Miesięczne archiwum: Sierpień 2013

Gonię lato

Kategorie: Blog Asi

Spędziłam uroczy wieczór z Lejdis 🙂

Jak zwykle było wesoło. Tym razem prym wiodła Sis, śmiała się tak głośno, że było ją słychać w całej wsi i okolicach. Podejrzewam, że przez to kury przestaną się nieść, a krowom skwaśnieje mleko w wymionach. Oglądałyśmy nasze zdjęcia ze studenckiego życia, oraz innych okolicznościowych spotkań… fantazji ułańskiej nam nie brakowało, nie ma co! Projekcja odbywała się na ścianie, za pomocą rzutnika, zamontowanego na piramidzie z krzeseł. Bogu dzięki nie spadł, bo pożyczony.

W czwartek zwiedziłam siedzibę TVN w Krakowie.  Kilkakrotnie wypowiadałam się dla TV i za każdym razem obiecywałam sobie, że to był ostatni raz. Po montażu, wyglądało na to, że powiedziałam dokładnie to, czego nie chciałam powiedzieć. Ciekawa jestem jak będzie tym razem. W programie będzie nas 5, każda opowie swoją historię. Każda z nas rozmawiała pół godz. z Ewą Drzyzgą, z czego w „Rozmowach w toku” będzie ok. 5 minut. Nie widziałam tego materiału, więc nie wiem jak wyglądam po dodaniu 5 kilogramów przez telewizję. Zastanawiam się co lepsze: mądrze mówić i źle wyglądać, czy  wyglądać super i głupio gadać. Wybieram pierwszą opcję.

Zaliczyłam już 9 pobytów w solarium, w moim wyglądzie nic się nie zmieniło, w samopoczuciu niewiele. Ale za to! Moje jajniki ożyły :). Nie zabiła ich chemia jak się okazuje. Koniec  farmakologicznego klimakterium. Czuję to wyraźnie… jakby… bardziej przychylnym okiem patrzę na facetów hi hi hi. Włosy odrastają, powoli wracam do wyglądu sprzed choroby. Bardzo powoli. Szybko się męczę i tracę siły, co doprowadza mnie do furii. To już tak zostanie?  Naszło mnie na jesienne porządki i zmianę wystroju domu. Robię to dziesięć razy wolniej niż zazwyczaj, bo co chwilę muszę odpoczywać. Nic to 🙂  w końcu nigdzie mi się nie śpieszy, mam niepowtarzalną okazję cieszyc się każdym, dosłownie każdym dniem latojesieni.  Skoro może być przedwiośnie, to czemu nie latojesień?  „Hej dogonię lato… łap łap łap łap lato…” lalalalalala

Przesyłka

Kategorie: Blog Asi

Dzwonek do drzwi.

– Przesyłka dla pani Zielewskiej.

A to co? Nic nie zamawiałam przecież. Otwieram, stoi facet z bukietem czerwonych róż. I liścik… że nie muszę schodzic z tego świata, żeby dostawac róże. A a aż mnie zamurowało! Dziękuję 🙂 🙂 🙂

P.S. Jutro parcie na szkło! Po porannym smażeniu jadę do Krakowa na nagranie „Rozmów w toku”. Obiecali, że będzie to poważny program o raku piersi. Sie okaże 😉

 

 

Tak mnie naszło na pogrzebowe przemyślenia. Nie pierwszy z resztą raz.

