Miesięczne archiwum: Wrzesień 2013

„A ja jestem proszę pana na zakręcie…”  po głowie kołaczą mi się słowa tej piosenki. Podobno w każdy zakręt można wejść z każdą prędkością, tylko można nie wyjść. Należy więc zwolnic.

No to zwolniłam. Życie wyhamowało. Nie wiem czy to jesień , czy zwolnienie tempa sprawiają, że myśli mnie nachodzą przeróżne. Żeby nie wiem jak długo rozmyślać, część pytań i tak pozostanie bez odpowiedzi. Każdy, kogo spotyka w życiu coś złego, wcześniej czy później pyta rozżalony  ”Dlaczego ja?” Ja już nie pytam,  ten etap mam za sobą. Wiele kobiet, które zachorowały na raka piersi, próbuje dociec, co dokładnie spowodowało chorobę. Pojawiają się przypuszczenia :stres, nieprawidłowa dieta czy uraz piersi. Odpowiedzi jednoznacznej niestety nie ma, ale warto wspomnieć o czynnikach ryzyka i prawdopodobieństwie wystąpienia choroby. Kto z Państwa gra w „totka” i płaci podatek od marzeń? Prawdopodobieństwo trafienia szóstki jest bardzo niewielkie, a jednak gramy. Znacznie większe jest prawdopodobieństwo zachorowania na raka płuc, przy wieloletnim paleniu papierosów, a mało kto z tego powodu rzuca palenie. Ileż razy słyszałam od pacjentów” Siostro… (pacjentom wybaczam ten sposób zwracania się do mnie, ale gdy dziennikarze piszą lub mówią o pielęgniarkach per „siostry” toczę pianę!) mój stryj  palił dwie paczki dziennie i dożył stu lat.” Po prostu był częścią statystyki. Podobnie jak młoda kobieta, która prowadzi zdrowy styl życia, nikt w jej rodzinie nie chorował na raka, a ona zachorowała. Dlaczego? Bo tak jest i już. Wszystkiemu winna statystyka. Statystycznie najwięcej osób chorujących na raka płuc to palacze. Statystycznie najwięcej zachorowań na raka szyjki macicy odnotowuje się u kobiet, które miały wielu partnerów seksualnych. Statystycznie najczęściej na raka skóry chorują osoby poddawane długotrwałej ekspozycji na promienie UV itd. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze jest niewielki procent tych „niestatystycznych”. Jak moja koleżanka, wzór ekologicznego, zdrowego odżywiania oraz prozdrowotnego trybu życia. Gdy dowiedziała się, że ma raka czuła się wręcz oszukana przez los. Wcale się nie dziwię. Zewsząd słyszymy, że największy wpływ na nasze zdrowie ma styl życia. I wszystko się zgadza. Preferując antyrak-lifestyle,  zmniejszamy PRAWDOPODOBIEŃSTWO  zachorowania na raka. Gwarancji, że nie zachorujemy, nie ma. Czynników rakotwórczych jest mnóstwo. Niektóre działają na nas z zewnątrz, inne  mamy w sobie. Znając owe czynniki ryzyka  możemy je eliminować. Przynajmniej niektóre. Pamiętają Państwo azbest? 20 lat ekspozycji na azbest i prawdopodobieństwo zachorowania na raka płuc wynosi prawie 100%. Azbest udało się wyeliminować.  Sprawa robi się bardziej skomplikowana jeżeli mówimy o genetyce. Statystycznie, tylko niewielki procent raków piersi ma charakter dziedziczny, ale jeśli już jest mutacja genu BRCA1,  prawdopodobieństwo zachorowania na raka wzrasta  do 85 procent. Ależ to zagmatwane! A my byśmy chcieli mieć pewność i poczucie kontroli. Niestety, nikt nam karty gwarancyjnej nie podstempluje. Ale! Zróbmy wszystko co możemy, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania na raka. Nudą powieje teraz, bo nic odkrywczego nie napiszę. Jednakże, powtarzanie podstawą nauki, więc  powtórzę za „mózgami narodu” po raz enty. Przeanalizujmy swoją dietę. Wiedza nt zdrowego odżywiania jest ogólnie dostępna. Myślmy o tym co zjadamy. Nie popadając w paranoję oczywiście, nie zachęcam nikogo do siania zboża w skrzynce na balkonie i produkowania mąki. Alkohol oprócz tego, że robi z mózgu budyń, jest również substancją rakotwórczą, warto o tym pamiętać. Palenie to po pierwsze obciach, po drugie cichy zabójca. Policzyłam, znałam 6 osób, które  zmarły na raka płuc. Wieloletni palacze. Może mam niefart, ale takie są fakty. Bądźmy łowcami cieni, z resztą brązowa opalenizna jest już dawno niemodna. Patrzmy czym się trujemy. Wiele substancji chemicznych używanych na co dzień jest karcinogennych. Wyginajmy śmiało ciało! Apeluję do Państwa i do siebie. Zadbajmy o regularny wysiłek fizyczny, nie musi być wyczynowy, wystarczy umiarkowany. To ogólnie dostępne panaceum na wiele dolegliwości… hmm… podobno uzależnia. Mam nadzieję, że i mnie wkrótce uzależni, bo wstyd się przyznać, ale jestem ofiarą motoryzacji i notorycznych zwolnień z wf-u. Pamiętajcie Państwo o „przeglądach technicznych” własnego ciała. I zadbajcie koniecznie o psyche. Każdy może znaleźć swój sposób na poszukiwanie szczęścia, lub zaczerpnąć go od innych. Szczęśliwi żyją dłużej. A co to szczęście? Tę kwestię pozostawiam Państwu do rozważania na długie, jesienne wieczory.

