Miesięczne archiwum: Marzec 2014

Poczytałam ostatnio komentarze, pod newsem, że pani Angelina (idolka moja) usuwa jajniki. Zgroza mnie ogarnęła!  Ludziska niektóre bez elementarnej wiedzy w temacie mądrują się, sądy wydają, a zacietrzewione to towarzystwo! Daj wam Boże zdrowie chociaż, skoro rozumu poskąpiłeś.

Dzieje się, oj dzieje. Tak ma być, skoro temat budzi emocje, jest szansa, że zainteresowane osoby go zgłębią.Tak było ze mną. Nikt mnie na badanie genetyczne nie zapraszał. Sama znalazłam ankietę, wypełniłam i grzecznie czekałam pod gabinetem na wizytę u genetyka. Mimo, że po zebraniu wywiadu stwierdził, że na pewno mam zmutowany gen, badania tego nie wykazały. Więc czujność mi się uśpiła, na szczęście nie do końca. Jak już zachorowałam na raka, postanowiłam zrobić ponowne badania, w innym ośrodku. Bo może w Szczecinie mają sprzęt przestarzały, albo komuś się wynik pomylił. Nadarzyła się okazja udziału w programie i powtórzenia badań. I znowu nic. I znowu zapewnienia innego genetyka, że mutacja na pewno jest, tylko nie mogą jej znaleźć. A potem kolejne zachorowanie w rodzinie. Tego już było za wiele! To my naciskałyśmy, żeby doktory ruszyły mądrymi głowami. No i mózgi narodu stanęły na wysokości zadania, wreszcie okazało się, że mutacja jest! Ale tak naprawdę to nasz upór, determinacja, nieustępliwość i strach o własne życie pozwolił odkryć, co naprawdę jest na rzeczy.

Jedna z nas wiedziała, że ma mutację, wybadała piersi mały guzek. Pierwsza biopsja cienkoigłowa – wynik negatywny. No to tupała nogą, zrobiono biopsję gruboigłową – wynik negatywny. Genetyk ze stoickim spokojem oświadczył, że przy takiej mutacji to jest na 100% rak, po prostu nie trafiono w guzek. No to dziewczyna wyjęła ze świnki skarbonki  dwie stówy, poszła prywatnie, tam gdzie powinna i za dwa dni otrzymała radosną informację, że ma raka. Pani, która robiła badanie zaraz po przyłożeniu głowicy USG powiedziała „Dziecko, masz raka” Warto wiedzieć do kogo iść na badanie.

Inna z nas, też z potwierdzoną mutacją, karmiła trzymiesięczne dziecko, wyczuła guzek. Pierwsza biopsja negatywna „Pani przyjdzie za pół roku, jak skończy pani karmić” Druga biopsja z grubej igły – negatywna. A genetyk, jak to on, nie pozostawiał złudzeń… i tym razem też miał rację.

Bo genetyk wie, nie przypuszcza, nie wydaje mu się, nie wróży z fusów. Ma twarde dowody, duże badania naukowe, fakty. Wie jak jest, czy się to komuś podoba, czy nie.

Genetyk jest fajny chłop, można z nim pogadać, opowiada ciekawe historie ku pokrzepieniu serc. Np. o tym, jak przychodzą do niego pacjentki, babcia z wnuczką. Babcia raz zachorowała na raka piersi, potem drugi raz i po drugim zachorowaniu zdecydowała się na usunięcie jajników. Miała pięć córek, wszystkie pięć zmarło. Trzy na raka jajnika, dwie na raka piersi, później na raka jajnika.

Już mi przeszła złość na Ekspress, że walnęli taki „dramatyczny” nagłówek na pierwszej stronie. Czytajta ludziska, komentujta, psy wieszajta, niech będą emocje, niech się dzieje, jestem pewna, że dzięki temu jeszcze kilka z nas wywinie się grabarzowi spod łopaty.

I jak wam się podoba nagłówek na pierwszej stronie „Expressu Ilustrowanego”? Dramatyczna decyzja pielęgniarki! Decyzja, owszem jest poważna i wymagająca przemyślenia, ale dramatu nie ma w tym żadnego. Cóż… media najwidoczniej szukają sensacji.

