Miesięczne archiwum: Lipiec 2013

Zatoka Tracz

Kategorie: Blog Asi

24 lipca Ryn

Mikołajki pożegnały nas szarym i ciężkim od chmur niebem. Pożegnał nas również Król Sielaw, przykuty do dna jeziora. Dawno, dawno temu, jak głosi legenda, rwał sieci rybakom, żeby uwolnić złowione sielawy.Zatem rybacy pojmali go i za karę przykuli do dna jeziora, tkwi tam do dnia dzisiejszego. Przepływając pod mostem w Mikołajkach należy mu rzucić garść drobniaków, żeby powrócić w to miejsce. Przepłynęliśmy jezioro Tałty, potem Ryńskie,  drugie(pierwsze to Nidzkie) moje ulubione! Kręte i malownicze z łąkami na wzniesieniach, z Krowią Wyspą, ale pojęcia nie mam czemu ona jest krowia? Może ktoś wie? Na końcu jeziora, ukazuje się Ryn. Ze wspaniałym  zamkiem krzyżackim na wzgórzu www.zamekryn.pl  Pamiętam jeszcze czasy kiedy zamek niszczał, w Rynie było betonowe, długie nabrzeże, nie bardzo było gdzie zacumować. Od tego roku od czerwca mamy fajną Ekomarinę w Rynie, oraz super-odjechaną restaurację-gościniec Ryński Młyn. Odwiedzajcie i zwiedzajcie, starych Mazur i tak nic już nic nie wróci, więc korzystajmy i cieszmy się tym co powstaje na naszych oczach, póki jest nasze, bo za chwilę mam wrażenie, będzie niemieckie.

żarcie ryn dyby zamek

25 lipca Kanał Kula

Stoimy „na dziko”, co nie znaczy, że nie uiściliśmy opłaty za cumowanie .Wyszedł pan z krzaków i zainkasował 10 ziko za stanie w szuwarach na brzegu jeziora. Żeby nie było, wypisał stosowny kwit. Pogoda mazurska, od 3 dni nie widzieliśmy słońca, do tego zdechł wiatr. Mnie osobiście brak promieni UV nie przeszkadza, ale nasze gwiazdy trochę marudzą. Kanał Kula to połowa Mazurskiego szlaku. Tradycja nakazuje, żeby każdy kto przekroczył mazurski równik przeszedł chrzest. Mamy taką nieszczęśniczkę w załodze hi hi, ona jeszcze nie wie co będzie się jutro działo! Póki co, siedzimy w kokpicie, ogniska płoną na brzegu. Gdyby mieć dłuższy kijek, można by piec kiełbaski nie schodząc z łodzi. Jest pięknie, drewno strzela, płomienie skaczą wesoło, a komary tną jak wściekłe! Zielu na gitarze gra… oj mazursko mazursko  🙂

A to mazurskie śniadanie 🙂

śn

26 lipca Wilkasy imieniny Grażyny

Wszystkim Grażynom sto lat! Mojej Mamuni przede wszystkim, no i łódce(nazywa się GRAŻYNA) jeszcze wielu wspaniałych rejsów. Imieniny zostały świętowane w Giżycku. Poszliśmy do wesołego miasteczka na ulubioną karuzelę TOP-SPIN. Koleś tak nas wykręcił, że miałam tusz do rzęs na czole i odbijało mi się jajecznicą na kiełbasie ze śniadania. A to coś mi się nie zgadza, bo piszą w książkach, że pasaż żarcia przez żołądek to 6 godz. Zjedliśmy kebab i chciałam gofra jeszcze, ale  już mi się nie zmieścił.  Aktualnie  spać nie mogę, bo cały port baluje przy dźwiękach muzy zapodawanej z pobliskiej tawerny, więc poklikam chwilę. Nie wierzcie w prognozy pogody. Słońce pokazało się późnym popołudniem, temperatura powietrza raczej wiosenna niż letnia, temperatura wody- brrrr… zamoczyłam stopę. Ogólnie jest cudownie, nie muszę się obsmarowywać kremami z filtrem SPF 50. Przestało mnie łamać w kościach, chyba już nadszedł czas, żeby zapomnieć o skutkach ubocznych chemioterapii. Włosy odrastają, chociaż niektórzy nadal myślą, że jestem facetem (fryzura 4mm), ale się doczekałam. Nie ma tu luster, więc nie ma co się spinać. Jestem jaka jestem i dobrze mi z tym. Chcę przeżyć kolejny rejs, i kolejny i kolejny i kolejny, a potem się zobaczy. Muszę uważać przy poruszaniu się po pokładzie, bo stopy mam nadal drętwe, więc łatwo się poślizgnąć i wpaść do wody. Pomocne są cichobiegi pokładowe na specjalnych przeciwpoślizgowych podeszwach. Jutro wymiana załogi, dalej popłyniemy w innym składzie, coś się kończy i coś się zaczyna, jak to w życiu… Niebawem więcej newsów z mazurskiego szlaku i więcej o pokazywaniu rakowi faka. Uśmiechajcie się codziennie do siebie 🙂 Ahoj!