Póki żyję, póki mogę, zamierzam się wypowiedzieć, co życzyłabym sobie na swoim pogrzebie. Nie żebym chciała  niebawem przejść „na drugą stronę”, ale tak na wszelki wypadek. Po pierwsze kwiaty. Wyłącznie róże, od mężczyzn czerwone. A co, niech gadają! Róża jako symbol życia, piękna i nietrwała. Żadnych chryzantem, ani kalii. Postanowiłam, że umrę w miesiącu, kiedy będzie ciepło, żeby kwiaty były ładne i tanie i żebyście nie musieli marznąc i taplać się w błocie. Czyli temat kwiatów mamy z głowy. Teraz oprawa artystyczna. Nie zniese dźwięku kościelnych organów i zawodzącego głosu organisty! Nawet z niebiańskiej wysokości. Cisnę gromem, sypnę gradem, zamiecią śnieżną i białym szkwałem! Żadnego zawodzenia „Anielski orszak…” i  „Dobry Jezu”. Że Jezus jest dobry wszyscy wiedzą i jest to radosna nowina, więc nie należy jej wyśpiewywać smętnie. A czy orszak będzie anielski, nie do końca jestem przekonana, możliwe, że już Diabeły* pod kociołek podkładają. Jednakże oprawa artystyczna być powinna. Na pogrzebie jednego z żeglarzy, znanego szantmena, były gitary i oczywiście szanty. Ksiądz na to strzelił focha, co niespecjalnie mnie dziwi, bo wszystkie doświadczenia z księżmi (z jednym wyjątkiem) mam bardzo złe. Na ślubie jednej z koleżanek też nie było organisty, tylko gitary i bębenki i różne takie i było przepięknie. Oprawę muzyczną pozostawiam do decyzji męża, bo chłop zna się na rzeczy i na pewno mnie nie zawiedzie. Proszę mnie puścić z dymem. Bo brzydzę się robactwa i do omdlenia mnie doprowadza wizja moich szczątków doczesnych nadgryzanych zębem czasu i nie tylko. Brrr! Urnę postawić na półce w domu, żeby wszyscy mieli blisko na Święto Zmarłych i nie musieli stać w korkach (żartowałam hi hi). Chciałabym być częścią historii mojego miasta i spocząć na cmentarzu na ul.Ogrodowej. Bardzo go lubię (jeśli w ogóle można lubic cmentarz), bo chodziłam tam z babcią, teraz chodzę do babci, a drzewa szumią ciągle te same i opowiadają historie. Hmm… Ksiądz musi mówić, to co musi, czyli odprawić nabożeństwo. Tylko, że byłam na pogrzebie jednego bezbożnika, który gdy wchodził do kościoła to woda święcona wrzała, a ksiądz opowiadał,  o tym jak składał ręce do Boga w modlitwie. Żenada. Nie mam niestety żadnego znajomego księdza, przyjaciela rodziny, który mógłby powiedzieć kilka słów prawdy o mnie. Ale może jeszcze znajdę. Wszystkich przybyłych zapraszam później do knajpy na drinka. Ma być muzyka( moje ulubione piosenki i koniecznie BON JOVI), na telebimie moje zdjęcia przeróżne, z imprez, z wakacji, z pracy, z rodziną, z Lejdis. W barze moje ulubione drinki i ulubione potrawy na stole. Tylko nie śpiewajcie sto lat! Na stole duża księga. Nie kondolencyjna!!! W tej księdze, proszę każdego o wpisanie jakiegoś przyjemnego, zwariowanego lub zabawnego zdarzenia, które wiąże z moją osobą, kilka słów miłych wspomnień. Dla potomnych. Żeby dzieci wiedziały jaką miały cool pra pra pra babkę. I ostatnia kwestia, która przychodzi mi do głowy. Stroje. Jak powiedział Nikoś Dyzma, p… konwenanse!  Stroje muszą być takie, żeby patrząc w lustro nie robiło się smutno. Panie w kolorowych szpilkach!  Na koniec ważna sprawa. Nie bardzo mamy wpływ na to jak umieramy. Nie życzę sobie, żeby mnie ktokolwiek odwiedzał, jeśli nie będę mogła wyrazić na to zgody. Żadnego oglądania mnie z rurą w dziobie, tudzież z innymi rurkami w różnych miejscach. Ostrzegam! Bo będę straszyć!

