Miesięczne archiwum: Październik 2013

Okropny miałam sen!

Aż się obudziłam zalana łzami. Śniło mi się, że lekarze powiedzieli, że niedługo będę musiała umrzeć. Tylko nie wiem, który to taki mądry! W każdym razie, dowiedziałam się, że wszędzie mam przerzuty, za chwilę nie będę mogła nic przełykać, więc zaaplikują mi cienką sondę dojelitową do podawania żywienia. Oglądałam ten zgłębnik i nie mogłam uwierzyć, że to już. Pozostało mi najwyżej kilka miesięcy życia…  Ufff… jaka byłam szczęśliwa, gdy się obudziłam 🙂 A jednak się boję. W podświadomości czai się demon. Wystarczy taki sen i znowu zachwycam się każdym kolorowym liściem, smakiem kawy i nawet psią kupą na trawniku. Życie jest takie piękne!

Dostałam pozwoleństwo od lekarza na pójście (a nawet pobiegnięcie) na basen. Cieszy mnie to niezmiernie. Korzystanie z basenu w moim przypadku, to naprawdę przepłynięcie kilkudziesięciu długości basenu, zależnie od kondycji. No chyba, że jestem w przyjaciółką w SPA, to wtedy głównie wytrząchamy się w bąbelkach, opowiadamy pierdoły i bajerujemy panów ratowników. Woda jest dla mnie terapią na wszystko. Podejrzewam, że nawet taplanie się w kałuży miałoby zbawienny wpływ na moją psyche. Zdecydowanie jestem stworzeniem wodnym.  Jedynie za deszczem nie przepadam. Chociaż, mając na uwadze życiowe doświadczenia, jak już wspomniałam kiedyś, będę się cieszyła deszczem, śniegiem, listopadem, wszystkim czym się da i jak długo się da  :).  Przypomnijcie mi o tym, gdy w styczniu wrócę do pracy i będę o 6.30 wykopywać samochód spod śniegu 😉

Acha, otrzymałam nowe przezwisko Kasztanka, niech będzie, pasuje do jesieni.

Witam Państwa. Taka kolej rzeczy, świat powoli traci kolory, zbliża się listopad, a wraz z nim Święto Zmarłych. Jedno z niewielu świąt, kiedy nie na miejscu jest życzyć „Wesołych!”, przynajmniej w naszej kulturze. Czytaj dalej

Czekolada…

Kategorie: Blog Asi

Od kilku dni mam czekoladowe sny. To pewnie przez dietę. Śnią mi się czekoladowe lody z wiśniami, czekoladowy tort „Cherry” i taka gorąca czekolada do picia od Wedla.

Czuję jej zapach…mmm… Byłyśmy niedawno z dziewczynami w Pijalni Czekolady w Manufakturze, ale ja poprzestałam tylko na espresso :). Za to widoki i zapachy pozostały we mnie i teraz nawiedzają mnie na jawie i we śnie. Uwielbiam połączenie czekolady z wiśniami. Czytaj dalej

Właśnie wróciłam z  jesiennego spaceru, dotleniona, szczęśliwa, wiec zamierzam się tym szczęściem z Państwem podzielić. Obiecałam, że zacznę się ruszać i obietnicy dotrzymuję. Kto jeszcze się przyłączy?