Dziennikarka Expressu skontaktowała się ze mną w sprawie plebiscytu „Rak. To się leczy”, szkoda, że nie przedstawiono mnie jako człowieka niosącego nadzieję, tylko jakąś przeżywającą dramat kobietę. Dostałam co prawda tekst do autoryzacji, ale poprawki nie zostały uwzględnione, nie ma pojęcia dlaczego.

I tak oto, rzeszy czytelników ukazał się tekst zawierający na szczęście niewielkie błędy merytoryczne, ale również językowe i stylistyczne. Nie jestem czepliwa, ale szanuję moją polonistkę i nie chciałabym robić jej przykrości. Drodzy Państwo, ja nie mówię, że „jeździmy po szkołach”, tylko „jeździmy do szkół”. Niby mało, a jednak bardzo wiele. Poniżej zamieszczam tekst, tak jak powinien on wyglądać.

Pozdrawiam Pana Redaktora Naczelnego „Expressu Ilustrowanego”.

Mieć wsparcie w chorobie. Rozmawiamy z mgr Joanną Zielewską, pielęgniarką w szpitalu im. N. Barlickiego, finalistką ogólnopolskiego plebiscytu „Rak. To się leczy”, a zarazem pacjentką, która opisała na blogu swoją walkę z nowotworem złośliwym piersi i zdecydowała się poddać operacji podobnej do tej, jaką przeszła aktorka Angelina Jolie.

Nie żałuje Pani, że publicznie mówiła o swojej chorobie?

Nigdy. Gdy zachorowałam szukałam optymalnej terapii psychologicznej dla siebie. Ponieważ zawsze lubiłam pisać, pomagało mi to uporządkować emocje, założyłam bloga. Opisywałam tam swoje doświadczenia w walce z rakiem, ale też umieszczałam wiele informacji sensu stricte medycznych tak aby moje zapiski stały się źródłem wiedzy nie tylko dla kobiet. Z czasem okazało się, że są one pomocne, a z moimi Czytelniczkami spotykałam się na przykład w szpitalu na chemio- lub radioterapii. Pisząc o chorobie w internecie miałam poczucie, że pomagam innym, a jednocześnie oddaję część swojego zmartwienia.

Czy to prawda, że wielu z nas nie potrafi rozmawiać z chorym na raka?

Już po wyzdrowieniu od wielu osób usłyszałam, że chętnie by do mnie zadzwoniły, ale nie wiedziały co mi powiedzieć. Niektórzy boją się reakcji chorego, bo będzie płakał, albo wpadnie w złość. Tymczasem my-pacjenci chorzy na raka oczekujemy, że będzie się z nami normalnie rozmawiało. Zawszę podkreślam, że jeśli ktoś nie wie co powiedzieć choremu na raka, to dokładnie to powinien mu powiedzieć. Nie należy mówić: „nie martw się”, „będzie dobrze”, bo przecież nie wiemy jaki przebieg będzie mieć choroba. Można wyrazić swoją nadzieję, powiedzieć: „wierzę, że będzie dobrze, będę cię wspierać”.

Zawsze wiedziała Pani, że na pewno zachoruje na raka piersi. Czy można się na ten moment przygotować?

Chorowała moja mama i jej dwie siostry. Widziałam wielu innych pacjentów z chorobą nowotworową, więc wydawało mi się, że jestem przygotowana psychicznie na zmierzenie się z rakiem. Znajomym otwarcie mówiłam o tym, co mnie czeka. Spodziewałam się, że gdy rak już się pojawi, to zachowam się tak, a nie inaczej. Okazało się jednak, że się myliłam. Miałam napady lęku, cierpiałam na bezsenność. Nawet nie przypuszczałam, że będzie to dla mnie aż tak straszne doświadczenie.

