Miesięczne archiwum: Czerwiec 2013

:(

Kategorie: Blog Asi

Na blogu znajdziecie moje emocje, blog jest żywy.

Felieton piszę, czytam następnego dnia, poprawiam, znowu czytam, poprawiam, czytam w gazecie, jeszcze bym coś zmieniła. A na blogu… klik klik i pooooszłoooo.  Bywa różnie jak widzicie, czasem jest pozytywna energia, może się zdarzyć, że wpadnie zgrabna k… (jak to w życiu), czasem z  mojego pisania jakiś bełkot pijanego wariata wychodzi, jest radość, jest smutek, jest złość, wszystkiego po trochu.  Dzisiaj jestem na etapie braku akceptacji własnego wyglądu, głównie przeszkadzają mi dodatkowe kilogramy i postura Pumby. Nie mam ochoty z nikim gadać, z nikim się spotykać i w ogóle wychodzić z domu, chyba, że nocą. Od jutra podejmuję działania odchudzające,  nie mogę już na siebie patrzeć, obrzydzenie mnie ogarnia…

A to wakacje ubiegłego roku. Poznajcie Moli 🙂 , narzeczoną Gangstera 😉

1

Jak pewnie zauważyliście Drodzy Czytelnicy, sporo miejsca poświęcam emocjom.

Moje doświadczenie pokazuje, że w dobie wszechobecnego medium jakim jest internet, oraz za sprawą łączności telefonicznej, w sytuacji, kiedy potrzebna jest konsultacja lekarza, albo wykonanie badań diagnostycznych, radzimy sobie całkiem nieźle. Kilka połączeń do znajomych, niezastąpiony wujek Google i już wiemy gdzie/u kogo zrobić np.USG, do którego lekarza się udać, nawet jak terminy są na przyszły rok, rozbijamy świnkę skarbonkę i zamiast kupić nowe buty, gnamy na wizytę prywatną. Z pozyskiwaniem informacji nie jest źle, mamy XXI wiek, są ogólnie dostępne, nikt nie ma na nie monopolu. Gorzej, gdy atak paniki zawładnie twoim ciałem i umysłem, szlochając skulona w ciemnym kącie nie jesteś w stanie wypowiedzieć jednego sensownego zdania do telefonu, nie mówiąc już o tym, że nie masz pojęcia do kogo  zadzwonić… Czytaj dalej

Wszystkim Piotrom i Pawłom składam najserdeczniejsze życzenia z okazji imienin i przesyłam soczyste truskawkowo-czereśniowe buziaki . W mojej najbliższej rodzinie jest trzech mężczyzn o tych imionach, jak trzej amigos. Każdy wspaniały i niepowtarzalny.  Z nimi mnożę to co dobre i dzielę smutki. Kocham Was!

A to w prezencie, ode mnie i wujka Gałczyńskiego  🙂

BALLADA O TRZECH WESOŁYCH ANIOŁACH 

– Słuchajcie, słodkie siostry –

tak mówił stary opat:-

(Na dworze było wietrzno,

ponuro i listopad.)

Raz było trzech aniołów,

jak trzy wyborne liry,

imiona ut sequuntur:

Piotr, Paweł i Zefiryn.

Śliczni to byłi chłopcy,

jeden w drugiego gładszy,

łaskawym na nich okiem

Pan Bóg zza pieca patrzył.

No, w raju, jak to w raju,

zielono i wesoło,

obiady, gadu-gadu,

wieczerze i tak w koło.

Lecz nasi aniołowie

coś nie bardzo byli dziarscy

i często Bóg Dobrodziej

brew zagniewaną marszczył;

i gęsto w skórę leli

aniołów rajskie zbiry –

na próżno: znów szaleli

Piotr, Paweł i Zefiryn.

Od sromu jak od gromu

cierpiały aniołówny…

Ha, było trzech aniołów,

lecz siedem grzechów głównych.