top czapla imien graż

 

27 lipca Wilkasy  Wioska Turystyczna

Kręcimy się po Niegocinie w celach towarzyskich.  Pogoda letnia, żeglować, nie ma na czym, bo nie wieje. Ustaliliśmy więc, że żaglówka to łódź, która „Wozi żagle” i pływamy na silniku. Tato przywiózł wędzone ryby. Żeby nie było wątpliwości, nigdy w żadnej ilości nie zaszkodził mi wędzony węgorz. Uwielbiam! Musiałby być chyba wyjątkowo obrzydliwy, żeby mi nie smakował. Zżarłam węgorza. Sama. Całego. Jak zjem pół jajka z majonezem, to umieram, a tu nic. Czyli „Nie szkodzi to co szkodzi, tylko to co nie smakuje”, nie wiem kto to powiedział, ale miał rację. Węgorz był przewspaniały  🙂

1 2 3 Gangster

 

28 lipca zatoka Tracz

Giżycko już pożegnaliśmy. Pogoda jest upalna, męczy mnie to okropnie. W związku z zaistniałymi okolicznościami temperaturowymi zarządziłam kąpiel w jeziorze, Gangster również pływał. Moi Drodzy woda była ziiiimnaaaaa! Ale tylko przez chwilę  🙂 Łódka stała na środku jeziora, koło ratunkowe uwiązane na linie, a my po trapiku myk myk do wody. Wrzasku było co niemiara! Nic mi nie jest, nie mam anginy, zapalenia pęcherza ani zapalenia płuc, ale za to miałam totalną radochę i głupawkę  🙂 Obiecuję, że następnym razem też się nie przeziębię. Jutro, z wiatrem czy bez, gnamy do Węgorzewa. Acha… polecam Studio Tatuażu na Paderewskiego 4, wzory co prawda nie są zbyt skomplikowane, ale się nie zmyły  🙂

P.S. Wszystkie wpisy zostaną uzupełnione zdjęciami po zakończeniu rejsu, mimo najszczerszych chęci, nie ogarniam portowych Internetów.

 

Mikołajki

Kategorie: Blog Asi

22 lipca 2013  Korektywa

Niektórzy pamiętają jeszcze ten dzień jako święto narodowe, było na grubo!

Mnie  dzień 22 lipca kojarzy się z upałem, a tymczasem… siedzimy na pokładzie w polarowych czapach hi hi hi. Poważnie :).  Poranek przywitał nas bezchmurnym niebem i rześkim powiewem wiatru (7.30).  Potuptałyśmy gęsiego pod prysznic, żeby wcześnie wypłynąć, prześluzować się i wieczór spędzić w Mikołajkach. I wszystko szło jak trzeba, do momentu kiedy Młoda odpalała „osła”(silnik znaczy). Upssss… i się zepsuło. Naprawianie zajęło trochę czasu, dłubali, gmerali i w efekcie tych działań wypłynęliśmy dopiero o 13.00. Przejście przez śluzę poszło gładko, nie było walki na bosaki, załogi dawały radę. Wspólnymi siłami i przy opłacie 6,92 od łódki pokonaliśmy różnicę poziomów i wypłynęliśmy na Jezioro Bełdany.  Jedno z najdłuższych jezior, rynnowe, o wysokich zalesionych brzegach. Zamiarem naszym było przepłynięcie całego jeziora. Mając na uwadze kurs względem wiatru( mieliśmy „wmordewind”), co oznacza, że musieliśmy płynąc zygzakiem pod wiatr, co oznacza, że znacznie dalej niż w linii prostej, dotarlibyśmy  pewnie ok.21.00 Popatrzyliśmy w niebo, zasnuło się chmurami, deszcz zaczął padać, hmm… co prawda nie jesteśmy tu dla przyjemności 😉 , ale nie chciało się dziewczynom tyłków moczyć na pokładzie.  Szybka decyzja i zawinęliśmy do portu KOREKTYWA. Uwielbiam obserwować moje córeczki podczas manewrów 🙂 Leżę pod pokładem zawinięta w śpiworek, Gangster cicho chrapie… przyglądam się ich działaniom.  Włosy mają rozwiane wiatrem, skupienie na twarzach, zero zbędnych ruchów, szybkie decyzje, krótkie komendy 🙂 Dziewczynki :), tak niedawno były maleńkie :).  I tak po kolejnym szczęśliwym dniu żeglugi, który spędziłam zawinięta w koc, bo wszystkie gnaty mnie bolą, spędzamy uroczy wieczór. Zimny jak diabli! Kości  do gry stukają o stół, palą się świece, gorąca herbatka z prądem, chmury zawadzają o maszt, a Łysy już na niebie, puszcza do nas oko. Pięknie!  Pozdrawiam wszystkich w imieniu swoim i załogi, ahoj! 🙂

korektywa

 