Badała się Pani systematycznie…

Co miesiąc dokładnie sprawdzałam, czy w piersi nie pojawił się jakiś guzek. Ale jesienią 2012 roku, dotarł do mnie ten fakt, przez trzy miesiące tego monitoringu zaniechałam. To wystarczyło aby pojawił się na tyle duży guz, że wyczułam go podczas kolejnego badania. Ale wtedy jeszcze się nie bałam. Wiedziałam, że 8 na 10 wykrytych zmian to zmiany łagodne. Dopiero kiedy otrzymałam wynik badania histopatologicznego potwierdzający, że mam raka poczułam się tak samo zaskoczona jak wiele kobiet przede mną. I nie miało to znaczenia, że na ten moment  przygotowywałam się całe życie. Zachorowałam , w wieku 42 lat, czyli dość późno w porównaniu z kobietami w mojej rodzinie, które chorowały  około 35 roku życia. Pracowałam wówczas już od dwóch lat w łódzkiej Fundacji Kocham Życie, która m.in. promuje samobadanie piersi wśród kobiet. Jeździmy do szkół uczymy i zachęcamy aby młode kobiety co miesiąc same się kontrolowały. Na krótki czas  przestałam w tych działaniach uczestniczyć. Nie byłam w stanie prowadzić takich pokazów. Wróciłam do pracy w fundacji dopiero po kilku miesiącach.

Jak się Pani odnalazła w roli pacjenta?

Jestem medykiem więc powinno być mi łatwiej niż innym. Mimo to czułam się jak dziecko we mgle. Przerażała mnie ilość badań, terapii i kontroli, które mnie czekają.  Czułam się jakbym miała przed sobą labirynt do przejścia i żadnej wskazówki jak go pokonać. Zasypywałam mojego lekarza prowadzącego pytaniami, miałam to szczęście, że leczył wcześniej inne kobiety z mojej rodziny i znał naszą historię. Uspokajał mnie. Nie musiałam czekać na chemioterapię ani radioterapię.

Na swoim blogu napisała Pani, że nie wolno tracić tożsamości w chorobie…

Leczenie ogranicza nasze możliwości, nie mamy siły aby robić wielu rzeczy, które do tej pory sprawiały nam przyjemność. Tym bardziej nie powinnyśmy rezygnować z tego co lubimy, co sprawia nam frajdę. Jeśli kobieta lubi chodzić w szpilkach, kolorowo się ubierać, to niech sobie tego w chorobie nie odbiera. Walcząc z rakiem tracimy wiele kobiecych atutów, włosy, rzęsy, brwi. Przychodzi taki moment, że patrzymy w lustro i widzimy w nim człowieka wyglądającego jak manekin. Dziwnie się z tym czułam. Na przekór rakowi ubierałam się kolorowo, nosiłam długie kolczyki. One zastępowały mi długie włosy, które zawsze gdzieś tam ocierały się o szyję. Kolorowe turbany, okulary maskujące brak brwi – jest wiele sposobów aby ukryć to, co zabrał nam rak.

Podobnie jak Angelina Jolie ma Pani rzadką mutację genu BRCA1, która decyduje o tym, że kobieta zachoruje na raka piersi i jajników. Jak wiele jest takich kobiet?

Podczas chemioterapii spotkałam kilka. Gdy kobieta ma zdiagnozowaną w badaniach genetycznych mutację genu BRCA 1, to prawdopodobieństwo zachorowania na raka piersi wynosi od 80 do 90 procent. Z wiekiem ryzyko zachorowania wzrasta. Natomiast prawdopodobieństwo zachorowania na raka jajnika wynosi 60 procent. Dlatego zostawienie gruczołów piersiowych tylko po to, aby czekać aż rak się pojawi, bo na pewno się pojawi, jest bez sensu. Lepiej zdecydować się na obustronną mastektomię aby uniknąć choroby nowotworowej. Po usunięciu jajników maleje również ryzyko przerzutów odległych, udowadniają to badania naukowe. Dlatego zdecydowałam się na takie operacje.

Na jaką opiekę medyczną może liczyć kobieta, w której lekarze zdiagnozują wspomnianą mutację?

Jest pod opieką poradni chorób piersi i poradni genetycznej ma systematycznie wykonywane badania, w zależności od wieku usg piersi, mammografię, usg jajników, rezonans magnetyczny, tomografię, decyduje o tym lekarz. Gdy już urodzi dziecko, może się zdecydować na obustronną mastektomię i usunięcie jajników. Planowanie „późnego macierzyństwa” jest nierozsądne. Przede wszystkim nie należy uciekać od problemu i nie rezygnować z profilaktyki. Powinno się mieć kogoś bliskiego z kim można o tym porozmawiać. Takie też jest motto naszej fundacji: Nikt nie powinien być sam w chorobie.