Anioł Piotr, jak to Piotry,

szklanicą zwykł się bawić

i nieraz w Mons Pietatis

musiał skrzydła zastawić;

a gdy wyłysiał mieszek,

to wonczas furis more

do piwnic Dobrodzieja

dobierał się wieczorem.

Paweł zasię po Pawle

rycerskie wziął zasługi:

Dzień w dzień na rajskiej łące

aniołów kładł jak długich.

Sam święty Jerzy, siostry,

przygłądał się i dziwił:

„Ho, ho, nasz anioł Paweł

bije się jak Radziwiłł.

Dobrodziej też by chwalił,

lecz właśnie śpi w obłokach”.

Tak mówił święty Jerzy

i dalej męczył smoka…

Zefiryn był muzykant,

miłośnik strun i syryng,

niefrasobliwy, lekki,

jednym słowem, Zefiryn;

znał się na mitologii,

Achillach  i Chimerach,

miał skłonność do księżyca,

troszeczkę do Baudelaire’a

i do sekretnych uciech,

nie gardził również pozą,

błąkając się, dziwacząc

andante maestoso.

A taki był wstydliwy…

coś niby… jak Jan Jakub;

kazania wielce ocenił:

„Do rybek” i „Do ptaków”;

chociaż wuj Zefiryna,

już taki starszy anioł,

raz widział „Słówka” Boya

pod kołdrą. (Ach, ty draniu!)

Tak żyli aniołowie,

ale nadeszła kryska

i wezwał Bóg Dobrodziej

nadanioła Matyska.

„Wypędź mi – prawi – Piotra,

Pawła i Zefiryna,

kalają Paradisum,

ego Deus – daj wina!”

Po takim paternoster

i po wytrawnym winie

Dobrodziej chodził gniewny

i huczał po łacinie.

Zefiryn zasromowany

pochylił nisko głowę,

wstydził się jak Jan Jakub,

skrzydła tuląc różowe.

Piotr zasię, jak to Piotry,

bryt rygielkom i zamkom,

siedział w chłodzie piwniczki

i świecił sobie lampką.

Paweł, jak zwykle Paweł,

anioł biedny, rogaty,

na podwórcu rajowym

bił się z Jerzym w palcaty.

Ale nic nie pomagało,

zjawił się Anioł Michał

i rzecze: „Zefirynku,

już mi nie będziesz wzdychał.

Zawołaj swoich kamratów,

tak Decyzja orzekła…

ruszaj się, pókim dobry!

ani mru-mru! do Piekła!”

Wypędziły aniołów

rajskie draby i zbiry.

Zmarnowali kariery

Paweł, Piotr i Zefiryn.

Ergo, siostry najsłodsze,

(Boże, módl się za nami!)

lepiej wam się przed nocą

nie wdawać z aniołami.

 

🙂 🙂 🙂

Tankowanie

Kategorie: Blog Asi

 

Zatankowałam po raz kolejny, jak mówi moja koleżanka z chemioterapii.

Dzisiaj prezentowałam postawę aspołeczną, czyli tyłem do publiczności, podwójnie zamkniętą czyli splecione przedramiona i noga na nogę, nos w książce, twarz przysłonięta rondem kapelusza. Spałam w nocy tylko 3 godz., więc byłam zmęczona. Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać, czasem tak mam. Wolałam uniknąć  gumowych konwersacji typu:

  • Ojej… Pani taka młoda, mnie to jest szkoda takich młodych
  • Ale dlaczego ?-pytam Czytaj dalej

Pojechałam wczoraj na prezentację ekskluzywnych garnków. Nie chciało mi się mówiąc szczerze.