Taką wolę wyrażam, będąc w pełni władz umysłowych.

*Diabeły – moja córka tak mówiła, gdy była mała. Per analogia, Anioły-Diabeły 🙂

Dobrze pamiętam październik ubiegłego roku, był przepiękny!

Pewnej nocy tańczyłyśmy przy ognisku. Muzyka grała, płomienie wesoło skakały po drewnie, a Ewa wznosiła toasty „Szto by nie posliednij raz!”  Niebo pełne gwiazd i księżyc, chyba w pełni. Przy każdym lekkim podmuchu wiatru spadał na nas deszcz kolorowych liści. Nie mogłyśmy się napatrzeć. Poranek przywitał nas błękitem, piłyśmy kawę na tarasie i patrzyłyśmy na korony drzew ozłocone słońcem i barwami jesieni. Zapłaciłyśmy za nocleg i po dywanie szeleszczących liści ruszyłyśmy w stronę parkingu. To był nasz ostatni raz…

Zachorowałyśmy prawie w jednym czasie, ja wylądowałam na onkologii, ona na neurologii. Dziś pożegnałam Ewę…

Do zobaczenia po drugiej stronie Droga Koleżanko… kiedyś…

Kiedy byłam nastolatką, pamiętam, że oceniając różne życiowe sytuacje, miałam wrażenie, że coś było czarne, albo białe.