Czy długo zmagała się Pani z decyzją, aby zdecydować się na obustronną mastektomię i usunięcie jajników?

Doskonale wiedziałam co powinna zrobić kobieta, u której wykryto mutację genu BRCA1. Jednak, gdy tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, trzecie rozszerzone badanie genetyczne wykazała, że również ja jestem nosicielką rzadkiej mutacji genu BRCA1, obleciał mnie strach. Boję się tych operacji, ale jeszcze bardziej boję się ich nie robić. Onkolodzy, genetycy nie pozostawiają złudzeń „Jak pani chce, ale za kilka lat wróci pani do nas z rakiem piersi, albo rakiem jajnika Z rakiem nie ma żartów. Zadałam sobie pytanie, czy w obecnej chwili mam stuprocentową gwarancję, że nie zachoruję na raka piersi i raka jajnika? Odpowiedź brzmi NIE. Czy po operacjach będę miała taką gwarancję? Odpowiedź brzmi TAK.. Chcę zawalczyć o życie. Znam wiele kobiet w podobnej sytuacji, już po operacjach. Przyjaźnimy się, wspieramy, może nawet założymy stowarzyszenie kobiet z mutacją genu BRCA1. Najważniejsze, że poznałyśmy swojego wroga, bo teraz wiemy jak z nim walczyć Moim zdaniem warto z tej szansy skorzystać.

Zmęczona…

Kategorie: Blog Asi

Ogólnie rzecz ujmując, padam na twarz.

Weekend spędziłam na ważnych spotkaniach oraz edukacji. Zebranie w Warszawie odbywało się na 15 piętrze. Po całym dniu głosowania i podejmowania ważnych decyzji, zeszłyśmy na dół pieszo, gdyż psuły się windy. Ja popylałam w niebotycznych szpilkach, więc był to wyczyn z gatunku ekstremalnych. Zwieńczeniem dnia był pyszny deser lodowy w towarzystwie moich znakomitych koleżanek, bo właśnie odjechał nasz pociąg do domu, a następny za 1,5 godz. Coś trza było robić w związku z tym. Na bieganie po sklepach nie miałyśmy siły, ale na lody zawsze!

Tydzień zapowiada się pracowicie, zaczęłam od dziś. Pracuję przede wszystkim głosem, zarówno w pracy, jak i po pracy. Czyli od rana do wieczora gadam do ludzi. Mam już artystyczną chrypkę i boli mnie gardło.Odpocznę dopiero w sobotę, ufff… Jutro moje urodziny. Na tę okoliczność zrobiłam tort truskawkowy, który chłodzi się w lodówce. Bosman nie odstępował mnie na krok i wylizywał wszystkie miski, kubki oraz mieszadła do miksera, teraz nadaje się tylko do wykąpania, ale ja nie mam już siły, może jutro.

W plebiscycie nadal jestem na prowadzeniu, trzymam kciuki, żeby tak zostało do końca głosowania. Może ktoś jeszcze ma ochotę oddać głos na mnie?

http://www.rak.tosieleczy.pl/plebiscyt-glosowanie/#.UyFssH-9KSP    Proszszsz…. , niepowtarzalna okazja, to już ostatnie godziny.

Niech nadzieja będzie z Wami !

Wiosna!

Kategorie: Blog Asi

Witaj wiosno!

Nie pamiętam kiedy był tak piękny pierwszy dzień wiosny! Świat wygląda wspaniale, radzę się zatrzymać w biegu i popatrzeć, bo za chwilę nie będzie już delikatnej, zielonej mgiełki na krzewach. Dzisiaj mam powód do radości ponieważ Sis szczęśliwie opuściła szpital z leukocytami w liczbie 1300, a jeszcze kilka dni temu miała zaledwie 40! Wygląda jak delikatna niezapominajka, w błękitnej piżamce, błękitnych kapciuszkach i w błękitnym turbaniku. Cudna jest po prostu!