Wiało, lało, parasolka wywracała się na lewą stronę, Żizel u mechanika, więc zmokłam, zmarzłam, a pan mnie informuje, że nie ma już miejsc. O żesz ty w mordę! Stojących nie proponują, bo prezentacja trwa 3 godz. Wcale się nie dziwię, trzy godziny to i tak za mało, żeby przekonać kogoś, żeby kupił garnki za 8 tysięcy. Ale… zauważyłam, że w tym samym budynku jest pracownia kapeluszy! Niepozorna, drzwi zakratowane, wchodzę. No po prostu szał! Wszędzie pełno nakryć głowy, kapelusze, przepaski, kolorowe, przeróżne! Nie możesz zrobić sobie fryzury, zadbaj o nakrycie głowy. Zwariowałam ! Przymierzyłam chyba ze 30 kapeluszy, wszystkie ręcznie robione, każdy inny i niepowtarzalny… cudeńka. I tak oto, jutro na chemioterapii wystąpię w przepięknym, lekkim jak mgiełka kapeluszu… z fantazyjnym rondkiem, delikatnym jak motyl…  Już kilka lat temu mówiłam, że na pewno będę nosiła kapelusze, bo mnie zachwycają. I proszę, dzięki chemioterapii, odkryłam w sobie odwagę do ich założenia, odkryłam ile dodają uroku, a dzięki nieudanemu spotkaniu odkryłam pracownię kapeluszy.  Ha! Takie to zrządzenia losu! Nawet gdy włosy odrosną, to i tak na pewno będę stałą klientką rzeczonej pracowni, jestem pewna. A włosy… roooosną . I wcale nie są czarne, ani kręcone. Są… siwe… hmmm… szału nie ma. Za to rośnie mi broda, chyba po sterydach, dobrze, że już tylko 4 tygodnie zostało, bo  stałabym się babochłopem.  Zaraz… jakie cztery? Trzy! Wlewy cztery, znaczy jutro i potem  3 kolejne co tydzień i koooonieeeeec! Koniec chemii! Koniec! Koniec! Koniec!

Na mojej półce stoją cztery granatowe bruliony. Wyjmuję jeden z nich, kartki są pożółkłe, ostrożnie je odwracam… Pod datą 25 listopada 1984r widnieje wpis „Koncert był cudowny! Jestem szczęśliwa!” oraz wklejone tekturowe bilety kolejowe ( pamiętacie jeszcze?) i bilet na koncert Lady Pank. Czytam uśmiechając się do wspomnień, niezłe pióro jak na trzynastolatkę. Minęło 29 lat, ta sama przyjaciółka na koncercie, te same emocje…

Pod koniec września w ubiegłym roku zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka z newsem, że może już nabyć bilety na BON JOVI, wcześniej niż w ogóle się pojawią w sprzedaży bo jest zarejestrowana gdzieśtam. Na koncert byłyśmy umówione od 25 lat, więc jakby kwestia niepodlegająca dyskusji. Ale jeszcze postanowiłam zapytać małżonka, czy zechciałby nam towarzyszyć, bo małżonek przyjaciółki wyraził taką chęć, mimo że obaj darli  z nas łacha od lat. Jak się wkrótce okazało, zmontowała się całkiem pokaźna ekipa. Bilety zostały zakupione nie byle jakie, bo do strefy Golden Circle, z wyjątkiem mojej przyjaciółki, która jak na prawdziwą fankę przystało,  została posiadaczką biletu dla „grubych wiórów” , za jedyne 1,5 tys. PLNów. Ale kto jeśli nie ona! W ogóle mnie tym nie zaskoczyła. Nastał czas oczekiwania. Wkrótce okazało się ,że jestem chora na raka. Początkowo byłam przekonana, że niebawem umrę, ale po rozmowie z przyjaciółką „Zwariowałaś! Musimy przecież na koncert pojechać!”, zmieniłam decyzję.  I niewiadomo kiedy rozkwitł czerwiec, noclegi zarezerwowane, koszulki zakupione, wyruszamy! W hotelu szybka akcja odświeżająca i zwartą grupą pomykaliśmy  już na przystanek autobusowy, żeby dostać się na dworzec Gdańsk Główny, a dalej kolejką SKM do stacji PGE ARENA. Już było czuć atmosferę wielkiego wydarzenia! W kolejce mnóstwo ziomów z całej Polski  w różnym wieku, z uśmiechniętymi od ucha do ucha michami. Atmosferę i tak już gorącą, podgrzewało słońce, więc we wspomnianej kolejce czuliśmy się jak kiełbaski na grilu, a ja ze swoją obecną wagą, jak golonka.