W miarę zdobywania doświadczeń  i „tak zwanej, życiowej mądrości”, okazało się, że życie to wszystkie odcienie szarości. Nie wiem czy to dobrze czy źle, wiem że tak jest. Moim zdaniem szary to najsmutniejszy kolor. Czarny jest drapieżny i tajemniczy, a szary… depresyjny. Początek lutego br był wyjątkowo szary. Szare niebo, szare chodniki pokryte śniegową breją, szare bloki, szare drzewa i trawniki. Ratunku! Człowiek jest częścią przyrody, a przyroda zapadła w sen zimowy. Nigdzie motylka ani pszczółki, kwiatka ani listka żadnego. Najchętniej zamknęłabym się w swojej sypialni, a na drzwiach powiesiła kartkę „Obudzić na wiosnę”. Jednak los przewidział dla mnie inne atrakcje. W ramach zdobywania życiowego doświadczenia i pomysłów na felietony dla Państwa, postanowiłam z początkiem lutego udać się na oddział chemioterapii. Utrata włosów była najbardziej widocznym skutkiem owego pobytu, ale nie jedynym. Podczas 3 dni, które spędziłam w oddziale, lekarze mogli zaobserwować, jak mój organizm reaguje na wpompowaną w niego truciznę.  Wygląd oddziału niestety idealnie pasował do tego co  za oknem. Nie wszędzie jest uroczo, o czym Państwo doskonale wiecie. Co zrobić, żeby nie utonąć w morzu szarości? Oto kilka wskazówek. Po pierwsze. Ubranko w którym zamierzamy się lansować w oddziale powinno być w kolorach energetycznych. Moje było limonkowe, jak kamizelki w akcji „Bądź bezpieczny na drodze”. Zabieramy ze sobą kolorowy kocyk i podusię (jeśli nie posiadamy takowego, należy koniecznie zakupić), kolorowe serwetki, które układamy na odrapanej szafce. Na serwetkach ustawiamy Aniołka Stróża, bukiecik kwiatków i już jest pięknie. Jakoś trzeba starać się zrównoważyć negatywne wrażenia wzrokowe. Witamy w krainie łysych głów, odrapanych ścian i skrzypiących łóżek! Po drugie ostrzegam przed słuchaniem opowieści innych współtowarzyszy niedoli. Znacie Państwo  niedawno powstałą akcję pod hasłem „Polska, przyjedź i ponarzekaj” ? Otóż to. Proponuję zapakować sobie stopery w uszy, ewentualnie słuchawki z ulubioną muzyką lub audiobookiem.  W przeciwnym razie, będziecie Państwo skazani na wysłuchiwanie licytowania się, kto ma więcej przerzutów, kto jest bardziej nieszczęśliwy, kto ma bardziej dokuczliwe powikłania po chemii. Z moich obserwacji wynika, że 90% rozmów dotyczy takich właśnie tematów. Ani słowa nt przepisów na ciasta i sałatki. Może miałam pecha po prostu. Nie dość, że wrażenia wzrokowe i słuchowe są negatywne, to jeszcze nasza wyobraźnie płata figle. Strach ma wielkie oczy. Mój strach miał oczy jak młyńskie koła. W oczekiwaniu na podłączenie kroplówki z rakobójczym specyfikiem, widziałam  oczami wyobraźni, jak moje ciało targane jest konwulsjami, tracę oddech, pękają mi  żyły, wypadają włosy i wyparowuje mózg. Różnych rzeczy się spodziewałam, ale to co mnie spotkało, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.  Wczesnym popołudniem pojawiła się pani pielęgniarka z tacą pełną niespodzianek. Znajdowały się na niej trzy półlitrowe butelki i komplet strzykawek z różnymi lekami. Prze podaniem jednego z nich usłyszałam słowa ”A teraz poczuje pani szczypanie w miejscu intymnym.” Że co proszę? Już wiem co czuła Telimena na mrowisku. Podskoczyłam na łóżku jak rażona prądem, siódme poty mnie oblały, powietrze łapałam jak ryba bez wody.  Dziękuję koleżance po fachu za dostarczenie mi tak ekstremalnych przeżyć. Jak się  okazało przy kolejnych chemiach, wystarczyło podać lek wolniej i większym rozcieńczeniu, żeby nie powodował aż takich przykrych dolegliwości. Na szczęście trwają one tylko kilka sekund, bo w przeciwnym razie popełniłabym morderstwo w afekcie. Kroplówka z płynem w kolorze czerwonej oranżady zawisła nade mną jak miecz Damoklesa. Z przerażeniem obserwowałam kolejne krople i czekałam w napięciu co się zdarzy. Kap… kap…kap… i nic. Obudziłam się po wszystkim, z lekkim szumem w głowie.  Nieśmiało wstałam i popatrzyłam w lustro. Nic się nie zmieniło, włosy na miejscu. Wsłuchiwałam się w sygnały, które wysyła moje ciało, nic niepokojącego. To już? Tak to jest po „czerwonej” chemii? Pff…  Spodziewałam się wybuchu wulkanu, a tu wystrzał z kapiszona. A jednak… Nazajutrz okazało się, że moje zmysły rejestrują rzeczywistość inaczej niż dotychczas i nie było to przyjemne odczucie. Atakowały mnie zapachy, dźwięk i światło. „Czas rozegrać kolejną bitwę”– pomyślałam i z obrzydzeniem popatrzyłam na uwielbianą dotychczas poranną kawę.

Dzień przed pierwszą chemią…

1

4

Kategorie: Blog Asi

Są! Wreszcie są! Jakie piękne 🙂

Mam rzęsy. Na razie zachowują się bardzo niesfornie. Rosną we wszystkie strony, jedne krótsze, drugie dłuższe, wielki bałagan. Ale! Po wizycie w salonie kosmetycznym zostały ujarzmione 🙂  mmm… jak miło. Z farbowaniem włosów poczekam jeszcze dwa tygodnie, a potem zrudzieję, albo zblondzieję, jeszcze się nie zdecydowałam. Boli mnie lewa pierś, to już? Dopiero 4 frakcje promieniowania dostałam, co będzie po kolejnych 26 ?  Jestem zaniepokojona. Ale co tam…

Jutro o tej porze będę tańczyła na czterdziestkowej imprezie w Warszawie 🙂

Będzie zabawa!