Co prawda o zmianie przyzwyczajeń możemy mówić, gdy owa zmiana trwa co najmniej trzy miesiące, ale i tak zamierzam się pochwalić moim dwutygodniowym codziennym maszerowaniem. Wszak słowo pisane, ma większą moc sprawczą niż przemyślenia w głowie. Dystans 3km może się niektórym wydawać śmieszny, ale jak sobie przypomnę,  że jeszcze niedawno idąc do sklepu po drugiej stronie ulicy musiałam trzy razy odpoczywać, odczuwam radość wszechogarniającą. W kontekście tragicznego finału  (dla jednego z uczestników) biegu w Warszawie, czuję się w obowiązku  napisać kilka słów na ten temat. O zbawiennym wpływie wysiłku fizycznego już wspominałam, a że sport to zdrowie, wiemy od przedszkola. Wszystko się zgadza. Tak sobie wyobrażam, że może ktoś zalegający do tej pory na kanapie , po przeczytaniu jednego z moich felietonów, postanowił zmienić swoje życie na lepsze, zrzucić kilka kilogramów, jeść zdrowo, nie palić i  zacząć uprawiać sporty wszelakie. Założył dres i postanowił pobiegać po okolicznym parku. Hola hola! Radziłabym przed tak radykalną zmianą zasięgnąć porady lekarza. Warto sprawdzić, jak nasze serce poradzi sobie z wysiłkiem. Próba wysiłkowa, powszechnie znane badanie, pod kontrolą lekarza i zapisu EKG, może być odpowiedzią, na ile możemy obciążyć  układ krążenia. To po pierwsze. Po drugie, nie każdy rodzaj aktywności fizycznej jest odpowiedni dla każdej osoby. Ja chodzę na zajęcia z jogi, ale dla kobiet po leczeniu min. raka piersi i instruktorka wie, jakich ćwiczeń nie mogę wykonywać. Mój tato pomyka na rowerze, ale z zapiętym pulsometrem, bo kardiolog określił, jakie maksymalnie może mieć tętno.  Znam sporo osób, które zmianę trybu życia na prozdrowotny zakończyły z kontuzją kręgosłupa, stawów, nadwyrężonymi ścięgnami, pęcherzami na dłoniach i bólami mięśni. Na strychach i w piwnicach wielu domów kurzą się narzędzia tortur zakupione pod wpływem chwilowego entuzjazmu lub w ramach realizacji postanowień noworocznych. Tak to zazwyczaj się kończy, gdy zaczynamy zbyt intensywnie i radykalnie zmieniać swoje życie. Wiele można osiągnąć, ale metodą systematyczności i drobnych kroczków. Przypadek śmierci młodego biegacza, który zmarł na mecie na skutek niewydolności krążeniowo-oddechowej rozpętał medialną burzę. Tęgie głowy badają przyczynę, rodzina szuka winnych wśród medyków, którzy jej zdaniem za późno przybyli na miejsce zdarzenia. Nie mnie sądzić i wydawać wyroki, są inni ludzie, którzy za to biorą pieniądze. Niemniej jednak, korzystając z okazji , kilka zdań do Państwa skieruję. Otóż. Nagłe zatrzymania krążenia z powodów kardiologicznych, są główną przyczyną zgonów ludzi dorosłych w Europie. Proszę sobie uzmysłowić, że sytuacja poszkodowanego jest na tyle zła, że jego szanse na przeżycie epizodu zatrzymania krążenia, to tylko kilka do kilkunastu procent. Bezdyskusyjnie czas jest jednym z kluczowych elementów zwiększających  te szanse, ale nie jedynym. Bywa , że  zatrzymanie krążenia następuje w oddziale kardiologii w obecności zespołu reanimacyjnego, akcję podejmuje się natychmiast, a pacjent umiera. Moim zdaniem powinniście Państwo o takich rzeczach wiedzieć, zwłaszcza, że lincze medyków  i obarczanie ich winą za śmierć ludzi są ostatnio bardzo modne. Jeśli spojrzeć prawdzie w oczy, to okaże się, że w dużej mierze sami sobie robimy krzywdę. Wieloletni palacze są świetnym na to przykładem. Onkolodzy biją na alarm! Kobiety umierają na raka płuc! Jeszcze nie tak dawno, ten nowotwór zabijał głównie mężczyzn. Ale skoro kobiety zaczęły palić jak mężczyźni, to również umierają jak mężczyźni.” Palenie zabija”, tak jest napisane na paczce papierosów. Tyle, że nie nazajutrz, a za dwadzieścia lat. Kara śmierci odroczona na dwadzieścia lat traci moc. Gwarantuję, że gdyby było napisane „Za rok umrzesz”, nikt by nie sięgnął po papierosa.  Palacze odczuwają przyjemność przy inhalowaniu się dymem tytoniowym. Czyli nagrodę otrzymują natychmiast, a ukarani będą za kilkanaście lat. Taka pułapka psychologiczna.  Drodzy Państwo… apeluję o rozsądek. Medycyna XXI wieku wiele może, ale lekarze to nie cudotwórcy i nie są w stanie naprawić wielu krzywd, które sami sobie wyrządzacie. Każda zmiana zaczyna się od podjęcia decyzji, a co w głowie to i w ciele. Twierdzenie „Chcieć, znaczy móc”, naprawdę  nie jest pustym sloganem, więc trzymam za Was kciuki i życzę podejmowania mądrych decyzji.