Wernisaż

Kategorie: Blog Asi

Dadam!  Miło mi oznajmić, że jestem twarzą projektu „Pięknołyse”

Wernisaż 12 października Teatr Dramatyczny scena na Woli

ul. Kasprzaka 22 Warszawa, tyle wiem na razie i jestem bardzo podekscytowana 😉

1

 

Sytuacja kształci się tak. Pierwsza cześć radioterapii za mną. Pozostało mi 5 seansów smażenia.

Dawka promieniowania podana będzie miejscowo, czyli dokładnie tam, gdzie był guz. Chirurg zostawił radiologom namiary, no proszę jakie spryciule te medyki. Jak patrzę na siebie w lustrze przypomina mi się dowcip:

Żona do męża:

-Usmażyć ci jajka?

-Cycki se usmaż!

 

No i stało się 😉 W związku ze skutkami ubocznymi radioterapii miewam napady  wnerwienia, nawet do wybuchów złości i płaczu włącznie. Ale szybko mi mija na szczęście. Jak już kiedyś wspominałam,że unikam rozmów ze współpacjentami w poczekalniach onkologicznych. Ale już od pewnego czasu, zwraca moją uwagę pan w średnim wieku z osobliwym poczuciem humoru. Wygląda elegancko, dobrze pachnie, a zapytany dziś, czy może napije się wody mineralnej, odpowiedział, że najchętniej tej z kartką 1906. Na to inna pani, że ona pije tylko zieloną herbatę, bo najzdrowsza. Na to pan, żeby sobie weszła na www.skrzydlewska.pl i sprawdziła, czy jest na liście rezerwowych, a jeśli nie, to żeby korzystała z życia. Na co ja roześmiałam się radośnie i nawiązaliśmy z panem uroczą konwersację, bo okazało się, że nadajemy na tych samych falach.