Będzie się działo! I znowu nocy będzie mało.

Będzie głośno! Będzie radośnie! 😉

http://www.youtube.com/watch?v=Pqaxe5o2Apo

3

Kategorie: Blog Asi

No proszę, trzeci dzień smażenia się w Zakładzie Teleradioterapii i czuję się jak w domu.

Te same znajome twarze, uśmiechnięte, brakuje porannej kawy i ciasteczek. A właściwie to czemu nie? Kupię jutro ciasteczka po drodze, będzie słodki początek dnia.  Aparat już mnie nie straszy, uznałam, że jest moim sprzymierzeńcem i nie zrobi mi krzywdy. Nie ruszając się obserwuję bacznie głowicę, która przesuwa się nad moim ciałem. Szkoda, że nie widać promieniowania. Fajnie by było, gdyby miało np. kolor różowy i pachniało frezjami.  Skutki uboczne pojawią się później, więc zakładam, że mam jeszcze tydzień spokoju. I nie zamierzam umrzeć na chorobę popromienną, ani spalic się na skwarek. W ogóle to nie czas zajmować się pierdołami. W sobotę jadę na czterdziestkową imprezę i w związku z tym jutro zamierzam odwiedzić fryzjera i kosmetyczkę. Może ufarbuję jeża na czerwono, albo każę wygolić sobie szlaczek na głowie, nie wiem jeszcze.  Ale na pewno będę miała rzęsy, nareszcie! Będą dłuższe i bardziej gęste, już nie mogę się doczekać ! 🙂 🙂 🙂

Miałam  straszny sen. Śniło mi się, że zdejmuję z siebie płaty spalonej skóry. Obrzydlistwo.

Postanowiłam dzisiaj zapanować nad emocjami. Nie dzieje się nic takiego, czego mogłabym się bać, boję się swoich myśli i wyobrażeń. W czasie wizyty w onkologicznym solarium udało mi się nie płakać, nie drżeć jak galareta i mieć otwarte oczy. Jestem z siebie dumna! Jutro z pewnością wyluzuję się jeszcze bardziej. Skutków ubocznych napromieniowania na razie nie stwierdzam , za wcześnie. Nie raz poparzyłam się słońcem, tak, że nie mogłam się ruszać.  Poparzenie  po radioterapii może dawać podobne objawy. Hmmm… jeden raz więcej, co za różnica. Oki… jak będzie problem, będę go rozwiązywała, póki co,  istnieje tylko w mojej głowie.

Pojechałam do pracy, gdzie spędziłam mnóstwo czasu. Spotkałam wiele osób, z którymi musiałam porozmawiać i ciągle było mi mało. Musiałam popłakać, bo z nas trzech, które rozchorowały się pod koniec ubiegłego roku, jedna już nie żyje, druga stoi nad grobem i wygląda na to, że tylko ja czuję się coraz lepiej. Poza tym, powoli dociera do mnie, że raczej wątpliwe jest abym poradziła sobie fizycznie na naszej „Intensywnej”. Niestety. Nie mogę obciążać ręki, nie mam węzłów chłonnych, nie odrosną. Chyba, że będę chodziła jak święta krowa, bujała klapkiem i piła kawę. Trochę mnie to przeraziło…  Czuję, że nadchodzi czas zmian…

Pognałam do Galerki. W sklepach zagościła jesień. Nie miałam pomysłu na zakupy, nic nie zwróciło mojej uwagi. Zjadłam więc mrożony jogurt i kupiłam kilka drobiazgów. Lubię kompetentne ekspedientki. Pani w sklepie kosmetycznym zaproponowała mi rewelacyjną kredkę do brwi. No proszę jaka czujna, musiała zauważyć, że mam domalowane. Pamiętam, że kiedy nie miałam włosów po chemii, kasjerka poleciła mi szampon w promocji. Na szczęście trafiła na mój dobry dzień, więc po porozumiewawczej wymianie spojrzeń, wybuchnęłyśmy śmiechem.

