziała moich zleceń. Więc niech zobaczy i da mi wreszcie coś przeciwwymiotnego, zanim zarzygam siebie, pościel, podłogę i wszystkich dookoła w przypływie złośliwości. Czasem pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Pamiętam jak pracowałyśmy we dwie w oddziale chirurgii, w którym było hospitalizowanych 85 pacjentów. Po dyżurze niosłam buty w ręku i szłam boso po zimnych, kamiennych schodach, żeby ulżyć stopom po całym dniu biegania. I tak bywało. Nie wszyscy dostawali leki ZARAZ, bo nie zwyczajnie nie było takiej możliwości. Ale nie na tym oddziale. Kwestia dobrej woli, empatii i poczucia się w roli pacjenta, którego boli, który cierpi i odlicza każdą minutę czekając na pielęgniarkę, która mu pomoże. W moim przypadku wystarczyły tylko 4 leki, następnie zapodałam stopery do uszu i nic już od nikogo nie chciałam do samego rana. Nie można było tak od razu? Bez zbędnych komentarzy, fochów i rzucania kluczami o blat? Nie lubię uogólniać, bo to krzywdzące dla wszystkich, którzy rzetelnie pracują ratując zdrowie i życie swoich pacjentów. Dlatego pięknie dziękuję tym, którzy są właściwymi osobami na właściwych miejscach. Życzę Wam zdrowia i obyście nigdy nie musieli być w roli pacjenta. Cała reszta niech pomyśli nad zmianą profesji. Pory roku każdy zna, więc sobie poradzi, zimą śnieg odgarnie, jesienią liście zgrabi. Żadna praca nie hańbi, a ja uwielbiam moją Panią Gospodynię Domu, dzięki której jest pięknie i czysto przed blokiem, i która pięknie się uśmiecha mówiąc „Dzień dobry.” Serio. Może warto poobcować z przyrodą zamiast narażać się na fochy krnąbrnych pacjentów, którzy tylko czekają na okazję, żeby uprzykrzyć życie pielęgniarkom.

Nooo… to mi ulżyło z lekka. A teraz oddam się błogiemu zajęciu jakim jest wczytywanie się w oferty salonów piękności. Po drastycznym odcięciu dopływu estrogenów do mojego organizmu, zamierzam stać się fanką zabiegów upiększających i medycyny estetycznej w służbie kobiety. A dlaczego nie? Kto bogatemu zabroni? Kto jeśli nie ja? Itd. Itp. Póki co, trudno mi zająć wygodną pozycję w leżeniu/siedzeniu/staniu/kucaniu, gdyż tu mnie boli i tam źga. O śmianiu się, kichaniu i innych czynnościach fizjologicznych nie wspomnę. „…Żadne świąteczne sprzątanie, plama na stole, czy kurz… Na turkusowej polanie, to nie dotyczy mnie już…” jak głosi jedna z fajowszych piosneczek na poprawę nastroju. Pozdrawiam zatem wszystkich z mojej „Turkusowej polany” i życzę miłego mycia okien… chłe chłe chłe

A to sznurki do moich poczynań, jako celebrytki 🙂

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/14694635/final-plebiscytu-rak-to-sie-leczy-2013