Ja odliczam dni do końca plebiscytu i z niepokojem śledzę procenty głosów. Dzięki dzięki dzięki ! Tak naprawdę to wcale nie przypuszczałam, że się w tym plebiscycie znajdę, ale jak zaczęło przybywać głosów, pomyślałam, właściwie, czemu nie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc teraz myślę, że właściwie miło by było wygrać. W związku z plebiscytem, w ogóle nie myślę o zbliżającym się zabiegu, jestem pozytywnie zakręcona i skoncentrowana na tym jaką sukienkę mam założyć na galę i czy dobrze wyjdę na zdjęciach. Widać tak musiało być. Po raz kolejny los coś mi zabiera, ale również coś daje… Hmm…

Przyzwyczaiłam się już do nowego charakteru pracy. Fajni są moi pacjenci, poza tym jak ich codziennie motywuję do ruchu i zdrowego jedzenia,to przy okazji motywuję siebie. W ogóle ludzie są fajni i to, że można codziennie wyjść do pracy. Zrobiło się już tak miło i normalnie, że prawie zapomniałam co jeszcze mnie czeka. Oj tam… Przyjdzie dzień-będzie rada, jak mówi moja znakomita koleżanka.

Jutro z grupą koleżanek z PTAiIO wyruszamy na cały dzień do Warszawy, w sprawach poważnych, ale na pewno będzie wesoło jak na babskim festynie. A w niedzielę wraz z Łódzką Fundacją Kocham Życie uczymy samobadnia piersi na Kongresie Kobiet. Jeśli ktoś ma ochotę pomacać silikonowe cycuszki, serdecznie zapraszam. Pokażemy jak macać, żeby wymacać. Z moich obserwacji wynika,że często odbywa się to na zasadzie – szukasz, i prosisz Boga, żebyś nie znalazła,czyli „po łebkach”.

Pozdrawiam wszystkich wiosennie w imieniu swoim oraz  mojego pupila Bosmana, któremu wypadają zęby mleczne, więc wygląda śmiesznie.Możliwe, że napiszę poradnik pod tytułem „Dogoterapia w leczeniu nowotworów”. Pa!

Głosowanie

Kategorie: Blog Asi

W ubiegły czwartek miałam znaczący spadek formy. Zastanawiałam się, czy oby na pewno jestem człowiekiem niosącym nadzieję.Zwłaszcza, że wieczorem miałam wystąpić w programie teleizyjnym na żywo, i zaprezentować tę nadzieję Państwu Telewidzom. Nie byłam pewna czy podołam.

Ale ponieważ świeciło piękne słońce, a ja do pracy szłam na popołudniową zmianę, wybrałam się do parku na długi i energiczny spacer, aby sprawę przemyśleć. Upewniłam się, że nadzieja co prawda matką… czyją to matką jest, bo zapomniałam? Ponadto, zawsze umiera ostatnia i nigdy nie można jej odebrać człowiekowi, żeby nie wiem co, a ze mną nie jest jeszcze tak źle. W związku z powyższym przywdziałam wizytową kieckę, założyłam 12 centymetrowe szpilki, przeczesałam palcami mandolinę i pognałam do telewizji. Jak zawsze telewizyjne studio mnie rozśmiesza, bo na ekranie wygląda, że jest mega wypas, a na żywo jakby było zrobione z pudełek kartonowych i kubków po lodach. Cóź, magia telewizji.Program nazywał się „Dobry wieczór z telewizją Łódź” i można go obejrzeć w necie pod datą 13.03.14. Pani charakteryzatorka zarzuciła mi sceniczny make up na ćwarz, a pan od udźwiękowienia zastanawiał się do czego ma mi przypiąć mikroport, bo nie miałam żadnego paska, nawet do pończoch. Upchnęłam więc za rajtki hi hi.Było całkiem nieźle moim zdaniem, tylko niestety butów nie było widać, a facet na drugim planie coś gotował i tłukł garami. Nie zostałam na kolacji, bo nie było owoców morza, a mielonymi z groszkiem i marchewką gardzę.Na szczęście powiedziałam co chciałam powiedzieć, bez wycinania zdań, klecenia wyrazów i zmieniania kontekstów wypowiedzi. Dlatego też zdecydowanie wolę występować na żywo, niż później oglądając samą siebie i zastanawiać się, co ja właściwie chciałam powiedzieć i dlaczego tak bredzę. Ogólnie występ w rodzimej TV uważam za udany.