Jesiennie :)

Kategorie: Blog Asi

A nie mówiłam! Wystarczy jeden dzień z wiatrem i deszczem, i po kolorowych liściach. Kto przegapił, niech żałuje!

Następna okazja do podziwiania jesieni za rok. Dla mnie czas zyskał nowe znaczenie, więc niczego już nie zamierzam przegapić. W związku z tym spacerowałam w słoneczne dni pod ogromnymi żółtymi i czerwonymi drzewami i chichotałam jak idiotka. Teraz biegamy z Gangsterem po dywanach z liści, ale musimy się spieszyć, bo Pani Dozorczyni bardzo się uwija z zagrabianiem i już za chwilę nie będzie w czym pogrzebać. Nasza Baba Joga dała nam wczoraj popalić, więc trochem obolałam. Ogólnie jest mi od rana trudno wejść na obroty, bo mam poranną sztywność mięśni i stawów, po Taxolu podobno. Podobno po pół roku mija. Już się nie mogę doczekać, bo pierwsze kroki po wstaniu z łóżka robię „po ścianie”, jak jakaś leśna babka. Poza tym, jeśli już się chwalę skutkami ubocznymi, powypadały mi wszystkie plomby z zębów, ślepa jestem jak kret i mam sklerozę. Ale! Moja córka studiuje techniki dentystyczne, więc mam obiecane przepiękne ząbki gratis, mąż obiecał okularki, po założeniu których z pewnością wzrośnie moje IQ (przynajmniej wizualnie), a skleroza jest świetną wymówką, jak czegoś nie będzie mi się chciało zrobić :). Reszta pięknie, włosy i rzęsy coraz dłuższe, mam wrażenie, że chudnę. Ważę się w poniedziałki, więc się okaże ile. Jutro zaprosiłam rodziców na obiad pt. „Jesienne smaki”, żeby uczcić koniec mojego leczenia, oraz zdany egzamin specjalizacyjny. Zdałam go co prawda rok temu, ale zaraz po tym dowiedziałam się, że mam raka i jakoś mi humor nie dopisywał. I to tyle na dzisiaj. Miłego weekendu. Paaaaa

Wizyta

Kategorie: Blog Asi

Byłam u mojego lekarza onkologa, żeby mu zadać egzystencjonalne pytanie „Co dalej?”.