23 lipca  Mikołajki

Na niebie szare chmury wiszą, maszeruje Wania z Griszą 🙂

Mój poranek wyglądał tak:

  • Leżałam w koi w słodkim półśnie, jednym okiem obserwowałam niebo, pochmurno
  • Gangster wtulony we mnie
  • Dostałam „śniadanie do łóżka”
  • Potem kawkę
  • Założyłam bluzę z kapturem na piżamę, kalosze i poszliśmy z psem na spacer, w celu odwiedzenia okolicznych krzaków i toalet

Taki oto luz ! Popylam w piżamie z psem po lesie, niech mi ktoś powie, że życie nie jest piękne! Niestety pogoda dzisiaj była bardzo wietrzna i chłodna, więc dostałam zakaz wychodzenia na pokład w czasie żeglugi, żeby mi głowy nie urwało.  Jedyną możliwością przeżycia pod pokładem było ułożenie się w pozycji poziomej z zamkniętymi oczami. Fale tłukły o kadłub skaczącej w górę i w dół łódki. Ale mnie zamuliło! Chwalę załogę po raz kolejny 🙂 Piękne wejście do portu w Mikołajkach przy silnym wietrze, idealnie im poszło. Obecnie, po obiadku z papierka, wszyscy zalegają w kojach, a później idziemy spacerować i objadać się pysznościami. Muszę uważać żeby nie jeść zbyt wiele wieczorową porą, ponieważ  mam koszmary nocne. Dzisiaj na ten przykład, gotowałam ludzkie zwłoki w mikrofalówce i wylewałam później czerwoną breję. Jakieś pytania?  Mikołajki by night to niezłe przeżycie, szczególnie w trakcie trwania sezonu. Są moje ulubione budki z badziewiami i pamiątkami, gofry, gotowana kukurydza i takie tam. A w porcie muzyka gra! Portowa muzyka. Przy tej sile wiatru dzwonią fały o maszty, wszytko skrzypi i łopocze. Ja myślę, że dlatego tak wieje, bo zasuwa do nas gorące powietrze :). Pozdrawiam szczególnie gorąco wszystkich urlopowiczów, którym z zimna wisi gil do pasa, łeb do słońca kochani, nawet jeśli nie widać go zza chmur 🙂

teletu badziewia Mikołajki

 

Dwa dni żeglugi po Jeziorze Nidzkim za nami.

Wiało przepięknie.Nasza blond-sternik i reszta uroczej załogi miała pełne ręce roboty. Ja zajmowałam się głównie przygotowywaniem posiłków, przekąsek, napojów chłodzących (pierwszy sezon, kiedy mamy lodówkę) oraz niunianiem Gangstera. Przed wyjściem na pokład musiałam obsmarować się mazidłem z filtrem, opatulić w bluzę, obwiązać gardło( i tak mnie boli),osłonic głowę, bo wiało tak, że żaby latały w powietrzu. Żeglarz w tym roku ze mnie, jak z koziej dupy bęben. Przydam się do wahty kambuzowej i mycia pokładu. Nocowaliśmy w Puszy Piskiej. Było ognisko, gitarrra i szanty. Księżyc świecił jak latarnia między drzewami, na niebie przepięknie ułożone wzory z chmur, a my śpiewaliśmy, aż mnie gardło boli. Jezioro Nidzkie jest przeurocze, popłynęliśmy na Zamordeje, niewiele jest już żaglówek w tym miejscu. Widzieliśmy perkozy dwuczube, które wożą swoje maleństwa na grzbiecie i potrafią przepłynąć 150m pod wodą, mają takie śmieszne dwa czubki na łebkach. Jutro wyruszamy w górę szlaku. Musimy wystartować wcześnie, żeby przepłynąć Śluzę Guziankę. Jestem szczęśliwa, fale mnie delikatnie bujają, jest chłodny i przyjemny wieczór… mmm… Pozdrawiam Was moje Czytacze, te zdrowe i prawie już zdrowe, chore i te nieprzebadane . Cieszcie się latem, póki trwa !

wiało

Drodzy Państwo. Przyszło nam żyć w czasach, w których media są wszechobecne.