Wspomnę jeszcze o weekendzie pełnym emocji. Już od dawna weszłam w taki etap życia, że śluby przestały mnie wzruszać. A nawet w niektórych momentach, musiałam się powstrzymywać, żeby nie parsknąć śmiechem podczas słuchania przysięgi małżeńskiej. I znowu los sprawił, że oniemiałam z zachwytu, przetarłam oczy ze zdziwienia, dech mi zaparło, a łzy szczere i gorące rozmazały mój misternie wykonany makijaż. Łzy wzruszenia. Miałam zaszczyt i przyjemność patrzeć na prawdziwą miłość i spełniające się marzenia. Aż  Anioły wesoło skakały po szczytach Tatr, a Bóg Dobrodziej z uśmiechem spoglądał zza chmury, taki to był ślub! Mam ochotę zamieścić obszerną relację z tego radosnego wydarzenia, wraz ze zdjęciami, ale najpierw poproszę Młodą Parę o zgodę i autoryzację.  Uchylę tylko rąbka tajemnicy i powiem, że było po góralsku i z przytupem! Mieszkaliśmy w leśniczówce, gdzie odbyło się przyjęcie, więc od rana zapachy unosiły się smakowite. Co chwilę zaglądałyśmy do kuchni, a tam grzybów co nie miara! Zupa grzybowa była tak pyszna, że dwa razy prosiłam o dokładkę. Przy ognisku niektórzy tańczyli zbójnickiego, kapela grała, prosiaki płonęły, śmiechom i zbytkom nie było końca. Też tam byłam, miód i wino piłam, a teraz mam nową kolekcję wspomnień, za co Państwu Młodym raz jeszcze serdecznie dziękuję!

Zastanawiałam się nad tematem kolejnego felietonu dla Państwa. Życie samo podsuwa pomysły. Felieton ukazuje subiektywne opinie autora, więc ja sobie dzisiaj pozwolę, pogrzebać kijem w mrowisku.