Tak sobie wyobrażałam, że teraz będę siedzieć w tomografie najlepiej 7 dni w tygodniu, zamiast wpadać do knajpy, wpadnę na rezonans, zamiast potańczyć w klubie, „zatańczę na rurze” (gastro- , kolonoskopia, dla niewtajemniczonych), nafaszeruję się wszystkimi możliwymi izotopami i będę świecic jak robaczek świętojański. Wszystko to w celu wykrycia ewentualnych przerzutów raka. Tymczasem okazuje się, że dopiero w styczniu będę miała mammografię, samobadanie jak zawsze co miesiąc, jakieś tam USG. Jeżeli będę się czuła dobrze, to nie szukamy dziury w całym czy miodu w dupie, jak kto woli. Tak mówią najnowsze badania, bo nie sądzę, żeby mój Doktór wyssał to sobie z palca, żeby mi zrobić na złość. Hmm… Teraz staram się przypomnieć sobie, jak prowadzę wykłady i tłumaczę ludziom, że medycyna bardzo dynamicznie się rozwija, że wytyczne są zmieniane i aktualizowane po to, żeby odzwierciedlać postęp itd. Znaczy muszę dbać o siebie, chodzić do doktora co trzy miesiące i bacznie wsłuchiwać się w odgłosy swojego ciała. Jak zaczynam o tym wszystkim spokojnie, logicznie myślec, to faktycznie dochodzę do wniosku, że robienie teraz badań obrazowych jest bez sensu. Po pierwsze, po leczeniu może być sporo fałszywie dodatnich wyników, a jak mają być przerzuty, to i tak się jeszcze nie pokażą. Pokażą się później, w towarzystwie objawów klinicznych zapewne. Wszystko co możliwe już zrobiłam, nic więcej nie mogę. Znaczy mogę, prawidłowo się odżywiać, zacząć się więcej ruszać i odzyskać należną masę ciała. A właśnie! Oznajmiam, że po poniedziałkowym ważeniu (raz w tygodniu) jest mniej! Nareszcie coś drgnęło, bo już zaczynałam być nerwowa. A więc drobnymi kroczkami do przodu. Wczoraj byłam na jodze, dzisiaj dzielnie maszerowałam szlakiem okolicznych parków. Jeszcze kilkanaście dni i pognam na basen. A póki co, kompulsywnie sprzątam w domu, żeby nie myśleć za dużo o pierdołach. Jakoś nie leży w mojej naturze postępowanie według zasady „Co ma być, to będzie”, cholera jasna, nie myślałam, że to będzie takie trudne…

 

Ekstremalnie

Kategorie: Blog Asi

To był ważny wieczór. Spektakl „Gry ekstremalne” jest ważny, chociaż nikt po wyjściu nie powie „Ale się ubawiłam!”

Ewa pisała sztukę gdy chorowała na nowotwór mózgu, uśmiechałam się, bo nadaję na tych samych falach. To był jej sposób na oswojenie lęku przed nieuniknionym. Podczas spektaklu  chwilami było słychać śmiech, ale również cichy szloch ludzi, którzy ją znali i kochali, oraz tych, którzy przeżywali tę historię po raz pierwszy. Ewa nie miała dobrych wspomnień z pobytu w szpitalu na oddziale neurologii i neurochirurgii, nie miała dobrych doświadczeń z pielęgniarkami i lekarzami. Sceny „z życia sali pooperacyjnej” prowokowały śmiech widzów, ale mnie wcale do śmiechu nie było. Drogie Panie Pielęgniarki, pamiętajcie o tym, że Wielki Brat na was patrzy o każdej porze dnia i nocy. Po premierze owacje na stojąco i ciepłe słowa podziękowania, od rodziców, przyjaciół, tych którzy znali Ewę. Następnie wernisaż „Pięknołyse”. Zdjęcia wykonało troje fotografów : Daria Matczuk, Kasia Fortuna i Andrzej Świetlik. Pomysłem Andrzeja było stworzenie chóru. W wielkim formacie robi wrażenie! Oceńcie sami 🙂

1 2 3 fot. Andrzej Świetlik

Plakat promujący kampanię to dzieło Darii. Będą jeszcze kolejne zdjęcia, które również udostępnię, ale jeszcze chwilę to potrwa. Wernisaż otworzyła Kapsyda Kobro prezes Fundacji Rak’n’Roll, kilka słów od Andrzeja i wspólne zdjęcia

Wernisaż.