Czy nam się to podoba czy nie, wywierają one wpływ na nasze zachowanie. Czasem w akcie buntu zaszywamy się w puszczy albo w górach i wyłączamy telefony, po czym po krótkim czasie i tak spędzamy godziny na aktualizacji swojej bazy danych, buszując w necie, sprawdzając pocztę email itd. Nawet z odległych wioskach składających się z kilku domów zaledwie, , mieszkańcy mają dostęp do TV. Duch czasu. Przypomina mi się film „Sami Swoi” , kiedy to matce Pawlaka zbudowali w chałupie piec, żeby miała gdzie spać. „ Wszystko byłoby dobrze, gdyby tej elektryki nie było”- zkwitowała. Na nic okrzyki zbuntowanych „Telewizja kłamie!” „Manipuluje informacją!”, życie wymaga od nas ciągłego kontaktu z mediami. Często pragniemy mediów bardziej niż partnera życiowego, który ozdobnie zalega na sofie z pilotem w ręku przez kolejne popołudnie, mimo że niekiedy media nabijają nas w butelkę. Za ich sprawą biegniemy do sklepu, bu nabyć „inteligentne” tabletki, które same wiedzą w którym miejscu zadziałać i wiedzą, że nie wolno powodować skutków ubocznych. Nawet gdybyście Państwo chcieli przeczytać to co jest napisane drobnym druczkiem, to i tak nie macie szans. Media zajmują się również propagowaniem różnego rodzaju kampanii społecznych np. „Cała Polska czyta dzieciom”, dzięki którym rzesze rodaków czytają małoletnim przed snem „Przygody Krasnala Chałabały”. I dobrze. Czym skorupka za młodu. Wieloma rzeczami zajmują się media,  w tym również profilaktyką chorób nowotworowych. A ja wtedy piszczę z radości i tupię nóżkami. Brawo! Świetnie! Tak trzymać! I nawet przestają mnie irytować kobiety zjadające kubki od herbaty, kiedy widzę pana Jerzego Sthura, który mówi „Rak, to się leczy”, a wie co mówi. W ramach akcji związanej z globalną potrzebą wczesnego wykrywania chorób nowotworowych, pod mam nadzieję znaną już Państwu nazwą  „Rak, to się leczy”, obchodziliśmy ostatnio pierwszy Światowy Dzień Łapania z Biust. Drogie Panie, w górę biusty, bo nadchodzi dzień rozpusty! W spocie reklamowym mamy okazję zobaczyć bardzo męskich mężczyzn (grrr), którzy pod hasłem PiersiBadacze, uczą i zachęcają do samobadania piersi. Mało tego, mężczyzn można było w licznych grupach zobaczyć na ulicach i jakby jeszcze tego było mało, można sobie ciągnąc aplikację na telefon i potańczyć wespół na imprezie okolicznościowej. Podobało się Państwu? Mnie bardzo! Badania naukowe dowodzą, że 80% przypadków raka piersi jest wykrywanych w trakcie samobadania, głownie przez kobiety, ale również przez mężczyzn. Już ponad dwa lata prowadzę zajęcia edukacyjne dla młodzieży, na których min uczę samobadania. Niestety, czasem w trakcie rozmów z osobami, które organizują zajęcia w szkołach, pada pytanie „Czy obecność chłopców w grupie nie będzie przeszkadzać, to w końcu takie babskie tematy?”  Babskie? Zdaje się, że chorujące kobiety to czyjeś matki, żony i kochanki, czasem koleżanki, czyż nie? Problem choroby nie dotyka tylko pacjenta, ale również wszystkich członków rodziny. Wracając do samobadania piersi. Gdy zadaję pytanie jak często powinno się je wykonywać, zazwyczaj 99% panów entuzjastycznie odpowiada „Codziennie!” No właśnie nie, co miesiąc. Tyle, że trochę się rozmijamy w rozumieniu tematu. Ja mam na myśli badanie, a panowie dotykanie biustu w taki czy inny sposób, co niewątpliwie dostarcza frajdy obu stronom. I niech tak będzie, do końca świata i o jeden dzień dłużej. I tu dochodzimy do sedna, dlaczego wszyscy edukatorzy prawie ciągną za rękaw i namawiają do praktycznej nauki badania na fantomie. Drodzy Państwo, to jest tak jak z pieczeniem ciasta, nie wystarczy przepis. Trzeba zrobić to własnoręcznie, żeby móc z czystym sumieniem powiedzieć, że się umie. Ważna jest technika i siła z jaką dotykamy gruczołu miejsce przy miejscu. Popularne miętolenie nie wystarczy zazwyczaj do wykrycia guzków. Zachęcam, przekonajcie się Państwo sami, jeśli tylko będzie ku temu okazja. Cały klucz do sukcesu jest w tym, aby poznać dokładnie strukturę piersi, która fizjologicznie wcale nie jest gładka jak budyń, no chyba, że budyń z grudkami. Żeby było trudniej, owe grudki, czy zgrubienia mogą zmieniać się podczas cyklu miesiączkowego. Zatem regularne comiesięczne badanie, wykonywane zawsze w 8-10 dniu cyklu(3-5 dni po miesiączce, a u kobiet, które nie miesiączkują  w zawsze tym samym dniu miesiąca) pozwolą na wychwycenie zmian. Może się okazać, że któreś ze znajomych zgrubień, powiększyło się, lub zrobiło się bardziej twarde, lub też pojawiło się jakieś „inne”, którego wcześniej nie było. Panie i Panowie, poznajcie swoje piersi, to pozwoli na wczesne wykrycie guza, który w 8 na 10 przypadków wcale nie jest rakiem, ale jeśli jest, to wczesne rozpoczęcie leczenia pozwoli Wam wyzdrowieć. Żeby wpłynąć na zmianę zachowania człowieka, nie wystarczy raz powiedzieć. Niestety. A więc coraz częściej z ekranu TV będą do Państwa przemawiać znane postacie, w Internecie członkowie fundacji będą przekornie pytać panów „Rozmawiasz z kumplami o dupach? Pogadaj o swojej, żeby żyć, czasem wystarczy się schylić”. Marzę o tym, żeby ksiądz grzmiał z ambony w sprawie profilaktyki a nie polityki, byłoby lepiej moim zdaniem. Nadchodzi czas inwazji, zewsząd wasze umysły będą bombardowane informacjami nt wczesnego wykrywania i profilaktyki nowotworów. I tak  ma być. Powiedziała dżdżownica do kamienia, daj mi czas, a przegryzę cię na pół. Zdrowia Państwu życzę!