Gdyby przyjrzeć się uważnie sposobom leczenia chorób nowotworowych, zauważymy dwa nurty walki z rakiem. Pierwszy to nurt onkologiczny, fachowy, nastawiony na profilaktykę, doskonalenie metod diagnostyki i leczenia. Drugi nurt to psychoonkologiczny, który jest ukierunkowany na wykrywanie czynników psychicznych wpływających na przebieg choroby i wspomagających konwencjonalne metody leczenia. Niestety pojawił się również trzeci nurt, który dotyczy nie tylko leczenia chorób nowotworowych. Coraz częściej słyszymy o medycynie niekonwencjonalnej,  moim zdaniem słowo „Medycyna” jest tu wyjątkowo nie na miejscu. „Medycyna naturalna” brzmi trochę lepiej, ale jak mnie  ktoś próbuje przekonać, że przy pomocy owoców mango wyleczył się z raka szyjki macicy, to mam ochotę skoczyć  do gardła i przegryźć tętnicę. Zdarza się , że leczenie paramedyczne, oparte na indywidualnych właściwościach i intuicji prowadzących je osób, przynosi krótkotrwałe korzyści, tylko co z tego? Po podaniu chemii pacjent czuje się jakby miał zejść z tego świata. Wiem, co mówię, bo sama to przeżyłam. Inny, będzie czuł się świetnie, bo łyka tybetańskie bobki, medytuje, pije zioła i stosuje specjalną dietę. Pytanie do Państwa, który z nich ma większą szansę przeżyć kolejne 5 lat, zakładając, że obaj mają raka czegoś tam  w niewielkim stopniu zaawansowania?  Ja też lubię jogę i bardzo dobrze mi robi na głowę, ale NIE ZAMIAST. Dieta  to podstawa zdrowego stylu życia, niewątpliwie wpływa na nasz organizm, może wspomagać, może szkodzić, mówimy również o leczeniu żywieniowym, ale samą dietą nie da się wyleczyć raka. Zawrzało już w niektórych domach? Świetnie. Suplementy. Ku radości firm je produkujących, jak również przedstawicieli zajmujących się sprzedażą bezpośrednią tego typu produktów, Polacy są narodem pigularzy. Łykają tabletki na wszystko. Niektórzy nawet do 20 różnych suplementów dziennie. Najlepiej by było, gdyby zalecany przez lekarzy wysiłek fizyczny, też był w tabletce. Ale chwalić Boga nie jest.  Na jednym ze spotkań, pani przekonuje mnie, że cudowne kapsułki, uruchamiają „gen młodości” co jest potwierdzone w badaniach klinicznych. Brzmi poważnie, tyle, że pani nie bardzo wiedziała czym jest ów gen i jakie procesy go uruchamiają, a grupa badawcza liczyła zaledwie 60 kobiet. Inna pani, tłumaczy mi, że proszek w puszce, jest całkowicie naturalnym produktem, pozyskiwanym w całkowicie naturalny sposób i wyleczy wszystko. Pani lekarzem nie jest, ale wie, że  dolegliwości wszelakie biorą się z zasiedlania organizmu przez kolonie grzybów, a produkt pozwala się ich pozbyć, o czym informują kolorowe obrazki w książeczce jak dla dzieci z pierwszej klasy. Przykłady można by mnożyć. Jak czytam wypowiedzi zaciekłych przeciwników chemioterapii,  jak widzę młodych ludzi, którzy po roku zażywania dobrodziejstw medycyny Chińskiej, wracają do ośrodków onkologicznych z zaawansowaną już chorobą, to mi się nóż w kieszeni otwiera i ziemniaki parami z piwnicy wychodzą! Cuda się zdarzają, ale niezwykle rzadko w medycynie, proszę mi wierzyc. Pracę mam taką, że widzę śmierć codziennie, kiedyś Państwu o tym opowiem. Widzę nadzieję ludzką i szarlatanów, którzy na tym zarabiają. Byłam świadkiem biogergoterapeutycznych seansów, przesyłania energii , uciskania stóp i innych „egzorcyzmów”, cóż… nadzieja umiera ostatnia. Niedawno wczytywałam się w wypowiedzi młodych dżentelmenów pod krawatami, którzy udowadniali, że statystyki medyczne to jedna wielka ściema i włos odrastający mi się na głowie jeżył! Panowie jak sądzę, zajmowali się sprzedażą kolejnego cudownego specyfiku, który proponują zamiast chemioterapii. Bo chemia truje. A przyroda nie truje? W procesie rozpadu amigdaliny(migdały, pestki moreli), stosowanej w medycynie alternatywnej , w „sprzyjających okolicznościach” powstają związki chemiczne zawierające cyjanek. Opisywano przypadki zgonów. Warto o tym wiedzieć. Jeśli udało mi się wzbudzić, przynajmniej u niektórych z Państwa emocje, to bardzo się cieszę. Leczenie nie jest przymusowe, każdy z nas decyduje się na takie jakie uważa za najlepsze dla siebie, ale radzę się poważnie zastanowić nad wyborem. Nie wierzcie doktorom!  Zrezygnujcie z chemio i radioterapii! Pijcie sok z noni, jedzcie pestki z moreli i migdały, a na dodatek kał surykatek! Wyleczył się Pan Józek, ciotka  woźnego oraz  szwagra siostry teściowa!  Życzę sukcesów terapeutycznych.

Auć! (22)

Kategorie: Blog Asi

Kilka lat temu, byłyśmy z moją przyjaciółką na jesiennych zakupach.

Już mnie powoli dopadała chandra, był październik. Pamiętam, że przymierzałam dwie sukienki, takie dzianinowe, żeby mnie uchroniły przed jesiennymi słotami. Jedna piękna, druga jeszcze ładniej otulała moje ciało, nie mogłam się zdecydować. A moja przyjaciółka, bez zbędnych emocji powiedziała „Weź obie”, tak też zrobiłam. Od tej pory to moja żelazna zasada, jak się nie mogę zdecydować biorę obie.