a b

Po wyjściu z wagonów, oczom naszym ukazał się piękny bursztynowy stadion, a wokół morze głów, sprzedano 35 tys. biletów. Ruszyliśmy za tłumem.

c d e1

Nasza organizatorka zamieszania udała się do wejścia dla VIPów, a my do wejścia do Golden Circle. Wszystkie torby  i plecaki zostały przejrzane, panowie bardzo protestowali gdy byli obmacywani przez innych panów z ochrony, wszystkie posiadane napoje (mieliśmy tylko bezalkoholowe) nakazano nam wypić, przelać do kubków lub oddać do depozytu. Picia odmówiłyśmy zdecydowanie, mimo upału. Powód jest prosty, każdy kto sterczał w kilometrowej kolejce do TOI TOIa zaciskając nogi, wie o czym myślę. Ale nasz przekorny kolega, postanowił , że pozwoli odprowadzić się do depozytu i oddać dwie butelki wody mineralnej.

„Pan żartuje?”- kobieta w depozycie nie kryła zdziwienia.

Tak więc pozostało nam gasić pragnienie Coca Colą po 9 zyla za kubek lub piwem sprzedawanymi na stadionie, po uprzednim odstaniu w kolejce. Koszulki okolicznościowe można było nabyć w cenie 120-170 zł za sztukę, i wierzcie mi, że chętnych nie brakowało. Po przejściu przez bramkę otrzymaliśmy identyfikacyjne bransoletki i wkroczyliśmy dumnie ma murawę do naszej Golden Circle. Ten szum ludzkich głosów, stadion powoli wypełniający się publicznością, błękitne niebo nad nami i błękitny Cadillac przed nami na scenie… mmm… czujecie tę atmosferę?  Jak ciągle ją czuję, gdy przymknę oczy… Było przed 17.00, o 18.30 miała zagrać IRA, a o 20.00 BON JOVI, nie pozostawało nic innego, jak tylko uwalić się na murawie i wszystkimi zmysłami chłonąc klimat nadchodzących wydarzeń.

f g

Na scenie zaczął się powoli ruch, a ja stwierdziłam, że muszę zając jakąś strategiczną pozycję, żeby sobie Jaśka z bliska pooglądać. Udało nam się z koleżanką stanąć w drugim rzędzie, tuż przy podeście oddzielającym Diamond od Golden Circle. Patrzę , a tam po drugiej stronie moja Agniesia z resztą VIPów, pomachałyśmy więc sobie serdecznie . Pozycję miałam lekko wymuszoną, tzn. wyciągniętą do granic możliwości szyję, żeby lepiej widzieć. Podczas koncertu niespecjalnie mi to przeszkadzało, gdyż  mózg zajęty był zupełnie czymś innym niż odbieranie bodźców bólowych. Zagrała  IRA. Fajnie było zaryczeć z  Dziadowskim  „Nie ma nikt takiej nadziei jak ja!!!” . Całkiem przyzwoita rozgrzewka, pośpiewalim , poskaklim, panowie zeszli ze sceny, a nam pozostało jeszcze tylko 30 min. nerwowego oczekiwania. Na telebimach pojawiały się informacje o oficjalnych stronach zespołu, oraz za ile minut rozpocznie się show. Wystartowali punktualnie!

h j k l m 1

Patrzyłam przez kilka minut trochę osłupiała, myślałam „ Ja chyba śnię, to niemożliwe”. Przypomniały mi się momenty, kiedy obiecywałyśmy sobie, że jak BON JOVI przyjadą do Polski, to my na pewno, musimy tam być, żeby nie wiem co. I stało się . Po kilku utworach na trybunach pojawiła się flaga rozłożona przez fanów, a na twarzy Jaśka pojawił się uśmiech i gesty podziękowania.