http://www.youtube.com/watch?v=6-j9VPRFd7M

Tęskniliście za mną? Mam nadzieję, że tak, bo ja bardzo.

Niestety nie dałam rady zamieścić żadnego wpisu przez dwa dni, jakiś totalny Sajgon. Szybciutko, więc nadrabiam zaległości, bo za chwilę wypływamy.

Zacznę od wczorajszego dnia. Zobaczyłam wreszcie napisy końcowe  Fin,  The End, Kaniec Filma, KONIEC ! Koniec chemioterapii! Trochę mnie zaskoczył mój stan emocjonalny, od rana miałam płacz na czubku nosa. Cieszyłam się, byłam wzruszona, zaniepokojona, co dalej i w ogóle taka  ambiwalencja uczuć…  Dziękuję koleżankom pielęgniarkom, mojemu lekarzowi i wszystkim  uśmiechniętym twarzom, za życzliwość, dobre słowa, ,wsparcie. Będę wpadała do Was kochani na kawę. A tak wygląda moje ulubione SPA

2 1

3 4

 

Zwiedzałam kolejne miejsce mojej kaźni, tzn. Zakład Teleradioterapii. Mam wytatuowane cztery kropki na ciele i jestem pewna, że nigdy nie zrobię sobie tatuażu!  Bolało! Przeczytałam wszystkie informacje na tablicach, co mi będą robić i dlaczego.  Jestem głęboko przekonana, że gdybym nie uciekła z lekcji fizyki, moja orientacja w temacie akceleratorów, promieniowania innych urządzeń byłaby znacznie lepsza. Obiecuję, że uzupełnię wiedzę, wstyd mi doprawdy. Pani, która zapakowała mnie do tomografu, przez chwilę przyglądała mi się uważnie, gdy zdjęłam ubranie, bo nie wiedziała, którą pierś miałam operowaną. Lalalala :). Pozdrowionka dla najzdolniejszego chirurga na świecie!  Po tankowaniu chemii, przygodach na radioterapii popędziłam do domu, a potem na Mazury. I jestem. W przystani „Pod dębem”, Ale zaraz wypływamy. Wpadnę oczywiście na chwilę do wujka Gałczyńskiego, chwilę z nim pogadać, bo mamy zaległości do nadrobienia. Nocujemy w puszczy, na dziko. Żeby tylko jacyś wilcy z lasu na nie napadli. Moi drodzy Czytelnicy, zaczynam wakacje. Chciałabym, żebyście ze mną przemierzyli mazurski szlak. Będę Wam pisac o miejscach, które kocham, o tym jakie są dziś, a jak wyglądały 20 lat temu… Będzie trochę wspomnień, no i oczywiście newsów z rejsu. Wpisy mogą się nie ukazywać codziennie, bo z Internetem na Mazurach różnie. Życzcie nam pomyślnych wiatrów, stopy wody pod kilem, albo kilo wody pod stopą 😉 Ahoj!

Ostrzegam wszystkich przed spożywaniem chińskiego żarcia na noc!

Jak Pan Bóg chce kogoś pokarać, to mu rozum odbiera. Tak było właśnie w moim przypadku wczoraj wieczorem. Opyliłam porcję kuricy po jakiemuśtam, ostre to było jak diabli i jak diabli pyszne. Niestety noc spędziłam na przekładaniu się z boku na bok. Każdy flak mnie boli, coś okropnego.