Od kilku dni jestem płaczliwa. Nie potrafię określić konkretnej przyczyny. Właściwie  taka huśtawka nastrojów. Czyżby kończyło się moje farmakologiczne klimakterium? Pojęcia nie mam… Łeb do słońca kochani, uśmiech nr 5 na pyski i nie dajemy się smutkom! Będzie dobrze 🙂

Pierwsze smażenie za mną.

Nie powiem jak było, bo nic nie widziałam, miałam zamknięte ze strachu oczy. Wszystko mi zdrętwiało od leżenia bez ruchu. Leciały mi łzy, prosto do uszu. Wiec miałam pełne uszy łez i nie mogłam nic z tym zrobić, bo nie mogłam zmienić pozycji. Samo napromieniowanie trwało chwilę, znacznie dłużej układanie mojego napiętego jak struna ciała na stole.  No nic to. Jutro będzie lepiej. Jeszcze 29 razy i koniec. Miejsc parkingowych pod Regionalnym Ośrodkiem Łysych Głów wciąż brak. Gdybym umiała parkować znacznie ułatwiłoby mi to życie. Ale nie umiem. Najbardziej krzywo zaparkowany samochód to mój. I nie radzę przystawiać się zbyt blisko, bo na pewno przerysuję po całości, bez mrugnięcia okiem. Może ktoś udzieli mi korepetycji z parkowania? Małżonek protestuje, mówi, że nie ma czasu ani cierpliwości.

Pożegnałam się dzisiaj z moją przyjaciółką z Włoch, właśnie leci do domu. Była w Polsce trzy tygodnie, chichotałyśmy jak za starych dobrych czasów. Kiedy 10 lat temu wyjeżdżała, złośliwi twierdzili, że nasza przyjaźń w związku z tym się zakończy. Nic z tego. Latem znowu zagoszczę w Toskanii, napijemy się wina na tarasie z widokiem na góry i zjemy w Lucca najpyszniejsze lody na świecie. O!

Witam ponownie.

Lubicie Państwo robić zakupy na osiedlowych ryniarzach? Ja uwielbiam! Ostatnio kupując pomidory, mimochodem podsłuchałam rozmowę dwóch pań . Jedna z nich z rozgoryczeniem opowiadała o tym, że zostawił ją mąż, że życie zmarnowane i w ogóle.

  • Kiedy on cię zostawił –  pyta ta druga
  • 26 lat temu – i tu wiązanka  niepochlebnych epitetów.