n

Miłych słów pod naszym adresem było więcej, że wspaniała publiczność, że przepraszają, że do tej pory nie do nas nie przyjechali. A publiczność śpiewała…  Dead or alive  na trzydzieści tysięcy gardeł, las rąk w górze, światełka na trybunach, ciarki na plecach… Taką mamy publikę, że naprawdę dumna jestem!  Starsze utwory przeplatały się z nowszymi, a mnie przeplatały się wspomnienia z całego życia… Jakiś Sylwester chyba, czy urodziny kolegi a my przez pół nocy katowałyśmy Runaway… , wspomnienia, każdy prawie utwór przywoływał wspomnienia, życie przemknęło mi przed oczami…

Koncert trwał 2,5 godz. , nie brakowało wrażeń wzrokowych, scena rozbłyskiwała różnymi kolorami świateł, zmieniały się animacje, jakieś tęgie głowy nad tym pewnie się napracowały i muszę przyznać, że nieźle im wyszło. Był też moment wzruszający, kiedy to Jaśko porosił, żeby kamery pokazały młodego człowieka, który oświadczał się dziewczynie przy akompaniamencie Never say goodbye śpiewanym tylko z gitarą. Wszystko oczywiście było wyreżyserowane, bo moja przyjaciółka rozkminiła, że ten młody człowiek to jakiś dziennikarz PEDAŁENU i rozmawiał nt oświadczyn z menago zespołu. Tak czy inaczej, robiło wrażenie, sikorki chlipały, publika śpiewała i biła brawo, nawet mnie się łza w oku zakręciła nie wiedzieć czemu.  Zespół bardzo żywo reagował na zachowania publiczności i wzajemnie, miałam wrażenie, że wszyscy wspólnie naprawdę dobrze się bawiliśmy. Jaśko pomykał po wybiegu, od którego stałam metr zaledwie, więc przy odrobinie dobrej woli mogłabym go przechwycić za fujarkę. Planowałam nawet jakieś spektakularne omdlenie, ale chyba jestem już za stara na taką szopę ;). W czasie bisów wystąpił w podarowanej przez fanów koszulce, oceńcie sami

oP

Jako ostatni utwór zaśpiewał Always… zaśpiewaliśmy, wszyscy razem.

Podziękowania, ukłony, brawa, okrzyki… koniec… eee….to już? Czemu tak szybko?

Pic, dajcie coś do picia! Cholera nie mogę się ruszyć, nie czuję nóg, wszystko mnie boli! Szłam naprawdę resztką sił, na stadionie brakło napojów, zostały tylko kubki z napisem Coca Cola i uśmiechały się do mnie szyderczo. Ale zaraz! Depozyt kolegi! Padliśmy wszyscy przed nim na kolana, był naszym Bogiem! Nigdy w życiu nie piłam tak pysznej wody! Powrót do hotelu zajął nam dłuższą chwilę…  dotarliśmy po 01.00, mimo podstawianych pociągów, 35 tysięcy fanów nie rozjedzie się w pół godziny. Trzeba było wyjść pół godziny przed końcem i teraz nie marudzić, jak słusznie  zauważył kolega. W hotelowym pokoju wymiana wrażeń na gorąco, po małym drinku, po kanapce z szynką, siusiu, paciorek i spać .  To jaki następny koncert? Kto chętny?  Na zakończenie lista utworów, które dla nas zagrali, z ręcznymi dopiskami „na życzenie publiczności”.

r

Kolejne chwile do kolekcji wspomnień 🙂 I to na dzisiaj tyle…. Paaaaaaa

 

Poziomki

Kategorie: Blog Asi

Uwielbiam poziomki! Najbardziej takie prosto z krzaczka na Mazurach, zrywane kiedy się robi siku.

Zapachniały mi dzisiaj podczas pakowania do koszyka zakupów, zjadłam bez mycia! Nie mogłam się powstrzymać, mam nadzieję, że nic mi nie będzie. A tam… najwyżej dopadnie mnie sranie na piąty zagon. Nie mam dzisiaj nic mądrego do napisania. Jakaś kołowacizna w głowie, idiotyczny uśmiech i nic poza tym. Gapię się na drzewa, na kwiatki, na mojego psa i chichoczę jak głupia. Żeby nie wyjść na kompletną idiotkę, nie napiszę już ani słowa!