W związku z tym, na zaślubiny w Tatrach mam dwie kiecki i dwie pary szpilek (w tym jedne czerwone!), a zdecyduję się na miejscu, lub ewentualnie „pójdę boooosoooo…” jak śpiewał Karpiel-Bułecka. Acha, kiecki w rozmiarze 42, niestety musiałam spojrzeć prawdzie w oczy. Ogólnie czuję się dobrze, szczególnie niespecjalnie. Nie lubię nierównomiernej opalenizny. Mój znajomy kiedyś na spływie kajakowym chlasnął sobie kremu z filtrem na plecy, raz jedną, raz drugą ręką, a żona miała mu rozsmarować. Zapomniała. Gdy się opalił miał na plecach skrzydła anioła. Ja nie mam żadnego wzoru, za to kolor! No no… ognisty rzec by można. Auć!

Odliczam dni do końca mojego onkologicznego leczenia.

Jestem szczęściarą. Mam szansę na definitywne pożegnanie się z chorobą. Chylę czoła, przed wszystkimi, którzy do końca dni swoich muszą żyć z takim czy innym sukinsynem, z chorobą, bólem, kalectwem. Wiem, że dają radę, cieszą się życiem, nie biadolą. No może czasem, bo czasem pożalić się trzeba. Zaraz człowiekowi lepiej. Słowo daję, że jak trzasnę drzwiami od Ulubionego Ośrodka Łysych Głów, to więcej mnie tam nie zobaczą! Mam już serdecznie dosyć ! Boli mnie, swędzi i piecze zesmażona  skóra, całe szczęście, że nie na tyłku, bo miałabym problem. Może rozwodu z onkologią nie wezmę, ale na pewno ogłoszę separację. Zbliżam się do momentu wyzerowania liczników. Żadnego opowiadania o raku, pisania i przeżywania po raz kolejny tego co było. Wystarczy. Uff… jeszcze dwa tygodnie, dam radę. A potem trzeba będzie ująć miecz Damoklesa… dobra… pomyślę nad tym, kiedy nadejdzie czas.

Póki co, polowanie na czerwone szpilki trwa. Nijak nie mogę zrozumieć, dlaczego nie ma ich w sklepach, chociaż mam wrażenie, że zawsze były. Można sobie kupić, piękne czerwone butki ortopedyczne, albo balerinki jak Alicja W Krainie Czarów, a czer wo nych szpilek niet! Życzę sobie, abym przez życie całe miała tylko takie problemy, jak niemożność zakupienia butów w wymarzonym kolorze 😉

Witam Państwa wrześniowo –kolorowo. Właśnie wróciłam z zakupów, zauroczona jesiennymi darami natury na ulubionym ryneczku. Miałam same kulinarne skojarzenia i pomyślałam, że napiszę kilka słów  o mojej chemioterapeutycznej diecie.