„Droga pani, to nie mąż, to pani sama zmarnowała sobie życie. Ponieważ od nas zależy, jak szybko odnajdziemy sensowność istnienia po traumatycznym wydarzeniu (jakim jest niewątpliwie odejście męża z osiemnastoletnią córką sąsiadów).” – cisnęło mi się na usta. Jest wiele osób, instytucji, które mogą wspierać w trudnych sytuacjach, ale pamiętajmy o tym, że pomóc można jedynie osobie, która chce pomóc sobie sama. Są ludzie, którzy nie potrafią być szczęśliwi, jeśli nie są nieszczęśliwi.  Naprawdę. Znam i unikam. W związku z moją metamorfozą w kosmitkę, byłam zmuszona nauczyć się życia „w nowym ciele”, oraz opanować trudną sztukę malowania brwi i doklejania rzęs. Okazało się, że utrata rzęs przeraziła mnie najbardziej. Wypadały co prawda wolniej, a Dobra Wróżka „Rzęska” misternie uzupełniała braki w owłosieniu, jednak po trzeciej chemii, nie było już do czego doklejać. Zakupiłam więc trzy komplety , w wersji na co dzień, wieczorowej i mega sexy, abym mogła posyłać zalotne spojrzenia spod wachlarza doklejonych rzęs. Codziennie rano  z niedowierzaniem patrzyłam w lustro. Skóra na głowie była lśniąca i gładka. Gdybym miała wszy, mogłyby sobie zrobić lodowisko. Polubiłam tę dziwną osobę w lustrze, udało mi się zaakceptować zaistniałą sytuację, co dalej? Postanowiłam zrobić użytek z mojej łysej głowy. Budziła emocje, a jeśli jakaś sytuacja budzi emocje, zapamiętujemy ją na dłużej. Niebawem moją uwagę zwróciło ogłoszenie zamieszczone przez fundację Rock’n’Roll. Poszukiwane były kobiety bez włosów do projektu „Piękne, bo łyse”. Kto zechce zapozować z łysą głową? Bez chwili wahania wysłałam zgłoszenie.  Termin realizacji projektu przesuwał się, mijały tygodnie, a moje włosy zaczynały nieśmiało kiełkować. Niebawem z dumą prezentowałam  półtoracentymetrową fryzurę, straciwszy już nadzieję na udział w projekcie. Aż tu nagle zaproszenie do Warszawy na zdjęcia, pod warunkiem, że ogolę głowę. Nie miałam wątpliwości. Golenie zajęło mi chwilę i wzbudziło emocje mniej więcej takie, jak mycie zębów. Puściłam do siebie oko w lustrze, ahoj przygodo!  Wygląda na to, że oswoiłam demona. Jestem przekonana, że jeśli kiedykolwiek w życiu zaistniałaby sytuacja, że moje ogolenie głowy komuś pomoże, po prostu to zrobię. Gdybym po raz drugi  musiała stracić włosy w związku z chemioterapią, wzruszę ramionami. I zapewniam  Państwa, to jedna z najbardziej niewiarygodnych sytuacji w moim życiu. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że polubię siebie z łysą głową, uznałabym go za niepoczytalnego. To nie znaczy, że zawsze pokazuję się bez włosów. Po pierwsze zimno mi w głowę. Po drugie, turban, czy kapelusz  są jak fryzura.  Mamy taką, albo inną, zależnie od sytuacji i kreacji. Tydzień temu sobota była zimna, założyłam więc turban na moją ponownie łysą głowę. Na dworcu zakupiłam Dziennik Łódzki i zasiadłam w poczekalni. Uwielbiam dworce i lotniska! Kojarzą mi się ze zbliżającą się przygodą, przeżyciem czegoś ciekawego. Otworzyłam gazetę, uśmiechnęłam się…  Być może ktoś z Państwa czyta teraz mój felieton i zastanawia się, co by było gdyby stracił włosy, a ja za chwilę stanę przed obiektywem aparatu, żeby pokazać światu, że łyse jest piękne.  Stukot kół pociągu wpływał na mnie relaksująco. Z szarego nieba leciały strugi deszczu, a ja przymknęłam oczy i myślałam , że muszę o tym napisać. O tym jak niesamowite są koleje losu, ale tak naprawdę to my kreujemy rzeczywistość. Nie jesteśmy źdźbłem trawy niesionym przez nurt rzeki, na wiele rzeczy mamy wpływ. W studiu fotograficznym czekały na mnie dwie Czarodziejki.  Wystarczyło zamknąć oczy, poczuć na twarzy delikatny dotyk czarodziejskich różdżek i… twarz zamieniała się w dzieło sztuki.  Druga Czarodziejka potrafiła za pomocą gry świateł uwidocznić to, co dla przeciętnego człowieka niewidzialne . Tylko ja i światło. Nic więcej nie mogę powiedzieć. Efekty naszej pracy zobaczycie Państwo wkrótce. Mam nadzieję, że dzięki projektowi „Piękne ,bo łyse”, uda nam się oswoić wizerunek kobiety bez włosów i sprawić, że będzie wzbudzał tylko pozytywne odczucia. Jako bezpośrednio zainteresowana, życzyłabym sobie tego bardzo.