Macie wrażenie, że świetnie się bawię podczas leczenia onkologicznego? To dobrze, tak jest w istocie. Tyle, że po półrocznej zabawie, mam chyba trochę dość imprezowania. Ubierania się w przepiękne nakrycia głowy, doklejania rzęs, dobierania kolczyków i bransoletek. Na całe szczęście zbliża się koniec tej balangi. Nawet dzisiaj popłakałam sobie rzewnymi łzami. Nie żeby coś niepokojącego się działo, wszystko w porządku, po prostu czułam taką potrzebę. Może dlatego, że spotkałam mnóstwo życzliwych osób w Ulubionym Ośrodku i tak mnie to wzruszyło. Uśmiechy, uściski, nawet suweniry  różne dostałam. Uściskałam się serdecznie z moim byłym szefem, który w maju zakończył chemioterapię. Jedziemy na tym samym wózku. „Wszystko będzie dobrze”- powiedział, „Aż do śmierci”. Poczochrał mnie po włosach i porządnie ochrzanił za wrzucone kilogramy. Ma fisia na tym punkcie, zawsze zaglądał nam do talerzy, sprawdzał co i w jakiej ilości jemy. Dostałam zalecenia jak mam zażywać ruchu i co jeść, żeby wrócić do formy. Phi… jakbym nie wiedziała. W piątek idę poddać się przygotowaniu do smażenia. Będę miała tatuaże. Nie jestem zwolenniczką, ale w zaistniałej sytuacji nie mam wyboru. Byle pasowały do mojego image. Wizyta u pani doktor od radioterapii była przesympatyczna, okazało się, że jej córka urodziła się w tym samym dniu co ja. I podobał się pani doktor mój kapelusz. A mnie podobało się, że wszystko mi wytłumaczyła. Czuję, że za chwilę zakończy się ważny i trudny czas w moim życiu. Zakończy się w piątek. Cieszy mnie to i wzrusza… Oby nigdy więcej…

Kilkanaście lat temu, zawsze przed wyjazdem na Mazury, mama przygotowywała słoiki z mięsem.

Kilka dni z rzędu poddawane były procesowi pasteryzacji w aluminiowym kociołku. Potem zawijaliśmy je w gazety, żeby się nie potłukły podczas transportu i zabieraliśmy na rejs. Roboty z tymi słoikami było co nie miara, ale z tego co pamiętam, gotowe dania do kupienia w sklepach, nie bardzo nadawały się do jedzenia.  Mieliśmy każdego dnia pachnące mięsko na obiad, do tego wystarczyło ugotować ziemniaki, zsiadłe mleko ze szklanej butelki z kapslem i kiszony ogórek . Jedzenia musiało być wystarczająco dużo w bakistach, bo jeśli przypłynęliśmy do małej wioski w piątek wieczorem, do poniedziałku rano sklep był zamknięty. Można było ewentualnie zakupić coś u gospodarza. W Mikołajkach był jeden piwopój, do którego tata wysyłał nas po piwo z pięciolitrowym kanistrem, rynek, kilka sklepów, lody i zapiekanki. I tak nam już zostało w zwyczaju, że na rejsie muszą być bakisty pełne jedzenia. Nieważne, że wszędzie są sklepy całodobowe, zapas musi być. A może zamarzy nam się zanocować na bindudze w środku puszczy? Albo wiater zły w jakieś szuwary zwieje łódź ? Z głodu na pewno nie pomrzemy. Poza tym, nikt nie będzie codziennie biegał do sklepu, urlop to urlop. Uwielbiam przedrejsowe zakupy! Od lat robię je z dziewczynkami, w tym roku z jedną, bo druga pracuje. Różnego rodzaju płatki do mleka, które się później rozsypują i tata krzyczy, kiśle i „mleczny start” z Biedronki, które wszyscy uwielbiają na Mazurach, a w domu nikt tego nie je i oczywiście duże puszki z mielonką, do tego obowiązkowo pomidor i cebula. Wakacyjne smaki, odkąd pamiętam. Słoików z mięsem nie przygotowuję, „Kociołki do syta” są całkiem zmyślne , „Fasolka po bretońsku” też nieźle smakuje i z zakupem świeżego mięsiwa nie ma problemu.  Frajdę mi sprawia gotowanie na łódce i zmywanie, smażenie ryb i szorowanie brudnego rusztu od grila piaskiem z jeziora. Odliczam dni do piątku. Po mojej ostatniej chemii ,wsiadamy do samochodu i wieczorem zjemy kolację nad Jeziorem Nidzkim. Jutro jadę na konsultację do pani doktor  od radioterapii, umówić się na pięciotygodniowe smażenie. Mmmm… odczuwam lekki niepokój w związku z tym.  Często mówię sama do siebie „Żyj tak, jak radzisz innym”, no dobrze…. To co powiedziałabym innym? Nie bój się, 99% naszych lęków dotyczy sytuacji, które nigdy się nie wydarzą. Zapytaj, rozwiej wątpliwości, wszystko będzie dobrze. Tej wersji się trzymam!. W końcu solarium to dla mnie nie nowość, nie raz poparzyłam się na słońcu, tak, że oblazłam ze skóry, takie czy inne poparzenie… co za różnica w końcu. Jutro opowiem czego dowiedziałam się od pani doktor, bo z mojej wiedzy na razie nie potrafię zrobić użytku, w głowie mam mętlik ze strachu. No tak mam na początku, co ja poradzę 🙁 .  Ale! Zanim smażenie i konsultacje lekarskie, czeka mnie wieczór u Sister! Zostaję u niej na noc, bo mamy chatę wolną, będziemy się raczyły pysznościami i plotkowały o facetach. Wszyscy faceci, których znamy miejcie się na baczności! Policzki będą was piekły i nie tylko!