W ostatnich dniach niestety zdarza mi się spotykać ludzkie postawy wobec choroby nowotworowej, które niestety podcinają mi skrzydła. Na ten przykład, zadbane paniusie po czterdziestce, które uważają, że badać się nie będą, bo cycki mają zdrowe, a problem ich nie dotyczyczy. No daj wam Boże! Ja nie tracę swojej cennej energii i słowiczego głosu na rozmowy w takich przypadkach, naprawdę, szkoda prądu. Pomóc można jedynie osobie, która chce pomóc sobie sama. Albo dziś. Pacjentka mi mówi, że jest po operacji na wstydliwą chorobę…czyli na raka. Ufff… normalnie orka na ugorze. Ale żeby nie było tak zgorzkniale, dodam trochę miodu na moje serce. Rozmawiam podczas obchodów (uczyłyśmy samobadania piersi) Dnia Kobiet z młodą dziewczyną. Piękna, długie ciemne włosy, oczy jak sarna, cudowny uśmiech, no zjawiskowa po prostu. I tak sobie gawędzimy, a ona mi opowiada, że wie, że ma mutację genu po tatusiu i wie,że tylko obustronna mastektomia ją uchroni przed rakiem i przedwczesne klimakterium też ją czeka na skutek usunięcia jajników. Miło nam się rozmawiało, nie ma co.

A teraz muszę kończyć, bo oczy mi się zamykają.Wyścig o pierwsze miejsce w plebiscycie Rak-to się leczy trwa. Walka bardzo wyrównana, liczy się każdy głos, więc jeśli możecie, proszę o wsparcie na stronie www.rak.tosieleczy.pl Kończę, bo ziewam aż mi migdałki widać. Dobranoc pchły na noc.

Nominacja

Kategorie: Blog Asi

Otrzymałam dzisiaj informację, że jestem w półfinale plebiscytu Rak to się leczy 2013, a to niespodzianka! Nominacja w kategorii „Człowiek niosący nadzieję” 🙂

Jest mi bardzo miło, oraz jestem wzruszona jak stary siennik… Naprawdę. Moja córka stwierdziła, że powinnam również dostać nominację w kategorii „Człowiek siejący panikę”. A to złośliwa bestia, ciekawe po kim 🙂 No cóż chwile paniki również się zdarzają, życie. Jeżeli ktoś miałby życzenie oddać na mnie głos, to może to zrobić na stronie www.rak.tosieleczy.pl

Dzisiaj drugi dzień jazdy po urzędach i załatwania formalności związanych z orzeczeniem o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym. Otrzymałam kartę parkingową, ważną w krajach UE, która upoważnia mnie do parkowania na kopertach oraz ignorowania różnch znaków, w tym zakazu ruchu. Ze szczególną ostrożnością co prawda, ale jednak. A w moim rodzimym mieście, mogę parkować za darmo i grać na nosie panom wyskakującym zza rogów i z bram i wypisującym mandaty. Wreszcie się doczekałam!

Po powrocie z UK, tłustym czwartku oraz wizycie mojego chrześniaka,który przywiózł mi tonę faworków własnoręcznie ukręconych, przytyłam 2 kg. Niestety. Łakoma jestem. I przyznaję się do tego bijąc się w piersi, w przeciwieństwie do niektórych moich pacjentów, którzy zapewniają, że „naprawdę prawie nic nie jedzą”. A na liczniku 100 i więcej kg. W związku z zaistniałą sytuacją, od poniedziałku znowu zapisuję wszystko co spożywam, bo zapisywanie daje mi poczucie kontroli nad łaknieniem.