Byłam w odwiedzinach w Zelmerka 🙂 Ciągle ma kolki i dalszym ciągu uspokaja się tylko przy włączonym odkurzaczu Zelmer. Hi hi hi 🙂

a

średnio…

Kategorie: Blog Asi

Zazwyczaj na pytanie „Jak się czujesz?”, odpowiadam zgodnie z prawdą „Dziękuję, dobrze”.

Dziś odpowiadam „Średnio”. Człowiek czuje się średnio, gdy np. jedną nogę ma we wrzątku, drugą w lodowatej wodzie. Moje dzisiejsze „Średnio”, wynika ze zbawiennego działania leku, który wpompowano we mnie w piątek. Przede wszystkim ma on zniszczyć potencjalne komórki nowotworowe, (które  być może, popłynęły sobie gdzieś w głąb organizmu z prądem krwi i tylko czekają, żeby zacząć się rozmnażać i rosnąc), ale niestety ma sporo przykrych działań ubocznych. Jednymi z najbardziej upierdliwych są bóle stawów i mięśni. Czuję więc dzisiaj wszystkie stawy, łupie mnie w dupie i każdym zębie, niestety  zęby posiadam wszystkie, gdybym miała sztuczne, może dolegliwości byłyby mniejsze. Jestem rozdrażniona i grymaśna, chociaż staram się nad tym panować. Dla zainteresowanych,  lek nazywa się Taxol (Paklitaksel). Często słyszę pytania „Czy już jesteś zdrowa? Już wszystko będzie dobrze?” No jasne, że tak! Z tym, że nie na pewno…. Wyjaśnię. Z rakiem sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana niż z zapaleniem płuc np. Więc… raka już nie mam, bo był w takim miejscu i w takim stadium, że mój najulubieńszy  chirurg rozprawił się z nim raz na zawsze. Od pół roku jestem chora na leczenie. Wszystkie moje przypadłości związane są nie z rakiem, tylko z truciznami, które we mnie wlewają medycy, na co zresztą w pełni władz umysłowych podpisałam zgodę. To taki paradoks, we wczesnym stadium raka naprawdę nic ci nie jest, czujesz się świetnie! A jak zaczynają cię leczyć, masz wrażenie, że życie z ciebie ucieka i jesteś już na ostatniej prostej. Znam przypadki osób, które z tego właśnie powodu nie zgodziły się na chemioterapię.  Ja zgadzam się na wszystko co oferuje mi  medycyna, biorę jak dają, nie wybrzydzam. Medycyna jest nauką prawdopodobieństw,( jeszcze wiele razy będę to powtarzała, bo mam wrażenie, że czasem jest to klucz do zrozumienia pewnych rzeczy), w przypadkach takich jak mój, prawdopodobieństwo, że przez 5 lat po zakończonym leczeniu nie będzie wznowy wynosi ok. 85%. Według badań klinicznych oczywiście, a nie wróżbitów.  To bardzo dobra prognoza moim zdaniem.  Czyli na pytanie „Czy jesteś już zdrowa?” odpowiem Wam za pięć lat . Ta choroba uczy pokory…

Chciałabym wyjaśnić, że na początku moich zmagań, daleka byłam od tryskania optymizmem.

Szlochałam przez większą część doby

Bałam się sama zostać w domu, bo słyszałam w głowie głosy, które mówiły, że umrę, nie pomagało podgłaszanie telewizji i radia

Nie mogłam sama zasypiać, ktoś musiał przy mnie leżeć i trzymać mnie za rękę, bo inaczej zrywałam się z krzykiem

Miałam jadłowstręt i nudności na widok jedzenia, z trudem przełykałam wodę

Miałam biegunkę i bóle brzucha i wszystkich narządów właściwie

Robiło mi się duszno, miałam wrażenie, że nie mogę głęboko oddychać

Czułam, że rak się we mnie rusza!