Dzisiaj rano stanęłam na wadze, żeby skontrolować  masę ciała po dwóch tygodniach diety.

Niestety stwierdziłam, że:

  • Mimo nie spożywania masła, śmietany
  • Jedzenia tylko dwóch kromek razowego pieczywa dziennie
  • Nie słodzenia niczego
  • Nie jedzenia słodyczy
  • Spożywania głównie sałaty, pomidorów , ogórków, jogurtów naturalnych, kurczaka smażonego na łyżce oleju, arbuza, truskawek, malin
  • Odmawiania sobie lodów, bułeczek drożdżowych i wszystkiego co dobre

MOJA MASA CIAŁA NIE ZMIENIŁA SIĘ!  NI CHOLERY!

Niniejszym łączę się w bólu, ze wszystkimi, którzy próbują/zamierzają schudnąć. Bez ruszenia tyłka nie da rady. Ja zamierzam swój ruszyć po powrocie z urlopu. Polacy są pigularzami, gdyby był dostępny wysiłek fizyczny w pigułce, z pewnością większość społeczeństwa by go łykała. A ja jako jedna z pierwszych. Nie lubię się męczyć, nie bardzo do mnie przemawiają argumenty, że endorfiny się wydzielają, że człowiek się uzależnia od treningów, że dzień bez biegania, przysiadów, skłonów, „psa z głową do dołu” to dzień stracony. Hmmm… wierzę na słowo. Z zazdrością patrzę na fit-laski, które pewnie nigdy w życiu nie miały 3 kg nadwagi, a przekonują wszystkich, że to takie fajne i naturalne, wystarczy zacząć się ruszać! Jasne, naturalne jest. Człowiek dawno dawno temu, żeby coś zjeść musiał zapolować, czyli wykonać wysiłek fizyczny, wcale niemały. Teraz otwiera lodówkę albo dzwoni po pizzę lub shushi. Wysiłek ogranicza się do używania mięśni żwaczy. Oki… dobrze już… nie marudzę. Przyjdzie czas, zaprezentuję efekty.  Dziś pomykałam w poszukiwaniu kaloszy. Zakupiłam. Niestety, nie zauważyłam, że pani przy kasie nie zdjęła tego „dinksa”, który pika przy bramce. Co my mielim z tymy kaloszamy! Wojowaliśmy z małżonkiem dobre pół godziny, żeby przy pomocy różnych narzędzi odpiąć dziadostwo, nie niszcząc kaloszy oczywiście.  Udało się! Ja zazwyczaj kaloszy na Mazurach nie zakładam, biegam boso i tyle. Jak zmoknę, to wyschnę. W tym roku jednak sytuacja jest wyjątkowa. Leukocytów mało, doktor chemik przewraca oczami jak mu melduję, że znowu jadę na Mazury i pyta jak szybko jestem w stanie wrócić, gdyby się coś działo. Więc aby nic się nie działo, zakupiłam kurtkę przeciwdeszczową, ciepłe ubranka i wspomniane kalosze. Obiecuję dbać o siebie, nie przeziębiać się i nie moczyć w jeziorze (z tym, że nie na pewno). Na dzisiaj koniec już pisania, czytania i narzekania. Rozumiem wszystkich starszych i młodszych ludzi, którzy narzekają, że „drze ich w kościach”, albo ich „połamało”. Graślawce wszystkich krajów łączmy się! Pozdrawiam Was gorąco 🙂

Tośmy potańcowali!

Dziura w parkiecie.  Ja co prawda, większość  czasu spędziłam siedząc pod ścianą jak leśna babka i obserwując moje wyginające śmiało ciało córki oraz resztę towarzystwa. Niestety kondycji nie posiadam żadnej. Miał być wieczór z pieczeniem kiełbas przy ognisku, ale pogoda spłatała figla. Wobec zaistniałej sytuacji, zamiast tańców zbójnickich przy ognisku, były tańce salonowe. Muzę zapodawał DJ PADAKA i całkiem nieźle mu szło 😉 Poniżej okolicznościowe foty.

1 2 3 4

Miło jest spędzic czas z rodziną i znajomymi  😉

Czy ktoś z Państwa  szedł kiedyś do szkoły okrężną drogą, bo właśnie tego dnia miała być klasówka?