Bosman,jak przystało na porządnego psa, upodabnia się do panci. Waży już 4 kg, jest kulą futra. Potrafi robić siad, leżeć, zostawać na miejscu, podawać łapkę, dawać głos, grzecznie jeździ samochodem na przednim siedzeniu, lubi kąpać się w wannie, spaceruje bez smyczy i przybiega na każde moje wołanie, przynosi i oddaje aport na komendę „daj” i robi „dwójkę” na podwórku. Jak na czteromiesięcznego szczeniaka, uważam, że to bardzo dużo. Jestem z niego taka dumna! No i z siebie też oczywiście 😉 Niebawem będę miała dla niego więcej czasu, ponieważ za miesiąc udaję się na zabieg operacyjny, a później L4. Kto wie czego jeszcze go nauczę poczas wiosennych spacerów.

Jako człowiek niosący nadzieję, mam nadzieję, że zima pożegnała nas definitywnie i za chwilę zazieleni nam się w głowach, sercach oraz na trawnikach 😉 Oby!

Melduje sie z UK, bez polskich ogonków, albowiem klawiatura mojego braciaka nie posiada polskich znaków.

Kilka slow nt poprzedniego wpisu i komentarzy. Jebie kogos czy nie jebie, jest mozliwosc skorzystania z tego typu zabiegów, decyzje kazdy niech podejmie sam. (Ale sie idiotycznie pisze bez polskich znakow hi hi hi. Wybacz moj ukochany ojczysty jezyku,ze tak cie kalecze). Ale uwaga! Jezeli ktos chce sobie upiekszyc cycki, czyli zabieg jest wykonywany na unerwionych, zywych piersiach, mozna sie porzygac, posikac, ewentualnie zemdlec z bolu. Biore plena odpowiedzialnosc za to co pisze. Znieczulenie miejscowe nie wystarczy. Co innego, gdy sa to odtworzone cycki, czyli skora pozbawiona czucia, wtedy pewnie mozna sobie wytatuowac Mona Lise bez dodatkowych atrakcji.

A teraz o tym, jak milo jest wskoczyc do samolotu w rodzimym miescie i za dwie godziny wysiasc w Londynie.  Tak wiec wczoraj, dokonczylam poranna kawe, wyszlam z Bosmanem i myk na lotnisko :). Londyn przywital mnie deszczem, zebym nie byla zdziwiona, ale za to dzisiaj piekne slonko i  niebo niebieskie. Od wczorajszego wieczoru towarzysza mi przepyszne hinduskie smaki i zapachy. Mmmm… przygoda z cyklu „Kuchunie swiata” gosclisimy bowiem na kolacji u zaprzyjaznionej rodziny rodem z Indii. Dzisiaj z ranca sniadanie w klimacie angielskim, lunch rowniez, czyli tradycyjne Fisch and chips (moja watroba juz sie buntuje), a kolacja znowu po indyjsku. Jest juz gotowa. Spogladam na trzy garnki stojace na kuchni, dzisiaj Justynka gotowala. Magiczne smaki, magiczne przyprawy, ostre aromatyczne, uwielbiam! W piekarniku polski piernik, to Pawlik uczynil. Po domu biegaja trzy male dziewczynki, dwie z oczkami czarnymi jak wegielki i jedna jasnowlosa. Ogolnie jest wesolo.

Jestem oczarowana przyroda. Krzewy maja wielkie ciemnorozowe kwiaty (myslalam, ze sztuczne) i wszedzie kwitnace zonkile. Inna roslinnosc, zielona, swieza widac wiosne. Ptaki spiewaja jak oszalale. Nie moge sie przyzwyczaic do lewostronnego ruchu. Piszcze, zamykam oczy w samochodzie i przechodzac przez ulice spogladam nie w te strone co trzeba. Ludzie sa fajni! Tacy kolorowi :). W sklepie z kosmetykami musza byc rozne kolory podkladow do twarzy, nie tylko odcienie bezu, ale tez odcienie brazu, zolci i czerni hi hi hi. Spacer po Londynie mnie oczarowal, jaka urocza sobota! Noooo…. to tyle goracych wrazen bez polskich znakow. Smieszny to wpis, ale nie bede go zmieniala po powrocie do Polski, nie pozostanie taki na pamiatke rodzinnego weekendu w UK