Odkąd pamiętam, jestem diecie. No prawie. Prawie, jak wiadomo robi wielką różnicę. Najbardziej odchudza mnie stres. Czuję jak się spalam, przyśpieszone bicie serca, spocone ręce, ciągle mi gorąco i tracę apetyt. Na początku choroby schudłam. Podobało mi się. Bezkarnie objadałam się smakołykami w czasie świąt, gdyż spodziewałam się, że podczas chemioterapii jeszcze schudnę, a to już byłoby niewskazane. Szczurzy pyszczek i piersi jak uszy spaniela. Tak sobie wyobrażałam siebie, chudą, bladą i łysą. A tu niespodzianka! Po zakończonej chemii przybyło mnie 8 kg. A to już przestało być zabawne.  Niektórzy są zbulwersowani, jak w obliczu śmiertelnej choroby, można w ogóle się przejmować dodatkowymi kilogramami. Mój lekarz zapytany, co sądzi na ten temat, odpowiedział poważnie „My wolimy, gdy pacjenci przybywają na wadze”.  Świetnie, mogę być łysa, ale gruba?! Bardziej spodziewałam się lądowania kosmitów na Placu Wolności, niż tego, że w czasie leczenia zmienię ciuchy na dwa rozmiary większe. Jak  to mogło się zdarzyć? Otóż. Postanowiłam podczas leczenia odżywiać się zdrowo i wzorowo. Powszechnie wiadomo, że trzeba codziennie pic sok z buraków, marchewki, jeść wątróbkę i pietruszkę, nawet jeśli ktoś ma odruch wymiotny na samą myśl. Zdrowego człowieka obrzydzenie ogarnia, co dopiero takiego na chemii. Współczuję wszystkim, którzy w dobrej wierze z zamkniętymi oczami  i z zatkanym nosem spożywają te „pyszności”. Współczuję sobie. Pojąc nie mogę, dlaczego wyedukowana i niegłupia wydawać by się mogło osoba, poddała się stereotypowi, pacjenta onkologicznego odżywiającego się głównie tym, co zawiera „dużo żelaza” . Tymczasem, sytuacja przedstawia się następująco. Zdrowa kobieta, która nigdy wcześniej na nic nie chorowała, ma raka piersi. Teoretycznie po operacji jest już wyleczona, ale zaczyna się czuć fatalnie, bo medycy „trują ją” chemią. Chemia działa zabójczo na komórki, które szybko się dzielą, czyli nowotworowe, ale również na komórki w mieszku włosa ,w szpiku kostnym i różne inne. W szpiku kostnym  jak powszechnie wiadomo, powstają krwinki czerwone(ale nie tylko). Do zbudowania krwinki czerwonej potrzebne jest żelazo (które zawierają wątróbka, pietruszka i  buraki np). A teraz uwaga. W zdrowym, nie wyniszczonym chorobą organizmie zapas żelaza jest pokaźny, niestety „fabryka” produkująca krwinki nie działa tak jak powinna, bo jest sponiewierana chemią. Zatem, zjadanie kilogramów wątróbki i zapijanie ich litrami soku z buraków nie poprawi morfologii. Zanim zrozumiałam tę prostą zależność, obrzydziłam sobie barszczyk buraczkowy dozgonnie. Błe!  Na gromadzenie zapasów tłuszczu (przecież nie jestem niedźwiedziem!) wpływa również brak regularności w spożywaniu posiłków. W pierwszym tygodniu po chemii człowiek prawie nic nie je, bo i tak wszystko smakuje jak wióry.  W następnych  za to, ma efekt z odbicia i  młóci co popadnie. Do tego czuje się bezkarny, bo w końcu chory, więc mu wolno. Szpera  w lodówce o północy i bez wyrzutów sumienia pochłania jej zawartość. A rodzina życzliwie podsuwa smakołyki pod nos. Aktywność fizyczną ogranicza do odwracania się z boku na bok na sofie, mrugania powiekami i używania mięsni żwaczy. Jeśli do chemioterapeutyków dołączone są sterydy, a często są, to efekt „sumo” gwarantowany. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że absorbuję kalorie z powietrza. Pewnego dnia, będąc po raz kolejny na chemii, narzekałam, że przytyłam 6 kg i usłyszałam w odpowiedzi „A ja 26”. No tak, moja współtowarzyszka niedoli ,faktycznie prezentowała dość okazałe kształty. Po raz kolejny podczas przygody z rakiem, wpadłam w osłupienie. Okazało się, że nie zawsze pacjent onkologiczny chudnie i „ginie w oczach”. Czasem jest wręcz odwrotnie .Każdy człowiek jest inny, każdy inaczej znosi leczenie. Staramy się przygotować merytorycznie do chorowania, czytamy, pytamy, zgłębiamy wiedzę, a potem los gra nam na nosie. Po licznych rozmowach z ludźmi „na chemii” dochodzę do wniosku, że nie ma gotowej recepty na to, co jeść jak i kiedy, żeby czuć się dobrze, nie przytyć, nie schudnąć, nie rzygać. Co więc pozostaje? Zdrowy rozsądek. A gdy go braknie i podłe kalorie pozwężają ubrania w szafie, zamieńmy się w stylistę, tworząc nową siebie. Dobrej  przy tym zabawy, oraz wielu jesiennych inspiracji sobie i Państwu życzę.