Śniło mi się, że rośnie i wychodzi ze mnie jak OBCY

Wszystkie najstraszniejsze obrazy, które widziałam w czasie swojej pracy powracały uporczywie

Żadne racjonalne argumenty do mnie nie przemawiały, byłam przekonana, że umrę

Dostałam świra…  naprawdę. Resztkami zdrowego rozsądku kierowana, pojechałam do pierwszego psychiatry, do którego udało mi się dodzwonić. Oprócz onkologów, ta kobieta uratowała mi życie. Jestem przekonana, że pójście do psychiatry ciągle jeszcze jest postrzegane przez społeczeństwo, jako coś nagannego, sama tego doświadczyłam. Nie bójcie się psychiatrów! Jestem przekonana, że ludzie pójdą do każdego innego „loga”, byle nie do psychiatry. Obecnie jestem już zdrowa na umyśle i nie boję się ciemności, ale jak kiedyś znowu zeświruję (chociaż mam nadzieję, że raz wystarczy) to z pewnością poproszę o pomoc.

A teraz  fotki z naszych działań edukacyjnych podczas Weekendu Zdrowia w ramach projektu Łódź Miastem Kobiet

a b

 

Cofnijmy się w czasie do dnia 18 czerwca…

Zaplanowaliśmy, że wyjedziemy na koncert dzień wcześniej, żeby po drodze odwiedzić Mikołaja Kopernika. Każde dziecko wie, że słynny Mikołaj „wstrzymał Słońce, ruszył Ziemię”, mieszkał w Toruniu i miał kuku na muniu, a w ogóle to Kopernik była kobietą! Jestem przekonana, że po tym co zobaczył w naszym wykonaniu na toruńskiej starówce, wstrzymał po raz drugi. Wieczór był piękny i gorący, pachniało jaśminem i lipami. Coś bąknęłam, że lipa, że gorąco, a ja w turbanie… Padło hasło „Lamia ściągaj te pilotkę!” i już byłam bez .  W knajpce ktoś na pianinie grał, dziewczyna śpiewała, a ja tańczyłam z moim kolegą z podstawówki na środku ulicy z jaśminem w zębach. Śmiesznie to wyglądało, bo oboje mamy takie same fryzury, czyli włosy długości 2 mm. Ważne, że publiczność biła nam brawo. Kto był w Toruniu, wie, że na Starówce stoi osiołek. Świeci się bestia pięknie, bo każdy głaszcze go na szczęście. Będziemy mieć zapewne dużo szczęścia w życiu, gdyż osiołek został przez nas nie tylko pogłaskany, ale również wycałowany, ujeżdżony, udojony i nauczony śpiewania pieśni patriotycznych na dwa głosy.  Na kolację dostałam łososia na szpinaku z nowego menu Sphinx-a. Baaardzo mi smakowało, co było widać, słychać i czuć.  Polecam . Uroczy wieczór zakończył uroczy spacer po uliczkach, oraz urocza kąpiel w fontannie. Kto kiedyś dostał małpiego rozumu, wie o czym mówię, kto nigdy nie dostał, niech żałuje!

A b c d e f

Dziekuję wszystkim, którzy razem ze mną uniesli się do gwiazd 🙂

Dzięki Meg

Kategorie: Blog Asi

Wspominam Magdę…

Dziś mija rok odkąd Magda Prokopowicz odeszła od nas swoim ciałem, bo duszą pozostanie na zawsze…To ona nauczyła mówic mnie w najtrudniejszych chwilach życia, „Łeb do słońca!”  Była jedną z osób, które pomogły mi odbic się od dna rozpaczy, chociaż nigdy się nie spotkałyśmy na ziemskim padole. Kiedyś spotkamy się u Pana Boga za piecem, wybacz Meg…, ale nieprędko to nastąpi 🙂

Poznajcie historię Magdy Drodzy Czytacze, naprawdę warto…