Się czułam jak gwiazda jakaś! Wszystko pięknie się układa, fata na zakończenie leczenia. Co będzie dalej, Bóg jeden wie…

A tak było na wernisażu 🙂

1 2a 3 4

I pomyśleć, że kiedyś nie lubiłam jesieni. Nie lubiłam, to bardzo delikatnie powiedziane. Bałam się jej panicznie. Przerażały mnie opadające liście. Pamiętam, jak komuś mówiłam, że kojarzą mi się ze spadającymi po chemii włosami. Ot , proroctwo…

A przecież jesień jest taka piękna! Bogactwo kolorów i smaków, rześkie poranki, a później dotyk babiego lata na twarzy w słoneczny dzień. Jeziora o świcie wyglądają jak parujący talerz z gorącą zupą. Na początku byłam zła, gdy mój pies o wschodzie słońca obudził mnie, żebym wyszła z nim na spacer, ale gdy ujrzałam kłębiącą się parę nad taflą wody i wielką kulę słońca nad lasem… Jesienne żeglowanie jest urocze. Zastanawiam się, czy kiedyś jesień była mniej malownicza? Nie pachniało grzybami? Nie było korali jarzębiny? Były… Więc dlaczego ich nie dostrzegałam? Bo na czym innym koncentrowałam uwagę. A poczucie szczęścia i dostrzeganie piękna, nie zależy od tego co nas otacza, ale od tego, w jaki sposób na to patrzymy i co chcemy zobaczyć. Taka mnie jesienna zaduma naszła Drodzy Państwo, bo to już rok niebawem minie, odkąd po raz pierwszy usłyszałam od lekarza, że prawdopodobnie mam raka. W ciągu minionych miesięcy poddałam się dwóm zabiegom operacyjnym, półrocznej chemioterapii i sześciotygodniowej radioterapii . Zmieniałam kolory i długości włosów, rozmiary garderoby, moje nastroje falowały jak wzburzone morze. Teraz po zakończonym leczeniu, spoglądam w lustro i widzę inną osobę. A to dopiero początek zmian mam wrażenie. Nadszedł czas powrotu do stanu sprzed choroby. Włożenia między bajki historii, która mi się przydarzyła i wyciągnięcia z niej mądrości życiowej na przyszłość. Tak też zamierzam uczynić. Ale zanim to nastąpi i zamknę definitywnie rozdział poświęcony zmaganiu się leczeniem onkologicznym, opowiem jeszcze o różowym październiku. Dlaczego różowy, nie mam pojęcia, ale obiecuję, że zgłębię temat. Mnie akurat różowy kojarzy się z lalką Barbie, dziewczynką w wieku przedszkolnym, ewentualnie infantylną blond-lalą w białych kozaczkach, zsolaryzowaną na ciemny mahoń. Ale nie kolor jest istotny. Ważny jest cel. Różowości w październiku jest mnóstwo. Marsze różowej wstążki, wiece, konkursy fotograficzne w różowych strojach, spoty i kampanie reklamowe  zachęcające kobiety do… no właśnie… do tego, aby chciały żyć. Brzmi dziwnie? Sama jestem zdziwiona, tym co widzę.  A widzę kobiety, które w popłochu czmychają, kiedy zachęcam je do nauki samobadania piersi, zmieszane, zawstydzone. Pewnie im się nie podoba na ziemskim padole i nie zależy im na tym, żeby zostać tu jak najdłużej. Szanuję to, w końcu nic na siłę.  Rozmawiałam z kobietami, które z dumą oświadczały, że lekarz je bada raz w roku, a co dwa lata robią mammografię. Jak to fajnie jest zrzucić na kogoś odpowiedzialność za własne zdrowie. Ja wybadałam u siebie guz, w czasie kiedy miałam aktualne badania, moja koleżanka dwa miesiące po mammografii. Przypomnienie z poradni genetycznej o terminie kolejnych badań otrzymałam będąc już po operacji raka piersi.  Ale co tam, może są kobiety, które nie lubią własnych piersi i chętnie by się ich pozbyły. No bo jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że po zauważeniu niewielkiego guzka nie gnają natychmiast do lekarza? Powiem więcej. Moje koleżanki pielęgniarki przeprowadziły ankietę dotyczącą wiedzy nt profilaktyki raka piersi w naszej grupie zawodowej. Wyniki wcale nie były dla mnie zaskoczeniem. Okazało się, że merytorycznie jesteśmy świetnie przygotowane do zagadnienia, ale własne piersi dogłębnie dotyka tylko niewielki procent nas-pań pielęgniarek wszechstronnie wyedukowanych. O zgrozo!  A co z wami panowie?  Z moich obserwacji i nie tylko, wynika, że uwielbiacie kobiece piersi. W Internecie znalazłam nawet „Balladę o cyckach” w kilku częściach. Może więc warto zadbać o to, żeby ukochanych cycków nie stracić, ba, żeby nie stracić ich posiadaczki. Skoro już i tak dotykacie, miętosicie, przytulacie i co tam jeszcze chcecie, to nauczcie się jak to robić, żeby przy okazji wybadać ewentualne guzki. To po pierwsze. A po drugie sprawcie, żeby wasze kobiety(matki, żony, córki, siostry) poddawały się regularnie badaniom profilaktycznym. Jak to zrobicie, to już wasza sprawa. Jestem przekonana, że pomysłów nie zabraknie. Prośba, groźbą, przekupstwem, jakkolwiek, cel uświęca środki. Marzy mi się Polska, gdzie nie będzie już wykonywana mastektomia, bo wszystkie nowotwory będę wykrywane we wczesnym stadium. Żeby dodać Państwu otuchy, powiem, że trend jest dobry, mamy szansę żeby moje marzenie się spełniło. Czego nam wszystkim  płci obojga życzę.