19

Kategorie: Blog Asi

Po 19tu smażeniach, trochę mi już „opalenizna” dokucza. Ale to nic w porównaniu z tym, do jakiego potrafiłam się doprowadzić stanu będąc nastolatką.

Pamiętam leżenie plackiem na słońcu przez dwa dni z moją przyjaciółką. Nie poszłam do szkoły, bo nie byłam w stanie nic na siebie założyć, miałam dreszcze i gorączkę. A rano zemdlałam. Takie to było opalanie! Nie ma co gadać, zaliczę jeszcze 11 seansów i zamykam rozdział. A póki co, szykuje się weekend w gronie przyjaciół. Takich, z którymi znamy się od podstawówki, poważna sprawa. Moja przyjaciółka wyprowadziła się na wieś. Wieś liczy tylko 11 domów ,a  dookoła są pola. Kiedy do niej jeżdżę, mam wrażenie, że czas się  tam zatrzymał. A jej mąż robi takie zdjęcia okolicznej przyrody, że niech  się National Geographic  schowa!  Będzie na pewno wesoło, już mi się dzisiaj cały dzień micha cieszy na samą myśl. Powspominamy, jak to mój obecny małżonek, dokładnie 14 września 28 lat temu, po urodzinach koleżanki, zaprosił mnie na pierwszy randkowy spacer. I tak się prowadzamy do dnia dzisiejszego, niewiarygodne. To byli czasy… A zatem zmykam robić sałatki. I nie pytajcie mnie jaką będą miały wartość kaloryczną i indeks glikemiczny!

IG (18)

Kategorie: Blog Asi

To ja teraz opowiem, jak się chudnie z indeksem glikemicznym –  IG. W końcu ile można pisać o raku.