Otóż to. Przeczuwając, że wydarzy się coś nieprzyjemnego, podświadomie  przygotowujemy się na to, ale jednocześnie staramy odsunąć w czasie moment spojrzenia prawdzie w oczy. Z początkiem grudnia, nadeszła pora, abym dowiedziała się wreszcie co mi jest. Histopatolog pooglądał sobie pod mikroskopem materiał z biopsji gruboigłowej i już wie, mój lekarz też wie, ja nie wiem, ale się domyślam,  więc  jadę się dowiedzieć. Zaparkowałam pod szpitalem, wysłuchałam dwóch piosenek w radiu, bo wybitnie wpadły mi w ucho. Weszłam do budynku, usiadłam na ławce przy portierni, odczekałam 15 minut gapiąc się tępo w podłogę, podyskutowałam z  panem portierem o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad  Wielkanocnymi. Wstałam, weszłam na piętro, pod drzwiami oddziału odstałam kolejne 15 minut, odbyłam pięć zaległych rozmów telefonicznych w sprawach niecierpiących zwłoki, a następnie w żółwim tempie udałam się w stronę gabinetu lekarskiego. Na korytarzu mijali mnie pacjenci onkologiczni, „Ja tu tylko na chwilę, nie jestem jedną z was. Jasne?” Poprosiłam mojego lekarza  o spotkanie,  bo nie chciałam dowiedzieć się przez telefon, nie chciałam osobiście odebrać w okienku wyniku. Drodzy Czytelnicy Moi, uprzedzam, że samodzielne odbieranie i interpretacja wyników histopatologii grozi śmiercią lub kalectwem!  Lekarz powinien być tarczą, która ochroni Was przed ogłuszającym ciosem.

  • I jak moje wyniki?
  • Ma pani raka piersi. Termin zabiegu proponuję na 17 grudnia.- No pięknie!
  • Jak to 17 grudnia?! To znaczy, że na Wigilię będę bez piersi?
  • Ale kto pani tak powiedział?

Nie wiedzieć czemu, po połączeniu faktów rak piersi +zabieg operacyjny, uznałam, że jedyną możliwością leczenia jest  mastektomia. Jak większość pacjentek, po usłyszeniu takiej diagnozy, byłam skłonna dąć sobie obciąć obie piersi i rękę, byleby tylko przeżyć. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się , że współczesna chirurgia ma znacznie więcej do zaoferowania . Po spokojnej , rzeczowej rozmowie z lekarzem i wytłumaczeniu mi jak krowie na granicy wszystkich możliwości leczenia chirurgicznego, zdecydowałam się zabieg oszczędzający. Wow!  To znaczy, że na Gwiazdkę mogłam zażyczyć sobie nową bieliznę. Miałam wątpliwości, czy tego typu zabieg nie zmniejszy  szans na wyzdrowienie? Według badań klinicznych, w takim przypadku jak mój, nie. A gdybym miała mutację genu BRCA1, jak Angelina, to co wtedy?  To wtedy poddałabym się obustronnej mastektomii z jednoczesną rekonstrukcją i mogłabym nosić staniki z dwóch kapsli i trzech sznurków, bo miałabym piersi jak Dżoana z TAP BADYL. Wyjaśnię. Mastektomia nie musi oznaczać  zabiegu, po którym w miejscu gdzie była pierś, znajduje się jedynie blizna. W wielu przypadkach chirurg może zostawić skórę,  usunąć tylko gruczoł i zastąpić go implantem. Pytajcie! Naprawdę lekarze potrafią robić różne „czary-mary”, aby jak najmniej uszczknąć  z naszej kobiecości. Następnie poddałbym się usunięciu jajników, gdyż rozmnażać się już nie zamierzam. Taką decyzję, będąc w pełni władz umysłowych, uważam za jedynie słuszną, amen. W przypadku wspomnianej mutacji  genu, ryzyko zachorowania na raka piersi wynosi ok. 85%, a na raka jajnika ok. 60%,  moim zdaniem, nie ma co bawić się w berka z kostuchą.  Pozostało mi kilkanaście dni oczekiwania na operację  i życia ze świadomością „Mam raka”. Stało się, jeśli  nie masz na coś wpływu, należy to zaakceptować. Moja akceptacja przyszła natychmiast. Po wyjściu z gabinetu i usłyszeniu diagnozy odczułam… ulgę. Potem pojechałam na odludną drogę, żeby mnie nikt nie słyszał, i jadąc samochodem krzyczałam, obrzucając inwektywami RAKA tak głośno, że ochrypłam. Po czym wróciłam do domu jak nowa i zabrałam się za lepienie aniołów na święta. W ramach  tejże akceptacji, miałam ochotę napisać sobie na czole, na co choruję, aby cały świat się o tym dowiedział, oraz żeby uniknąć pytań w stylu

  • Czemu jesteś taka smutna i zamyślona?
  • Bo mam raka

I tu następowała niezręczna cisza …

Przez kilkanaście dni rak usiłował mnie zabić, wychodził ze mnie podczas snu i zaciskał mi gardło, ruszał się pod skórą, gdy tylko zostawałam sama w domu, przemawiał do mnie głosem z zaświatów, miał twarz demona, czułam jak rośnie z dnia na dzień i wysysa ze mnie siły witalne. Walczyłam, kierowana wewnętrzną przekorą, wolą życia i chęcią pokazania mu gdzie raki zimują! Tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia, mogłam już uśmiechnąć się do swojego odbicia w lustrze mówiąc „MIAŁAM  raka…”.