Zrzut ekranu 2013-08-22 o 23.57.47 fot. Daria Matczuk

4523_8973_480[1]

Radio Praha

Kategorie: Blog Asi

Tu radio Praha. Mi se ne boimi, ale mami stracha.

Zaczęło się. Wczoraj podczas rozmowy z Sis usłyszałam opowieść o trzydziestosześcioletniej kobiecie, która po dwóch latach po mastektomii na przerzuty do kości i rozsiew w opłucnej. W związku z powyższym głowa mi się zepsuła i już od 5 rano nie mogę spać. Poklikam więc, zanim wpadnę nosem w talerz z zupą. Czyli cały dzisiejszy dzień pracowałam nad tym by odpędzać złe myśli, natrętne jak komary. W tak zwanym międzyczasie złożyłam kurtuazyjną wizytę w moim ukochanym POZcie, co by poinformować Panią Doktór, żem już zdrowa i chcę jechać do sanatorium. Niestety. Pani Doktór twierdzi, że raka się nie leczy w sanatorium, a w ogóle to nie mogę zmieniać klimatu przez 5 lat. Więc tłumaczę, że raka już nie mam, nie mam również węzłów chłonnych, a kończyna górna wymaga rehabilitacji. Są sanatoria, które się tym zajmują i nie znajdują się ani w Kenii ani na Alasce, więc klimatu nie zmienię. Nie dała się Pani Doktór przekonać, ale po moich nieustępliwych prośbach, obiecała, że jak przyniosę kartkę od mojego onkologa, że nie widzi przeciwwskazań, to wniosek wypisze. Onkologu mój, liczę na ciebie! Później zadzwoniła pani z telewizji, czy powiem kilka słów nt sesji Pięknołyse. No pewnie, że powiem. Umówiliśmy się w parku, nagrali, nakręcili, będzie w TVP Polonia o 22.00. Następnie uciekło mi powietrze z kół w samochodzie, znaczy małżonek mnie o tym poinformował. Więc pojechałam na stację dopompować. Nie cierpię dotykać się do samochodu! Nic wlewać, dolewać, otwierać, przykręcać, odkręcać, brudzić się i zgrzytać paznokciami o lakier! Nawet wlewanie paliwa mnie irytuje, więc zawsze proszę Pana Chętniepomogę, żeby mnie wyręczył. Na stacji okazało się, że przewodzik od kompresora się zepsuł. Nie miałam już czasu szukać kolejnej stacji, więc zdecydowałam, że jakoś na pewno dojadę na jogę. Dojechałam. Pełna obaw. Ponieważ drze mnie w biedrze (po intensywnych spacerach zapewne, no chyba, że już mam przerzut 😉 ), miałam obiekcje, czy w ogóle będę mogła ćwiczyć. Na zajęciach, jak to powiedziała nasza instruktorka „musi się zadziać między nogami”. Jutro pewnie poczuję, w którym miejscu między nogami mam mięśnie. Tak czy owak, dolegliwości mnie minęły. Jestem zaskoczona, bo raczej miałam wrażenie, że nam nogi z tyłków powyrywa. Ale tak to z jogą bywa. Kilka lat temu przyszłam do domu po dyżurze z bolącym kręgosłupem, coś lub kogoś dźwignęłam, bolało mnie tak, że z trudnością chodziłam. Mówię do córki, że nie pójdę chyba na jogę, no bo jak tu wyginać śmiało ciało, jak ruszyć się nie można. Powiedziała, że mam iść, bo to na kręgosłup dobrze robi. Wróciłam naprawiona. Serio 🙂 . Więc joga robi dobrze na ciało, ale również na duszę. Lubię  tę relaksującą muzyczkę na koniec i kadzidełka. Fajowo było. No a w drodze powrotnej szukanie stacji, na której kabelek do kompresora nie byłby zepsuty. No szlag jasny, co za skomplikowane urządzenie! I jeszcze syczy obrzydliwie, zawsze mam wrażenie, że mi coś wystrzeli. Oczywiście się ubrudziłam, i zakrętki pogubiłam w drodze do domu, bo mi się z długimi paznokciami niewygodnie zakręcało te wentyle, wentle czy coś tam. Jak już kiedyś pisałam, blondynka to stan umysłu, przefarbowanie włosów na kolor rubinowy (tak było napisane na opakowaniu) nic nie zmienia. Acha, na zakończenie dodam, że wstaję potargana!!! :