Najlepszą praktyką solidna teoria, więc po pierwsze należy zakupić książkę w tym temacie. Dobra lektura do czytania w poczekalni onkologicznej i na skuterze*  Fajnie, lekko napisana, prawie jak mój blog  😉 . Tak naprawdę to prawie wszystko wiem, wstyd by było gdybym po tylu latach edukacji nie wiedziała. Ale powtarzanie jest podstawą nauki, więc czytam z zaciekawieniem i uzupełniam w głowie brakujące elementy układanki. Żeby uniknąć skomplikowanych teorii, należy wiedzieć, że IG określa  czas w jakim organizm musi rozłożyć spożyte produkty do glukozy, żeby ta mogła dostać się do krwi a dalej do komórek, gdzie jest przetworzona na energię. Jak będzie jej za dużo, zostanie zmagazynowana w postaci wiadomej. IG dla glukozy to 100. Im wyższy IG, tym gorzej. Jak wrąbiemy batona, to poziom glukozy gwałtownie skoczy, da nam kopa, ale równie gwałtownie spadnie. Poczujemy głód, zaczniemy szukać następnego. Jak z coca-colą. Znaczy jemy węglowodany złożone, żeby organizm musiał się nad nimi „napracować” i żeby glukoza uwalniała się powoli. Dobra. Dwie małe kromki razowego pieczywa na śniadanie i chudy twaróg, pomidor, mięta bez cukru. Brawo! Drugie śniadanie jogurt naturalny z owocami. Na obiad zupa z kurczakiem, imbirem, chili, pomidorami … mmm… pycha! Wychodzę z domu, jestem w mieście, a tu znienacka napada na mnie McDonald. Ale, ale! Proszę kawę czarną bez cukru i jogurt z owocami. Owacje na stojąco! Dumnie kroczę do stolika, posyłając powłóczyste spojrzenia, żeby wszyscy widzieli, jaka jestem dzielna. Po południu spotkanie PTPAiIO. Ależ się działo! Tematem wiodącym był wyjazd na konferencję do Karpacza. Ale również było ciasto, upieczone przez naszą koleżankę. Wyglądało jak milion dolarów, nazywa się Pani Walewska, zamieszczę przepis jak go dostanę. I niestety Pani Walewska mnie pokonała. Wybrałam najmniejszy kawałek, co prawda, ale IG miało pewnie blisko 100. To ciasto było lepsze niż seks! Czemu wszystko co zakazane tak smakuje… Do końca spotkania ciasto zostało spalone i odłożone w postaci kolejnego centymetra w pasie, a ja poczułam głód. Tak się złożyło, że przyjechałam na spotkanie środkami komunikacji miejskiej, a moja koleżanka przyszła pieszo, a  taki zbieg okoliczności rzadko się zdarza. Udałyśmy się więc wzdłuż ulicy Piotrkowskiej do knajpy na wino. Ja zgrabnie skakałam w szpilkach po kamieniach i nierównościach drogowych, w ramach treningu przed wyprawą do Doliny Chochołowskiej, gdzie również wystąpię w szpilkach, jak na uroczystość ślubną przystało. Nie wiem jaki IG ma białe wino, ale na pewno nie jest wskazane przy dietach odchudzających, podobnie jak krewetki z masełkiem czosnkowym i chrupiącą bagietką. I tak oto przegrałam sromotnie w pierwszym starciu z Indeksem Glikemicznym i Panią Walewską. Ale nie zamierzam się poddać! Doraźnie muszę zakupić jakieś kiecki w większym rozmiarze, bo sporo imprez okolicznościowych się szykuje. I koniecznie czerwone szpilki. Widzę je we śnie. Wysokie jak cholera, lakierowane. Takie właśnie muszę mieć! Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie niech da mi znać!

84657589_1_644x461_czerwone-szpilki-platformy-lakierowane-red-37-38-chrzanow[1]

*skuter- ubikacja, kibel, klop, wielkie białe ucho

Czary –mary i już jestem po połowie radioterapii. Smażenie w onkologicznym solarium, w którymś momencie staje się stylem życia. Dzisiaj odnotowuję spadek formy i siły witalnej. Tak bywa. Nie walczę z tym, a może powinnam? Dziś się poddałam, zawinęłam się w kocyk, pospałam, popatrzyłam w okno. Deszcz.

Kilka słów kliknę o konferencji. Pierwsza Regionalna Konferencja Naukowo-Szkoleniowa Pielęgniarek i Położnych Onkologicznych Ziemi Łódzkiej przeszła do historii. Ja jestem co prawda pielęgniarką anestezjologiczną, ale po pierwsze, wszystkie pielęgniarki to jedna rodzina, a po drugie jestem blisko onkologii. Bliżej już chyba być nie można. Prosto ze stołu terapeutycznego Zakładu Teleradioterapii pojechałam na wykład „Rola radioterapii w leczeniu nowotworów” No i pięknie, czyż można mieć pełniejsze spojrzenie na zagadnienie? „Stan emocjonalny pacjentek w chorobach gruczołu piersiowego. Zapotrzebowanie na wsparcie społeczne”… moje wspaniałe, mądre koleżanki, jak dobrze, że o tym mówią… „Jakość życia pacjentów poddanych chemioterapii”… hmm… miałam ochotę podnieść dwa paluszki jak dziecko w przedszkolu, żeby coś na ten temat powiedzieć 🙂  Wieczór spędziliśmy przy ognisku, pod gwiazdami. Czułam się dobrze i bezpiecznie w otoczeniu ludzi, którzy na co dzień przyczyniają się do ratowania życia takim jak ja. Utwierdzam się w przekonaniu, że są wyjątkowi… mają skrzydła…