https://www.youtube.com/watch?v=yjox5eBy9lM

Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz… Uff…

Odpoczywam. Weekend zapowiada się leniwie. Leżymy z koleżanką w CZMP. Życie towarzyskie spod znaku obżerania się pysznościami i opowiadania pierdół kwitnie. Co prawda powinnyśmy prowadzić ascetyczny tryb życia w związku z poniedziałkowym zabiegiem, ale jakoś nie bardzo nam to wychodzi. Szczególnie dieta lekkostrawna. Doszłyśmy do wniosku, że jutro zajmiemy się dogłębnym oczyszczaniem przewodu pokarmowego. W pierwszym dniu pobytu, czyli wczoraj, przedpołudnie upłynęło nam na walce ze złą wolą  naszych koleżanek pielęgniarek, bo inaczej niestety nie mogę tego nazwać. Prosiłyśmy, żeby ulokować nas na jednej sali, bo my koleżanki, ten sam zabieg nas czeka, wspieramy się , będzie nam miło, a w ogóle, to moja towarzyszka niedoli pracowała obok na oddziale jeszcze niedawno i była z paniami pielęgniarkami ” na ty”. I co usłyszałyśmy? Że nie ma takiej możliwości. Nawet prośby skierowane do pani oddziałowej nie pomogły. Po prostu jest to niemożliwe, niewykonalne, arcytrudne, graniczące z cudem. Hmmm… Pokierowałam się maksymą znajomych mi lekarzy „Rzeczy niemożliwe załatwiamy od ręki, na cuda trzeba poczekać jeden dzień.” Zagadałyśmy z młodą pacjentką również przyjętą tego dnia, czy nie miałaby nic przeciwko temu, żeby leżeć na sali obok, bo to umożliwiłoby nam przebywanie razem na jednej sali. I co? Nie ma sprawy! Cud się wydarzył! Niemożliwe stało się możliwe! Doprawdy nie wiem, co o tym myśleć. Chyba w poniedziałek udam się do pani oddziałowej prośbą, o nadanie temu miejscu szczególnego znaczenia, niech biskup jakąś wodą święconą pokropi, albo co, wszak cud się stał! Padnijcie niewierni na kolana!

A teraz o gali. Drodzy… to dzięki Waszym głosom miałam okazję spędzić tak uroczy wieczór. Pięknie dziękuję. Poza tym nadarzyła się okazja, żeby zakupić nową kiecunię. Wybrała ją dla mnie Sis, sama nawet nie zwróciłabym na nią uwagi. „Różowa? Czy ty oszalałaś? Chyba jestem za stara na taki kolor.” Na co Sis poważnie „Ta sukienka jest symboliczna, różowy to kolor walki z rakiem piersi.” No żesz Ty! Jasne! I tym sposobem stałam się posiadaczką uroczej, zwiewnej sukienki z delikatnej żorżety (nie wiem jak to się pisze, w razie czego poprawcie mnie) w kolorze dość infantylnym, ale za to symbolicznym. Podejrzewam, że wielu osobom kojarzę się z różową świnką, różową landrynką, różową panterą (tu mnie chyba trochę poniosło), ale na pewno nie z różową wstążeczką-symbolem walki z rakiem piersi. Mówiąc szczerze, mam to gdzieś, mnie się podoba! Do tego pantofelki jak z bajki o Kopciuszku, kryształowa biżuteria, całość zwieńczyła fryzurka wykonana przez moją ukochaną od wielu lat fryzjerkę Monię, oraz własnoręcznie zrobiony make up. Niestety zapomniałam, że moje lewo oko ma tendencję do łzawienia i nie zakupiłam wodoodpornego eye linera. Ostatni raz popełniłam tak karygodne niedopatrzenie. Było  nerwowo, bo narysowana kreska co kilkanaście minut wymagała korekty. Czułam się jak ryba w wodzie. Lubię kamery, obiektywy aparatów fotograficznych, publiczne wystąpienia. Taka jestem i nie widzę w tym nic złego. Dzięki temu, że wzbudzam zainteresowanie, łysą głową, czy też różową sukienką, jest szansa, że kilka osób zwróci uwagę na to co mam do powiedzenia. Hmmm… A próżność? To w końcu takie uroczo kobiece. No bo która kobieta nie lubi komplementów? Kampanii „Rak.To się leczy.” kibicuję od miesięcy. Nawet nie przypuszczałam, że osobiście znajdę się w centrum całego zamieszania. Fantastyczny prezent od losu, a właściwie od wszystkich głosujących i tych, którzy zgłosili mnie do plebiscytu. Fotorelacja, wyniki głosowań są do obejrzenia na stronie www.rak.tosieleczy.pl, a parę słów ze mną w poniedziałkowym „Pytaniu na śniadanie”, no i pewnie gdzieś jeszcze. A w poniedziałek jak już wspomniałam, oddaję się w ręce anestezjologów, chirurgów, koleżanek po fachu, oraz pod opiekę Dobrych Aniołów, mojego osobistego Anioła Stróża wyłączając, bo on ma w tym czasie też bardzo ważne zadanie do wykonania. Trzymcie kciuki!