Baba Joga

Kategorie: Blog Asi

Naprawdę nie wiem jak to jest możliwe, że kiedyś nie lubiłam jesieni. Czułam przed nią paniczny lęk. Przerażały mnie opadające z drzew liście. Mówiłam, że kojarzą mi się ze spadającymi po chemii włosami. Ot, proroctwo…

Ale od kilku lat dostrzegam jej piękno. Tyle barw przeróżnych, smaków i zapachów. Zupa z dyni, faszerowane papryki, grzyby i szarlotka z szarymi renetami, pycha! Tyle, że ja jestem na diecie hi hi. Znowu! Ale już pierwszy tydzień minął. Skrzętnie wpisuję w tabelki wszystko co jem. I wyprowadzam się regularnie na półgodzinne spacery szybkim krokiem, co by pokontemplować przyrodę. Dzisiaj wybrałam się na zajęcia „Baba Joga kontra rak” organizowane przez naszą fundację. Może ktoś jest chętny? Zapraszamy. Poniedziałki i czwartki godz.16.15 ul. Dowborczyków 17/19, trzeba wjechać w podwórko i na II piętro do Akademii. Zajęcia prowadzi niezwykle urocza i szalona instruktorka Kama, wprowadza też elementy ćwiczeń aerobowych, więc można  pokręcić pupką i poruszać nóżką. Ja dzisiaj czuję się padnięta, ale szczęśliwa. Acha, koszt miesięczny to 30 zł  na miesiąc za zajęcia 1 raz w tygodniu, 50 zł za zajęcia 2 razy w tygodniu, płatne z góry. Korzystajcie, bo warto! I tak oto przeszłam od tematyki „Jak pokonać raka” do wdzięcznego i popularnego tematu „Jak pokonać zbędne kilogramy”. Może ktoś się przyłączy? Zawsze w grupie raźniej 🙂

W sobotę rusza w Teatrze Dramatycznym projekt „Pięknołyse”, bardzo jestem ciekawa. Oto link 🙂

http://www.teatrdramatyczny.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1994:projekt-oswajamy-raka-w-dramatycznym&catid=81:aktualnosci&Itemid=335